No i, proszę państwa, udało mi się, znowu z opóźnieniem 'odkryć' (czytaj: trafiłem w necie) kapitalną polską Artystkę.
Karolinę Cichą -> http://www.myspace.com/karolinacicha
Jak by tu powiedzieć. Co by tu powiedzieć?
Właściwie, to to co powinno się wiedzieć, znajduje się na powyższej stronie.
Poniżej zaś, to co mnie osobiście poruszyło.
A składa się na to niesamowity głos, oryginalna (i kapitalna) aranżacja, świeżość, naturalność i wszechstronność.
Pani doktor nauk humanistycznych, Karolina Cicha, jest w stanie wykrzesać z tekstu, ze słowa, mojej osobistej cichej (mrug mrug) miłości, wszystko to co w nim tkwi, dodać jeszcze trochę i rozwinąć. Znaczeniowo, muzycznie, przebierając palcami zarówno po klawiszach akordeonu, jak i duszy.
A także innych instrumentów, jak na multiinstrumentalistkę przystało.
W dodatku komponuje i śpiewa.
Drogie feministki, TAKA kobieta nawet nie musi potrafić gotować :). Czystej próby talent muzyczny zwalnia ją z tego obowiązku ;).
Przekonajcie się sami - oto jej interpretacja Gajcego, z płyty-składanki-konceptu 'Gajcy'.
A oto coś z płyty z wierszami Różewicza:
No i ma przeurocze kiełki. No po prostu, rozczulające ^_^.
Więc jak tu nie kupić płyty 'Do ludożerców'? A jej koncertowa już w drodze.
Rzadko kiedy muzyka wywiera na mnie aż tak silne wrażenie.
Czy wywrze i na Was? Nie mam pojęcia, jednak gorąco polecam przyjrzenie się bliżej 'co jest grane'.
Zaklinam Was ;).
M.
piątek, 14 października 2011
środa, 12 października 2011
Paradoks kin studyjnych
Mam w tej swojej Legnicy małe kino, tzw. studyjne. No, nie ja mam, rzecz jasna, poczuwam się do niego ot tak trochę, zapisawszy się doń na poniedziałkowe seanse klubu miłośników dobrego filmu.
Oj, przeróżne są tak filmy, przeróżne.
Zazwyczaj warto je jednak obejrzeć, szczególnie że bilet miesięczny kosztuje 12 złotych polskich, a więc troszkę ponad 2 złocisze za film.
2 złote za Czas Apokalipsy? Bargain!
Niestety, w ten poniedziałek, poszedłem tam na Salę samobójców.
Długo broniłem się przed podjeściem do tego filmu, jako że z daleka pachniał tandetą oraz atakiem zmasowanej, galopującej emo-szczyzny.
W skrócie: tak właśnie było.
Ani to śmieszne, ani tragiczne, ani wzruszające.
Tandetne od początku do końca.
Tandetny dźwięk, animacja, praca kamer. Niezła gra aktorska, jednak obleczona w żenujący scenariusz i groteskowe wzorce osobowościowe naklejone na siłę na postaci.
Proszę państwa, przecież ten film to absolutny niewypał.
Lecimy z faktami:
a) protagonista to syn MINISTRA oraz pani DYREKTOR jakieś tam wielkiej firmy;
- jak się z takim kimś utoższamiać?
- jak odnieść taką sytuację do codzienności?
- where to Hell is my slice of Everyman?
b) wirtualna rzeczywistosć przedstawiona w tym 'dziele' jest przerysowana, nadużyta oraz wypaczona (w dodatku animacja jets tragicznie brzydka);
- ani to sci-fi, ani dotykający problem socjologiczny
- prawdziwe problemy związane z nową formą eskapizmu zostały zepchnięte na margines, wyolbrzymiając jakieś wydumane fafarafa na temat nie potrafiących poradzić się z konsekwencjami własnej pijakciej głupoty gówniarzy
c) film ten przedstawia patologię rodziny, w której każdemu 'poprzewracało się w dupie' od nadmiaru dostatku
- nie ma to nic wspólnego ze światem wirtualnym
- jak ma sie do tego odnieść 'klasa średnia' X_x
- co ma piernik do wiatraka?
Drodzy państwo, jedyne co w tym filmie było dobre, to gra aktorska i kilka sytuacyjnych żartów. Kiepska rekomendacja jak na poważny film, prawda?
Cóż, poważny w założeniach.
Przyznam jedno - mogłem wyjść w każdej chwili, chciałem jednak upewnić się, że film ten jest naprawdę kiepski i tandetny. Czekałem do samego końca na coś, co wyrwie mnie z tego przekonania, pośle na kolana i każe, bijąc się w piersi, krzyczeć: mea culpa!
Niestety, zawiodłem się. Całą fabuła opiera się na szeregu kretyńskich sytuacji w których ludzie bez wyobraźni (a niby wykształceni) popadają w zależności tak jaskrawe i oczywiste, tak wyraźnie oświetlone reflektorem 'spirali zagłady', że mocniej już nie można.
Ale nie. Ta tandetna tragedyjka pluje w twarz ludziom, którzy już przy wyborach rodem z Antygony ziewają i znajdują proste, dyplomatyczne (lub skryte, subtelne) rozwiązanie.
Sala samobójców rozczarowała mnie słabą, bezsensowną fabułą, tandetnym wykonaniem oraz brakiem jakiejkolwiek głębi.
Pusty, miałki film z przerostem formy nad treścią.
Ech, żeby tam chociaż było na co popatrzeć.... a tu nie... :(
Za tydzień jednak i tak idę, grają Pokutę,
http://www.filmweb.pl/Pokuta
http://www.imdb.com/title/tt0783233/
Niby meoldramat, ale to oznacza większy procent płci pięknej. A wiadomo, że ja pies na baby ;).
Namaarie,
M.
Oj, przeróżne są tak filmy, przeróżne.
Zazwyczaj warto je jednak obejrzeć, szczególnie że bilet miesięczny kosztuje 12 złotych polskich, a więc troszkę ponad 2 złocisze za film.
2 złote za Czas Apokalipsy? Bargain!
Niestety, w ten poniedziałek, poszedłem tam na Salę samobójców.
Długo broniłem się przed podjeściem do tego filmu, jako że z daleka pachniał tandetą oraz atakiem zmasowanej, galopującej emo-szczyzny.
W skrócie: tak właśnie było.
Ani to śmieszne, ani tragiczne, ani wzruszające.
Tandetne od początku do końca.
Tandetny dźwięk, animacja, praca kamer. Niezła gra aktorska, jednak obleczona w żenujący scenariusz i groteskowe wzorce osobowościowe naklejone na siłę na postaci.
Proszę państwa, przecież ten film to absolutny niewypał.
Lecimy z faktami:
a) protagonista to syn MINISTRA oraz pani DYREKTOR jakieś tam wielkiej firmy;
- jak się z takim kimś utoższamiać?
- jak odnieść taką sytuację do codzienności?
- where to Hell is my slice of Everyman?
b) wirtualna rzeczywistosć przedstawiona w tym 'dziele' jest przerysowana, nadużyta oraz wypaczona (w dodatku animacja jets tragicznie brzydka);
- ani to sci-fi, ani dotykający problem socjologiczny
- prawdziwe problemy związane z nową formą eskapizmu zostały zepchnięte na margines, wyolbrzymiając jakieś wydumane fafarafa na temat nie potrafiących poradzić się z konsekwencjami własnej pijakciej głupoty gówniarzy
c) film ten przedstawia patologię rodziny, w której każdemu 'poprzewracało się w dupie' od nadmiaru dostatku
- nie ma to nic wspólnego ze światem wirtualnym
- jak ma sie do tego odnieść 'klasa średnia' X_x
- co ma piernik do wiatraka?
Drodzy państwo, jedyne co w tym filmie było dobre, to gra aktorska i kilka sytuacyjnych żartów. Kiepska rekomendacja jak na poważny film, prawda?
Cóż, poważny w założeniach.
Przyznam jedno - mogłem wyjść w każdej chwili, chciałem jednak upewnić się, że film ten jest naprawdę kiepski i tandetny. Czekałem do samego końca na coś, co wyrwie mnie z tego przekonania, pośle na kolana i każe, bijąc się w piersi, krzyczeć: mea culpa!
Niestety, zawiodłem się. Całą fabuła opiera się na szeregu kretyńskich sytuacji w których ludzie bez wyobraźni (a niby wykształceni) popadają w zależności tak jaskrawe i oczywiste, tak wyraźnie oświetlone reflektorem 'spirali zagłady', że mocniej już nie można.
Ale nie. Ta tandetna tragedyjka pluje w twarz ludziom, którzy już przy wyborach rodem z Antygony ziewają i znajdują proste, dyplomatyczne (lub skryte, subtelne) rozwiązanie.
Sala samobójców rozczarowała mnie słabą, bezsensowną fabułą, tandetnym wykonaniem oraz brakiem jakiejkolwiek głębi.
Pusty, miałki film z przerostem formy nad treścią.
Ech, żeby tam chociaż było na co popatrzeć.... a tu nie... :(
Za tydzień jednak i tak idę, grają Pokutę,
http://www.filmweb.pl/Pokuta
http://www.imdb.com/title/tt0783233/
Niby meoldramat, ale to oznacza większy procent płci pięknej. A wiadomo, że ja pies na baby ;).
Namaarie,
M.
niedziela, 9 października 2011
Cieszmy się i radujmy!
Oto dnia 9 października roku pańskiego 2011, zatryumfowały Porządek Obowiązek i Półlitra! Oczywiście nie cieszę się z 39% głosów oddanych na PO, cieszę się, że PiS nie będzie miał szansy złożyć rządu.
Przed nami rozciąga się widok na 'piękną' koalicję, PO, Palikota i PSL.
PO, rzecz wiadoma, najwięcej głosów i największa antypisowska koalicja.
Czemu Palikot? Ponieważ to już prawie PO. Taka piąta kolumna, radykalne obliczne antypisowskiej koalicji, uwolnione od ograniczeń narzuconych przez Tuska.
Genialne pociągnięcie, prawda? PO + Palikot mają razem więcej głosów, niż gdyby nasz 'ukochany wodkowytrwórca' został w poprzedniej partii.
No i, powiedzmy sobie, Palikot zręcznie podprowadził 'postępowo-myślący' elektorat SLD. Znaczy rzucił kiełbachę o konopiach indyjskich. I czymże te postkomunistyczne pierdoły miały się wykazać?
Towarzysz Napieralski wraz z resztą bezideowych gamoni dostał mniej głosów od PSL.
A szak wiadomo, że czy się stoi, czy się leży, PSL miejsce w parlamencie się należy :).
Jaka jest różnica? PSL ma mniej oszołomów, co prawda jest równie bezideowa, lecz w przeciwieństwie do SLD ludzie na wsi to elektorat twardy o względnie równym (nawet gdy małym) przyroście naturalnym, zaś czerwony żelbeton po prostu wymiera.
Nie powiem, raduje się me serce, od PiS nie cierpię bardziej tylko lewactwa.
Na co zaś Tuskowi i Palikotowi PSL? Magiczne 50%. W zasadzie najchętniej to by wzięli do siebie głosy kolejnych oszołomów z PJN, ale te panie i ci bezjajowcy nie dostali się do sejmu. No i klops. PSL jest w rządzie.
"Czy się stoi, czy się leży."
Co to nam zmienia, tak naprawdę? Nic.
Może być wesoło ze względu na Palikota. Może uda się położyć podwaliny pod jakiś zalążek legalizacji miękkich narkotyków, najpewniej w postaci odejścia od twardej penalizacji posiadania/stosowania.
I tyle. Czemu zaś cieszę się i raduję? Otóż wiedziałem, że NP z Januszem Korwinem-Mikke nie miała szans na wejście do sejmu, ze względu, rzecz jasna, na strach ludzi przez PiSem. Po prostu głosy części potencjalnego elektoratu poszły, ze strachu, na antypisowską koalicję.
Poza tym kto, poza mną i 1.1% głosujących, uważa, że powinno się dostawać tyle ile się zarabia, zaś wszelkie 'należące się socjale' to obraza moralności i inteligencji? :) Smutna prawda.
Cieszę się, ponieważ ludzie naluli PiSowi w twarz.
Chociaż z Tuska taki polityk, jak z koziej rzyci trąba to i tak jest lepszy od Kaczyńskiego.
Ba, pan Stefan z taniej mordowni niedaleko mnie byłby lepszym politykiem. No, może nie lepszym, mniej złym :).
Temu krajowi potrzeba stabilizacji i niczego więcej.
Stabilizacji, wolności osobistej i takiej prawdziwej, międzyludzkiej solidarności.
Jeżeli PO, Palikot i PSL pokażą PiSowi jego miejsce, zaś życie przeciętnego Polaka pozostawią jego losowi, to wyjdziemy na dobre.
Jest na to szansa, ponieważ akurat Palikot ma głowę na karku i potrafi zarobić. Wie też co w zarabianiu przeszkadza. Jeżeli więc spełni choć 1% obietnic wyborczych, będzie najlepszym politykiem ostatnich, szacując ostrożnie, 10 lat.
Wystarczy jedno. Uśmiechnąć się do sąsiada i nie patrzec z zazdrością, po prostu żyć własnym życiem. I wyjdziemy na swoje, jako ludzie.
Czego sobie i Wam życzę.
M.
Przed nami rozciąga się widok na 'piękną' koalicję, PO, Palikota i PSL.
PO, rzecz wiadoma, najwięcej głosów i największa antypisowska koalicja.
Czemu Palikot? Ponieważ to już prawie PO. Taka piąta kolumna, radykalne obliczne antypisowskiej koalicji, uwolnione od ograniczeń narzuconych przez Tuska.
Genialne pociągnięcie, prawda? PO + Palikot mają razem więcej głosów, niż gdyby nasz 'ukochany wodkowytrwórca' został w poprzedniej partii.
No i, powiedzmy sobie, Palikot zręcznie podprowadził 'postępowo-myślący' elektorat SLD. Znaczy rzucił kiełbachę o konopiach indyjskich. I czymże te postkomunistyczne pierdoły miały się wykazać?
Towarzysz Napieralski wraz z resztą bezideowych gamoni dostał mniej głosów od PSL.
A szak wiadomo, że czy się stoi, czy się leży, PSL miejsce w parlamencie się należy :).
Jaka jest różnica? PSL ma mniej oszołomów, co prawda jest równie bezideowa, lecz w przeciwieństwie do SLD ludzie na wsi to elektorat twardy o względnie równym (nawet gdy małym) przyroście naturalnym, zaś czerwony żelbeton po prostu wymiera.
Nie powiem, raduje się me serce, od PiS nie cierpię bardziej tylko lewactwa.
Na co zaś Tuskowi i Palikotowi PSL? Magiczne 50%. W zasadzie najchętniej to by wzięli do siebie głosy kolejnych oszołomów z PJN, ale te panie i ci bezjajowcy nie dostali się do sejmu. No i klops. PSL jest w rządzie.
"Czy się stoi, czy się leży."
Co to nam zmienia, tak naprawdę? Nic.
Może być wesoło ze względu na Palikota. Może uda się położyć podwaliny pod jakiś zalążek legalizacji miękkich narkotyków, najpewniej w postaci odejścia od twardej penalizacji posiadania/stosowania.
I tyle. Czemu zaś cieszę się i raduję? Otóż wiedziałem, że NP z Januszem Korwinem-Mikke nie miała szans na wejście do sejmu, ze względu, rzecz jasna, na strach ludzi przez PiSem. Po prostu głosy części potencjalnego elektoratu poszły, ze strachu, na antypisowską koalicję.
Poza tym kto, poza mną i 1.1% głosujących, uważa, że powinno się dostawać tyle ile się zarabia, zaś wszelkie 'należące się socjale' to obraza moralności i inteligencji? :) Smutna prawda.
Cieszę się, ponieważ ludzie naluli PiSowi w twarz.
Chociaż z Tuska taki polityk, jak z koziej rzyci trąba to i tak jest lepszy od Kaczyńskiego.
Ba, pan Stefan z taniej mordowni niedaleko mnie byłby lepszym politykiem. No, może nie lepszym, mniej złym :).
Temu krajowi potrzeba stabilizacji i niczego więcej.
Stabilizacji, wolności osobistej i takiej prawdziwej, międzyludzkiej solidarności.
Jeżeli PO, Palikot i PSL pokażą PiSowi jego miejsce, zaś życie przeciętnego Polaka pozostawią jego losowi, to wyjdziemy na dobre.
Jest na to szansa, ponieważ akurat Palikot ma głowę na karku i potrafi zarobić. Wie też co w zarabianiu przeszkadza. Jeżeli więc spełni choć 1% obietnic wyborczych, będzie najlepszym politykiem ostatnich, szacując ostrożnie, 10 lat.
Wystarczy jedno. Uśmiechnąć się do sąsiada i nie patrzec z zazdrością, po prostu żyć własnym życiem. I wyjdziemy na swoje, jako ludzie.
Czego sobie i Wam życzę.
M.
czwartek, 6 października 2011
Serce pędzlem oddane
Jedzie sobie człowiek rowerem przez słonecznym, piękny październikowy park i myśli, czuje, chłonie. W plecaku pobrzękuje wesoło butelka lekkiego wina, obijając się o książkę, ciepłe promienie słońca ściagają się z podmuchem wiatru na twarzy.
Taka moja jesień, październikowy prezent dla zwichrowanej wagi, czy tam innej leszczyny, taki drobny przerywnik, nim spośród nagich konarów drzew, spomiędzy ciemnych chmur wypełzną prywatne demony.
Póki co jest pięknie, kolorowo, ciepło i aż chce się żyć. Czysty zachwyt.
I właśnie... miałem dzisiaj mówić (pisać) o sztuce w formie obrazu, malarstwa, grafiki. Lecz jak tak? Mówić, pisać, opisywać coś, co istnieje, możliwe do poznania samemu.
Był swego czasu pewien niesamowity człowiek. Oddany swej pasji, swej Sztuce tak dalece, że chyba on sam nie wiedział, jakim cudem zdobywał się na tyle wyrzeczeń.
Voncent van Gogh, człowiek bez ucha, za to z niesamowitą duszą. Zatopiony w świecie prywatnego bólu, wierzący głęboko w otaczające go piękno, które oddawał na swych obrazach. A jednak, przez całe życie sprzedał zaledwie jeden obraz - w dodatku kupił go ktoś z jego rodziny. Czy może przyjaciel? Nieważne.
On zawarł w swej kresce, w tej doskonałej, poruszającej formie całą swoją duszę.
Nie wierzycie?
Wierzby o zachodzie słońca
Ta lekkość i ciepło. Rozchodzące się promienie, niemalże jestem w stanie uwierzyć, że gdybym spoglądał w nie zbyt długo, oślepiłyby mnie. Ten lekki podmuch wiatru, poruszający najmniejszy liść, najmniejsze źdźbło. Spokój i zachwyt tym zawieszonym w czasie momentem. Moim zdaniem - arcydzieło.
A co też powiecie na Jesienny krajobraz z czterema drzewami?
Obraz o wiele bardziej melancholijny, jednak... czyż nie piękny? W końcu i melancholia porusza ;).
Powiedzmy sobie szczerze, dzisiaj pozostała nam raczej gafika, niźli coś innego. Często pomysł, a i on nie za dobry, ma za zadanie wystarczyć jako swego rodzaju opatrunek, maskujący niedociągnięcia i braki warsztatowe.
A nawet i gorzej. Często brakuje pomysłu, przesłania, pozostaje jedynie forma. Coś, co ma szokować, teoretycznie skłonić do refleksji.
Czy taka 'sztuka' stawia pytania? Rzadko... prędzej szokuje, w pusty, prymitywny sposób, bądź jest używana jako coś... użytkowego.
Tylko tyle. Barokowy przesyt, lub jakiś okrojony minimalizm z drugiej połowy XX wieku.
Och, są, na szczęście, wyjątki. Całkiem chlubne. Także i w Polsce :).
Poczucie piękna, estetyki, chęć dążenia do rozwoju duchowego, świadomości, wrażliwości, to dalej tli się w nas.
Często jest jednak źle ukierowane, skrzywione, spaczone.
Zbyt wiele dookoła pustych idei, wypaczonych poglądów, czy też materializmu.
A przecież wystarczy przystanąć i powąchać kwiaty ;).
Uśmiechnąć się do ładnej dziewczyny, wypić pół butelki wina na łonie natury...
Świat stoi przed nami całym swoim pięknem, a życia nie starczy nam na odkrycie wszystkich jego wspaniałości. Nie wiem czemu, ale jest to dla mnie optymistyczne!
M.
Taka moja jesień, październikowy prezent dla zwichrowanej wagi, czy tam innej leszczyny, taki drobny przerywnik, nim spośród nagich konarów drzew, spomiędzy ciemnych chmur wypełzną prywatne demony.
Póki co jest pięknie, kolorowo, ciepło i aż chce się żyć. Czysty zachwyt.
I właśnie... miałem dzisiaj mówić (pisać) o sztuce w formie obrazu, malarstwa, grafiki. Lecz jak tak? Mówić, pisać, opisywać coś, co istnieje, możliwe do poznania samemu.
Był swego czasu pewien niesamowity człowiek. Oddany swej pasji, swej Sztuce tak dalece, że chyba on sam nie wiedział, jakim cudem zdobywał się na tyle wyrzeczeń.
Voncent van Gogh, człowiek bez ucha, za to z niesamowitą duszą. Zatopiony w świecie prywatnego bólu, wierzący głęboko w otaczające go piękno, które oddawał na swych obrazach. A jednak, przez całe życie sprzedał zaledwie jeden obraz - w dodatku kupił go ktoś z jego rodziny. Czy może przyjaciel? Nieważne.
On zawarł w swej kresce, w tej doskonałej, poruszającej formie całą swoją duszę.
Nie wierzycie?
Wierzby o zachodzie słońca
Ta lekkość i ciepło. Rozchodzące się promienie, niemalże jestem w stanie uwierzyć, że gdybym spoglądał w nie zbyt długo, oślepiłyby mnie. Ten lekki podmuch wiatru, poruszający najmniejszy liść, najmniejsze źdźbło. Spokój i zachwyt tym zawieszonym w czasie momentem. Moim zdaniem - arcydzieło.
A co też powiecie na Jesienny krajobraz z czterema drzewami?
Obraz o wiele bardziej melancholijny, jednak... czyż nie piękny? W końcu i melancholia porusza ;).
Powiedzmy sobie szczerze, dzisiaj pozostała nam raczej gafika, niźli coś innego. Często pomysł, a i on nie za dobry, ma za zadanie wystarczyć jako swego rodzaju opatrunek, maskujący niedociągnięcia i braki warsztatowe.
A nawet i gorzej. Często brakuje pomysłu, przesłania, pozostaje jedynie forma. Coś, co ma szokować, teoretycznie skłonić do refleksji.
Czy taka 'sztuka' stawia pytania? Rzadko... prędzej szokuje, w pusty, prymitywny sposób, bądź jest używana jako coś... użytkowego.
Tylko tyle. Barokowy przesyt, lub jakiś okrojony minimalizm z drugiej połowy XX wieku.
Och, są, na szczęście, wyjątki. Całkiem chlubne. Także i w Polsce :).
Poczucie piękna, estetyki, chęć dążenia do rozwoju duchowego, świadomości, wrażliwości, to dalej tli się w nas.
Często jest jednak źle ukierowane, skrzywione, spaczone.
Zbyt wiele dookoła pustych idei, wypaczonych poglądów, czy też materializmu.
A przecież wystarczy przystanąć i powąchać kwiaty ;).
Uśmiechnąć się do ładnej dziewczyny, wypić pół butelki wina na łonie natury...
Świat stoi przed nami całym swoim pięknem, a życia nie starczy nam na odkrycie wszystkich jego wspaniałości. Nie wiem czemu, ale jest to dla mnie optymistyczne!
M.
niedziela, 2 października 2011
Inspiracje; a także przedsłowie o...
... o kulturze :). Ewolucji! Po prostu o rozwoju :).
Nie będę ukrywał, że myśli zaprezentowane poniżej nie są moimi oryginalnymi. A może inaczej, byłem na ścieżce podobnych, gdy w ten i inszy sposób, natknąłem się na te właśni poglądy.
Ale ale! Jakie dokładnie?
Standardową 'definicją', choć właściwie raczej - uproszczeniem, słowa kultura jest całokształt, zbiór wszelkich zdobyczy materialnych i niematernialnych, jakie też można przypisać rodzajowi ludzkiemu.
Jednak... kultura podlega właśnie ciągłym, nieustannym zmianom. To pytanie, afirmacja, negacja, rozwój, ciągłe szukanie nowego, lepszego, piękniejszego. Innego.
Każde kolejne pokolenie chce odrzucić stare wzorce, wprowadzić zaś nowe. Najczęściej powraca do korzeni, czasem zmiany bywają jednak mocne, stają się istotną siłą napędową - jednocześnie zaś niechcianym status quo, na które krzywo spojrzą kolejni młodzi.
Nic nowego, prawda? Przecież to sprawa oczywista.
A jednak! Jak rzadko o tym myślimy, jak rzadko zadajemy sobie pytanie dlaczego występujemy przeciwko jednemu, zaś drugie tolerujemy? Powiedzmy sobie szczerze, uderzmy się w piersi (drobna dyspensa dla pań ;), często bywamy leniwi.
Cywilizacja i kultura (czasem postrzegane nierozerwalnie, tożsamo) to ciągłę szukanie nowego. Historia uczy nas, iż gdy przestajemy iść do przodu, wybiegać myśli w przyszłość, mieć prawdziwe wizjonerskie poglądy... wtedy zaczyna się dekadencja. Po niej zaś nadchodzi degeneracja.
I tutaj właśnie jest kłopot. Dookoła nas jest tyle rzeczy pięknych, wzniosłych idei, kreatywności.
Jednocześnie jednak, tak wiele z tego jest kłamstwem.
Wszystko jest robione na skróty, jest tak łatwe i dostępne.
Chociażby muzyka. Potrafi być piękna i progresywna, potrafi także być wtórna. To co progresywne, może być niedocenione - lub przecenione. To co znane i robione pod publikę, jest popularne i słuchane.
Mamy także problem np. pana Roberta Hooda, 'minimalisty techno'.
O kim mówię? A proszę:
Nie chcę wydać się osobą o wąskim światopoglądzie (mam naprawdę obszerny i pojemny). Przyznam, że filozofia owego pana przemawia do mnie - korzenie muzyki, użycie tylko tego co porusza i tylko po to, by poruszyć.
Jednak efekt końcowy jest... hmmm.... mój poprzedni komputer zacinając się wydawał podobne dźwięki. Poważnie.
Wizja? Być może, lecz jest to raczej wizja paralelna do tego, co zostało juz stworzone i wymyślone, niż coś odkrywczego.
O Sztukę dzisiaj jest trudno. W końcu byle dzieciak z PC-tem może tworzyć 'sztukę'. Nie mówię tutaj o muzyce elektronicznej, która bywa naprawdę poruszająca i odkrywcza. A chociażby The Knife (tutaj z coverem, aczkolwiek kapitalnym):
Tak wiele mamy na wyciągniecie ręki, tak rzadko musimy się starac by cos dostać, tak łatwo zapchać się papką, ogłupić 'kulturą' masową, że często trudno jest dostrzec coś pięknego.
Tyle zaś dobrych, ba!, kapitalnych dzieł powstaje dookoła. Pozostając przy samej muzyce, poruszające wyobraźnię teledyski tworzone przez fanów Daft Punk:
Przyznam, rzecz jasna, że inspirowanie się dziełami innych łatwo zapędza w kozi róg. Czy każdy jednak musi być wizjonerem? Otóż nie :).
Najważniejsze jednak, by każdy naprawdę szukał nowych rozwiązań, nowych dróg - nie tylko muzycznie. Żyjemy w dziwnej epoce kompletnego odwrócenia się od duchowości i spraw metafizycznych, jednocześnie jednak ludzie wielokrotnie szukają odpowiedzi u przeróżnych wróżek i innych podobnie poronionych pomysłów - zamiast spojrzeć we własne serce. Poszukać, popatrzeć, rozwinąć siebie - i świat.
Marudzę? A jak! Powtarzam się? Odrobinę. Czy mam rację? Oczywiście, jednak nie mogę (i nie chcę!) podawać rozwiązania. Gotowe wszak do niczego nie prowadzą.
Każdy ma swoją drogę... o ile w ogóle nią idzie :).
W kolejnym wpisie - obraz i wizualne aspekty, inspiracja i dusza farby. Mam nadzieje, że nie zanudzę. Przepraszam również za chaotyczny wpis, lecz mam wiele spraw na głowie, zaś powyższe słowa musiałem wypluć z siebie szybko, jak najszybciej.
A wiec, do przeczytania.
M.
Nie będę ukrywał, że myśli zaprezentowane poniżej nie są moimi oryginalnymi. A może inaczej, byłem na ścieżce podobnych, gdy w ten i inszy sposób, natknąłem się na te właśni poglądy.
Ale ale! Jakie dokładnie?
Standardową 'definicją', choć właściwie raczej - uproszczeniem, słowa kultura jest całokształt, zbiór wszelkich zdobyczy materialnych i niematernialnych, jakie też można przypisać rodzajowi ludzkiemu.
Jednak... kultura podlega właśnie ciągłym, nieustannym zmianom. To pytanie, afirmacja, negacja, rozwój, ciągłe szukanie nowego, lepszego, piękniejszego. Innego.
Każde kolejne pokolenie chce odrzucić stare wzorce, wprowadzić zaś nowe. Najczęściej powraca do korzeni, czasem zmiany bywają jednak mocne, stają się istotną siłą napędową - jednocześnie zaś niechcianym status quo, na które krzywo spojrzą kolejni młodzi.
Nic nowego, prawda? Przecież to sprawa oczywista.
A jednak! Jak rzadko o tym myślimy, jak rzadko zadajemy sobie pytanie dlaczego występujemy przeciwko jednemu, zaś drugie tolerujemy? Powiedzmy sobie szczerze, uderzmy się w piersi (drobna dyspensa dla pań ;), często bywamy leniwi.
Cywilizacja i kultura (czasem postrzegane nierozerwalnie, tożsamo) to ciągłę szukanie nowego. Historia uczy nas, iż gdy przestajemy iść do przodu, wybiegać myśli w przyszłość, mieć prawdziwe wizjonerskie poglądy... wtedy zaczyna się dekadencja. Po niej zaś nadchodzi degeneracja.
I tutaj właśnie jest kłopot. Dookoła nas jest tyle rzeczy pięknych, wzniosłych idei, kreatywności.
Jednocześnie jednak, tak wiele z tego jest kłamstwem.
Wszystko jest robione na skróty, jest tak łatwe i dostępne.
Chociażby muzyka. Potrafi być piękna i progresywna, potrafi także być wtórna. To co progresywne, może być niedocenione - lub przecenione. To co znane i robione pod publikę, jest popularne i słuchane.
Mamy także problem np. pana Roberta Hooda, 'minimalisty techno'.
O kim mówię? A proszę:
Nie chcę wydać się osobą o wąskim światopoglądzie (mam naprawdę obszerny i pojemny). Przyznam, że filozofia owego pana przemawia do mnie - korzenie muzyki, użycie tylko tego co porusza i tylko po to, by poruszyć.
Jednak efekt końcowy jest... hmmm.... mój poprzedni komputer zacinając się wydawał podobne dźwięki. Poważnie.
Wizja? Być może, lecz jest to raczej wizja paralelna do tego, co zostało juz stworzone i wymyślone, niż coś odkrywczego.
O Sztukę dzisiaj jest trudno. W końcu byle dzieciak z PC-tem może tworzyć 'sztukę'. Nie mówię tutaj o muzyce elektronicznej, która bywa naprawdę poruszająca i odkrywcza. A chociażby The Knife (tutaj z coverem, aczkolwiek kapitalnym):
Tak wiele mamy na wyciągniecie ręki, tak rzadko musimy się starac by cos dostać, tak łatwo zapchać się papką, ogłupić 'kulturą' masową, że często trudno jest dostrzec coś pięknego.
Tyle zaś dobrych, ba!, kapitalnych dzieł powstaje dookoła. Pozostając przy samej muzyce, poruszające wyobraźnię teledyski tworzone przez fanów Daft Punk:
Przyznam, rzecz jasna, że inspirowanie się dziełami innych łatwo zapędza w kozi róg. Czy każdy jednak musi być wizjonerem? Otóż nie :).
Najważniejsze jednak, by każdy naprawdę szukał nowych rozwiązań, nowych dróg - nie tylko muzycznie. Żyjemy w dziwnej epoce kompletnego odwrócenia się od duchowości i spraw metafizycznych, jednocześnie jednak ludzie wielokrotnie szukają odpowiedzi u przeróżnych wróżek i innych podobnie poronionych pomysłów - zamiast spojrzeć we własne serce. Poszukać, popatrzeć, rozwinąć siebie - i świat.
Marudzę? A jak! Powtarzam się? Odrobinę. Czy mam rację? Oczywiście, jednak nie mogę (i nie chcę!) podawać rozwiązania. Gotowe wszak do niczego nie prowadzą.
Każdy ma swoją drogę... o ile w ogóle nią idzie :).
W kolejnym wpisie - obraz i wizualne aspekty, inspiracja i dusza farby. Mam nadzieje, że nie zanudzę. Przepraszam również za chaotyczny wpis, lecz mam wiele spraw na głowie, zaś powyższe słowa musiałem wypluć z siebie szybko, jak najszybciej.
A wiec, do przeczytania.
M.
piątek, 30 września 2011
Same smęty :)
... wpisuję ostatnio ;). A i od niemal tygodnie cisza i posucha.
Tak to już bywa, różne rzeczy na głowie, to i mniej czasu na filozofowanie.
Z premedytacją założyłem dzisiaj woodstockową 'chuligańską' koszulkę, czapkę z daszkiem i trampki, żeby wyglądać jak najmłodziej.
Niestety, nie nabrali się w sklepie, nie pytali o dowód.
Ech, no już te moje ćwierćwiecze minęło jakiś czas temu, ale miałem nadzieję, że młodzieńczy urok niebieskiego ptaka mnie nie opuścił :(.
Generalnie, ciekawa sprawa. Na ile człowiek jest tym, kim myśli że jest, a wypadkową tego, jak go odbiera (i współkształtuje) otoczenie.
Wiadomo, kierunkowanie, afirmacja (lub odtrącenie), wszystko to ma wpływ na nasz rozwój. Ewolucję wewnętrzną, poglądów, przekonań, zachowań.
Bardzo często wystarczy, żebym nie przestawał się uśmiechać, a ludzie dookoła zaczynają nie dość że pozytwniej odbierać moją osobę - to jeszcze i otoczenie.
Taka mała sztuczka, wiele razy stosuję ją w pracy.
Keep smilin'.
Byle do przodu, byle się nie poddać. Zęby zaciskać w głębi, w duszy, a przed sobą maska. Wszystko jest w porządku, nic mi nie działa na nerwy, wszystko gra, wcale nie pociąga mnie to, co za oknem.
A najdziwniejsze jest to, iż to...
.. działa.
Kompletne przeciwieństwo samospełniającego się proroctwa. Kompletne przewrócenie do góry nogami tego, czego oczekuję.
Zamknięty w sobie melancholik jest w stanie ludzi zaczarować. Słuchają. Robią notatki. Zwracają uwagę na to co mówi(ę).
Czy to dlatego, że wierzę w to co mówię? Że wiem, o czym mówię?
W zasadzie jest to jedna z moich pasji. Słowa, to jak się łączą, jak je odbieramy, jak zmieniają sie ich znaczenia. Kontekst, cel, odbiór. Wszystkie te niuanse.
I nagle ten nieśmiały chłopak z liceum, o urodzie ciemnookiej dziewczyny, w porozciąganym swetrze i glanach stoi przed ludźmi, niby w koszuli, ale jednak po swojemu, z nieśmiertelnikami na piersi, upaprany kredą i z ogniem w oczach.
Kiedy się ta zmiana dokonała? I na ile jest stała?
Sam nie wiem, mam nadzieję że kiedyś się przekonam - i nie rozczaruję, cóż, przede wszystkim samego siebie. Tak naprawdę nie mam zbytnich wymagań co do życia, nawet i co do siebie. Ale te kilka, które mam są tak niebotyczne, tak nieosiągalne... że może i kiedyś się spełnią?
Także pozostaję w zadziwieniu, jak bardzo pozytywny odbiór ze strony innych ludzi nie tyle wzmaga poczucie własnej wartości (które na swój wypaczony sposób mam wręcz narcystyczne), lecz raczej poczucie siły. To naprawdę uskrzydla.
A jak inni sobie radzą? Nie mam pojęcia.
Dlatego właśnie cały czas kolejne kartki książki idą do wirtualnego pieca.
Może ktoś mi w tym pomoże :) ?
M.
Tak to już bywa, różne rzeczy na głowie, to i mniej czasu na filozofowanie.
Z premedytacją założyłem dzisiaj woodstockową 'chuligańską' koszulkę, czapkę z daszkiem i trampki, żeby wyglądać jak najmłodziej.
Niestety, nie nabrali się w sklepie, nie pytali o dowód.
Ech, no już te moje ćwierćwiecze minęło jakiś czas temu, ale miałem nadzieję, że młodzieńczy urok niebieskiego ptaka mnie nie opuścił :(.
Generalnie, ciekawa sprawa. Na ile człowiek jest tym, kim myśli że jest, a wypadkową tego, jak go odbiera (i współkształtuje) otoczenie.
Wiadomo, kierunkowanie, afirmacja (lub odtrącenie), wszystko to ma wpływ na nasz rozwój. Ewolucję wewnętrzną, poglądów, przekonań, zachowań.
Bardzo często wystarczy, żebym nie przestawał się uśmiechać, a ludzie dookoła zaczynają nie dość że pozytwniej odbierać moją osobę - to jeszcze i otoczenie.
Taka mała sztuczka, wiele razy stosuję ją w pracy.
Keep smilin'.
Byle do przodu, byle się nie poddać. Zęby zaciskać w głębi, w duszy, a przed sobą maska. Wszystko jest w porządku, nic mi nie działa na nerwy, wszystko gra, wcale nie pociąga mnie to, co za oknem.
A najdziwniejsze jest to, iż to...
.. działa.
Kompletne przeciwieństwo samospełniającego się proroctwa. Kompletne przewrócenie do góry nogami tego, czego oczekuję.
Zamknięty w sobie melancholik jest w stanie ludzi zaczarować. Słuchają. Robią notatki. Zwracają uwagę na to co mówi(ę).
Czy to dlatego, że wierzę w to co mówię? Że wiem, o czym mówię?
W zasadzie jest to jedna z moich pasji. Słowa, to jak się łączą, jak je odbieramy, jak zmieniają sie ich znaczenia. Kontekst, cel, odbiór. Wszystkie te niuanse.
I nagle ten nieśmiały chłopak z liceum, o urodzie ciemnookiej dziewczyny, w porozciąganym swetrze i glanach stoi przed ludźmi, niby w koszuli, ale jednak po swojemu, z nieśmiertelnikami na piersi, upaprany kredą i z ogniem w oczach.
Kiedy się ta zmiana dokonała? I na ile jest stała?
Sam nie wiem, mam nadzieję że kiedyś się przekonam - i nie rozczaruję, cóż, przede wszystkim samego siebie. Tak naprawdę nie mam zbytnich wymagań co do życia, nawet i co do siebie. Ale te kilka, które mam są tak niebotyczne, tak nieosiągalne... że może i kiedyś się spełnią?
Także pozostaję w zadziwieniu, jak bardzo pozytywny odbiór ze strony innych ludzi nie tyle wzmaga poczucie własnej wartości (które na swój wypaczony sposób mam wręcz narcystyczne), lecz raczej poczucie siły. To naprawdę uskrzydla.
A jak inni sobie radzą? Nie mam pojęcia.
Dlatego właśnie cały czas kolejne kartki książki idą do wirtualnego pieca.
Może ktoś mi w tym pomoże :) ?
M.
sobota, 24 września 2011
Cień zapachu
Otwieram oczy i już wiem, że to sen
w połowie wspomnienie, w połowie marzenie
lęk, kropla bólu
a ja i tak chcę znaleźć się tam znowu.
Z minuty na minutę wspomnienie jej zapachu
blednie, rozwiewa się
odchodzi w niepamięć.
Szukam go, zaklinam, lecz ten nieubłagany
wraca we mnie gdzieś głęboko
chowa się, bliski zapomnienia.
Wszystkie plany na ten dzień
na słońce, na działanie i życie
pozamiatały się razem ze mną.
Ot, melancholia rozlana cichym strumieniem
i te myśli, wszechkolorowe
jedne piękne i łagodne
inne ciemne, burzowe.
I tak zamiast cieszyć się dniem
przyszłością i życiem
tkwię sobie w tęsknocie
nad przeszłością blednącym zachwycie.
Chyba dopadają mnie jesienne demony...
M.
w połowie wspomnienie, w połowie marzenie
lęk, kropla bólu
a ja i tak chcę znaleźć się tam znowu.
Z minuty na minutę wspomnienie jej zapachu
blednie, rozwiewa się
odchodzi w niepamięć.
Szukam go, zaklinam, lecz ten nieubłagany
wraca we mnie gdzieś głęboko
chowa się, bliski zapomnienia.
Wszystkie plany na ten dzień
na słońce, na działanie i życie
pozamiatały się razem ze mną.
Ot, melancholia rozlana cichym strumieniem
i te myśli, wszechkolorowe
jedne piękne i łagodne
inne ciemne, burzowe.
I tak zamiast cieszyć się dniem
przyszłością i życiem
tkwię sobie w tęsknocie
nad przeszłością blednącym zachwycie.
Chyba dopadają mnie jesienne demony...
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)