Uciąłem sobie ostatnio pogawędkę z mamą, polonistką (dla tych co nie wiedzą; ważna informacja). Rozmowa dotyczyła sztuki ogółem, a literatury w szczególności, była zaś pokłosiem artykułu dziennikarza Wyborczej, który popełnił w swoim życiu też kilka powieści, a przynajmniej książek.
Z artykuł ten, a więc, z konieczności, i rozmowa, dotyczył pewnego smutnego faktu. Wedle badań jakiegoś OBOP-u, czy podobnego tworu, ponad połowa Polaków nie sięgnęła w ubiegłym roku do książki. Co gorsza, nie zamierza.
Sam artykuł jakiś nowatorski nie był, ot, modnie wyśmiewał obecnego premiera (co miał dziadka w Wermachcie), iż ten woli grać "w gałę", niż zabrać swoich ministrów do księgarni.
Jako mnie samego to nie dziwi, w końcu sam bym bydła na salony nie prowadził. A i jaki pasterz, każdy widzi :).
Urzekło mnie jednak odwołanie do H. G. Wells'a i jego podziemnych morloków, zafascynowanych maszynami, wypaczonym postępem i tym co przyziemne, odrzucające piękno i to, co nie praktyczne. Żerujących zaś na ejolach... uhmmm... a może elojach? Dokładnie nie nazwy pamiętam i poprawę obiecuję, fakt, że żerowali w sposób bardzo bezpośredni (kanibalizm), zaś te, niegdyś bratnie, istoty, ze wszech miar przypominały niewykształcone dzieci, naiwne i nie potrafiące współpracować. Łatwe do zmanipulowania, by nie rzec, wypasu.
Obie grupy zaś nie czytały. I jedne i drugie były na to, na swój sposób, za głupie. Choć jedne z wrodzonej już niemalże indolencji, drugie zaś z powodu świadomej ignorancji, odrzucenia takich wartości.
Czemuż to mi przyszło do głowy, czemu o tym właśnie piszę? (świadomie używam tu czasu teraźniejszego, gwoli ścisłości)
Otóż siedziałem sobie dzisiaj chwilę niedługą w pobliskim centrum medycznym. Bywam tam w miarę regularnym gościem, ot, takie sprawy alergika.
Tym jednak razem zagnały mnie tam sprawy medycyny pracy. Wiecie, te badania i inne duperele. No i oba typy wizyt miały pewną wspólny mianownik.
Zawsze, ale to zawsze noszę ze sobą książkę.
Zdziwilibyście się, jak rzadko widzę kogokolwiek, kto by czytał, czekając, razem ze mną. Zrozumiem osoby czekające razem, zawsze można porozmawiać.
Lecz reszta? Siedzą, bądź stoją, mina cierpiętnicza, bądź chociaż znudzona, przygarbieni, puste spojrzenie. Tragedia, powiadam.
Tak samo było dzisiaj. Małym wyjątkiem było to, że cała poczekalnia była wypełniona młodzieżą szkolną i studentami, co mi trochę szyki pokrzyżowało, gdyż mogłem się tylko zarejestrować na jutro. Nic to. Chwilkę poczekałem (czytając "Ptaśka" - tak, tak, cicho, nadrabiam), nie omieszkałem jednak przyjrzeć się bacznie otoczeniu.
W poczekalni znajdowało się, poza mną, kilkanaście osób. Trzy dziewczyny zawzięcie między sobą trajkotały. Fair enough. Wizyta u dermatologa też ciekawa sprawa. Akurat średnio mnie interesowało, gdzie jedna z drugą mają krosty, ale to już insza inszość.
Prawdziwy problem leżał w tym, że byłem absolutnie jedyną osobą z książką.
Nie było wyjątku. Nie wiem, czy to pokłosie tego, że można "bawić się komórką", czy też brak doświadczenia w kwestii przebywania w słynnych "życiowych" kolejkach.
Tak, czy inaczej, ja od niepamiętnych czasów nie lubię marnować ten sposób czasu. Lubię się polenić, mieć czas wolny, nic nie robić. Bezczynność jednak... jest dla mnie męcząca, uciążliwa. Nie potrafię tak, słowo.
Na szczęście jako osoba do rejestracji byłem poza kolejką, szybko więc opuściłem naszą osowiałą gromadkę morloczków. Gnębi mnie jednak pewna myśl - czy był to przypadek, czy te osoby naprawdę nigdy nie sięgają po książkę?
Jeśli zaś prawdziwa jest ta druga opcja, to czy zamiłowanie do kultury mogą odnaleźć w cyfrowym świecie? Wiadomo, że ona tam jest. Internet (i peryferia) jest jednak strasznym śmietnikiem. Czy na pewno mogą trafić na to, co wartościowe?
I, co gorsza, czy chcą?
M.
poniedziałek, 24 września 2012
niedziela, 23 września 2012
Podwójna reaktywacja (po raz n-ty)
Powrót do parakultury odkładałem od bardzo, bardzo dawna.
Cóż, "odkładałem", to dość nieszczęśliwe wyrażenie. Dojrzewał on we mnie, powoli i nieśpiesznie. Po prostu to, co popchnęło mnie do założenia tego bloga, przygasło. Nie zniknęło, broń Światłości. Ot, blog ów stracił świeżość i nie zawierał już tego, co chciałbym w nim przekazywać.
Potrzebowałem odpocząć, stąd milczenie.
Parakultura powraca więc, na kilka dni przez kolejnymi urodzinami. Moimi, nie jej, rzecz jasna :).
Czy odzyskałem świeżość i czy będę potrafił pisać przyjemne, odpowiednio zgryźliwe, lecz jednocześnie pozytywne teksty? Mam nadzieję.
Właśnie ta pozytywność jest tym, czego brakowało mi w ostatnich tekstach, bądź gdy myślałem, czy o czymś nie napisać. Powiem Wam, drodzy czytelnicy, że nie lubię wylewać jadu. Niestety zaś, wiele ze spraw, o których słuchać na co dzień, nie pozostawia nic innego.
Dlatego też dzisiejszy wpis traktować będzie o pewnym zjawisku, dzięki któremu takie pojęcie, jak (moja) parakultura w ogóle istnieje. Zjawisko owe zaś nosi miano Dead Can Dance (nie mylić z You Can Dance!). A cóż to takiego? – być może ktoś zapyta. Wujek Wiki zaś służy odpowiedzią:
(jest to) brytyjsko-australijska grupa muzyczna prezentująca alternatywne spojrzenie na world music, z wpływami gatunków zaliczanych do szeroko pojętego dark independent. Powstała 1981 r. w Melbourne z inicjatywy Brytyjczyka Brendana Perry'ego, do którego wkrótce dołączyła Australijka Lisa Gerrard[2]
Ot i tyle. Zespół ten zakończył działalność w 1998 roku, kapitalną płytą Spiritchaser, by niedawno odrodzić się, jak Feniks, własnym Anastasis. Odrodzić się, to dobre słowo, gdyż brzmią dokładnie tak, jak brzmieli niegdyś. Jakby te 14 lat ciszy było tylko kontemplacją, krótką pauzą w muzyce, która gra w ich duszach.
Moi drodzy, zapraszam w moją własną wycieczkę po tym, czym jest Dead Can Dance; po zjawisku, które re-definiuje wiele pojęć, dotykając bezpośrednio tego, co ulotne, duchowe i metafizyczne. A także niezaprzeczalnie piękne w ten kruchy, niekomercyjny sposób. Moja muzyczna ikona parakultury...
Jak sam Brandon śpiewa w otwierającym płytę utworze:
We are the children of the sun, our journey's just begun.
Tak, ich podróż dopiero się zaczyna, gdyż, podobnie jak i dla mnie, to podróż jest ważna, a nie cel. Podróż zaś zaczyna się codziennie na nowo. I tak ich muzyka towarzyszy mi już od dobrych kilku lat, w szczęściu i smutku. W domu i w podróży, cały czas jednak w sercu i w duszy.
Nie jestem pewien, czy będę potrafił opisać, jak bardzo ewoluuje we mnie sam odbiór ich utworów i ich przekazu. Tkwi w nich prawdziwa magia. Taka magia słów, dźwięków i aury.
Chyba ta ostatnia przemawia do mnie i działa na mnie najbardziej.
Wystarczy czasem, że zamknę oczy, by pojawił się we mnie obraz powiązany z jednym, lub drugim utworem. A też inaczej – stojąc gdzieś, w lesie, nad rzeką, czy też w górach, potrafię przypomnieć sobie jeden z ich utworów.
Ta muzyka przeniknęła mnie na wskroś, stała się częścią mnie. Po części wręcz stworzyła mnie, uczyniła ze mnie tego, kim jestem. To z niej, bezpośrednio z niej narodziła się parakultura.
Fakt, że ta idea wzrosła na podatnym gruncie. Zawsze byłem estetą, zawsze fascynowała mnie sztuka, piękno i poszukiwanie odpowiedzi, doznań, myśli.
Jednak dopiero Dead Can Dance pobudził to ziarno, które zakiełkowała we mnie literatura. Ot, takie uzupełnienie, gdyż człowiek bez różnorodnych bodźców nie ma szans na rozwój. Ja zaś nie mam zamiaru przestać się rozwijać. Górnolotny plan, cóż, lecz czasem bywam ambitny :).
Wróćmy jednak do ich nowej płyty. Zapraszam do mojej prywatnej i osobliwej minirecenzji. Mam nadzieję, że nią nie zanudzę!
Nim jednak zacznę, polecam puścić w tle następujący utwór - http://www.youtube.com/watch?v=J6aQEFzB3zQ a więc otwierające płytę Children of the Sun. Można dalej przy tym czytać, lecz nie radzę. Lepiej zamknąć oczy i się wsłuchać. Bądź znaleźć słowa tego utworu, by łatwiej zrozumieć, czym i dlaczego otwieramy płytę.
Przede wszystkim podkreślam, że ich nowa płyta nie jest wielkim krokiem naprzód, tak samo jak niczym przełomowym nie była ich pierwsza płyta. Z początku byli, jak to ładnie określono na wikipedii, dark independent. Wiecie, takie około-gotyckie granie. Przyjemne, ciekawe, intrygujące, a nawet i dość żywe (kto nie wierzy, tego odsyłam do The Trial http://www.youtube.com/watch?v=DggPe4KaD_c ).
Zmieniali się zaś z płyty na płytę, jednocześnie (i paradoksalnie) od drugiej pozostając tacy sami. Nie na darmo pojawiło się wśród osób zorientowanych określenie 'oni grają jak Dead Can Dance'. Potrafili zrobić... wszystko. Grali (grają!) muzykę z całego świata. Sięgali do brzmień egzotycznych, arabskich, irlandzkich i w zasadzie wszystkich innych. Płyta z 1998 roku, Spiritchaser, była niesamowicie szamańska, inspirowana etniczną muzyką Afryki.
Co więc ja znalazłem w DCD?
Przede wszystkim ich karnawał, a raczej pożegnanie z nich. Utwór tak pięknie nostalgiczny, że może być jednocześnie oswojeniem się z koncepcją śmierci, jak i kołysanką, dodającym otuchy i mówiącym o pięknie świata kocem, oddzielającym od wszystkiego, co zmęczyło nas w danym dniu.
Nie wiem jak opisać ten utwór słowami i pojęciami innymi, niż "doskonały", "kompletny", "magiczny", "hipnotyzujący".
Cała jego aranżacja, brzmienie, słowa, nawet teledysk... przepiękne i składające się w coś większego. O, właśnie tego szukałem. Jego suma jest większa, niż części składowe. Można go rozbierać na części, analizować i szukać w nim geniuszu. Jednak ów geniusz jest wszędzie, pomiędzy i jest nieuchwytny. Spotkać i znaleźć można go dopiero patrząc na całość, słuchając nie tylko uchem – też i duszą.
I właśnie... tutaj dochodzimy do sedna mojej minirecenzji. Muzycznie Dead Can Dance nie zmieniło się. Nadal są sobą i nadal trzymają poziom. Wielu ma im to za złe. Chcieli czegoś nowego. Lecz to jest jakby... zarzucać Paganiniemu, że to kapitalnie, iż wymyślił granie na skrzypcach niemal na nowo, ale teraz czekamy na coś nowego.
To nie tak, moi drodzy. Dead Can Dance to coś, co narodziło się w duszach pewnej dwójki, lecz co dojrzewa i kiełkuje w nas. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się tutaj... instrumentem.
Tak jak Brandon i Lisa jestem owym dzieckiem słońca, którego podróż dopiero się rozpoczyna. Tak jak i przez nich, tak i przeze mnie muzyka płynie i przedostaje się dalej. Kształtując mnie i świat.
Nie chciałbym, by to się zmieniło, zaś zbytnie eksperymentowanie mogłoby do tego doprowadzić.
Tak jak kiedyś Karnawał się zakończył, tak teraz rozpoczyna się na nowo. Inny, a jednak taki sam. Piękny i współtworzony przez to, jak go odbieramy.
To jest coś więcej niż rozrywka, coś więcej niż muzyka, coś więcej niż zwykła sztuka. To jest czysta parakultura, wykraczająca poza ramy, poza bariery, poza rzeczywistość.
Oto czym jest dla mnie Dead Can Dance.
A czym jest, lub może stać się dla Was? Odpowiedź można znaleźć tylko w jednym miejscu.
W Was.
Al'diel sha'la ;)
M.
Cóż, "odkładałem", to dość nieszczęśliwe wyrażenie. Dojrzewał on we mnie, powoli i nieśpiesznie. Po prostu to, co popchnęło mnie do założenia tego bloga, przygasło. Nie zniknęło, broń Światłości. Ot, blog ów stracił świeżość i nie zawierał już tego, co chciałbym w nim przekazywać.
Potrzebowałem odpocząć, stąd milczenie.
Parakultura powraca więc, na kilka dni przez kolejnymi urodzinami. Moimi, nie jej, rzecz jasna :).
Czy odzyskałem świeżość i czy będę potrafił pisać przyjemne, odpowiednio zgryźliwe, lecz jednocześnie pozytywne teksty? Mam nadzieję.
Właśnie ta pozytywność jest tym, czego brakowało mi w ostatnich tekstach, bądź gdy myślałem, czy o czymś nie napisać. Powiem Wam, drodzy czytelnicy, że nie lubię wylewać jadu. Niestety zaś, wiele ze spraw, o których słuchać na co dzień, nie pozostawia nic innego.
Dlatego też dzisiejszy wpis traktować będzie o pewnym zjawisku, dzięki któremu takie pojęcie, jak (moja) parakultura w ogóle istnieje. Zjawisko owe zaś nosi miano Dead Can Dance (nie mylić z You Can Dance!). A cóż to takiego? – być może ktoś zapyta. Wujek Wiki zaś służy odpowiedzią:
(jest to) brytyjsko-australijska grupa muzyczna prezentująca alternatywne spojrzenie na world music, z wpływami gatunków zaliczanych do szeroko pojętego dark independent. Powstała 1981 r. w Melbourne z inicjatywy Brytyjczyka Brendana Perry'ego, do którego wkrótce dołączyła Australijka Lisa Gerrard[2]
Ot i tyle. Zespół ten zakończył działalność w 1998 roku, kapitalną płytą Spiritchaser, by niedawno odrodzić się, jak Feniks, własnym Anastasis. Odrodzić się, to dobre słowo, gdyż brzmią dokładnie tak, jak brzmieli niegdyś. Jakby te 14 lat ciszy było tylko kontemplacją, krótką pauzą w muzyce, która gra w ich duszach.
Moi drodzy, zapraszam w moją własną wycieczkę po tym, czym jest Dead Can Dance; po zjawisku, które re-definiuje wiele pojęć, dotykając bezpośrednio tego, co ulotne, duchowe i metafizyczne. A także niezaprzeczalnie piękne w ten kruchy, niekomercyjny sposób. Moja muzyczna ikona parakultury...
Jak sam Brandon śpiewa w otwierającym płytę utworze:
We are the children of the sun, our journey's just begun.
Tak, ich podróż dopiero się zaczyna, gdyż, podobnie jak i dla mnie, to podróż jest ważna, a nie cel. Podróż zaś zaczyna się codziennie na nowo. I tak ich muzyka towarzyszy mi już od dobrych kilku lat, w szczęściu i smutku. W domu i w podróży, cały czas jednak w sercu i w duszy.
Nie jestem pewien, czy będę potrafił opisać, jak bardzo ewoluuje we mnie sam odbiór ich utworów i ich przekazu. Tkwi w nich prawdziwa magia. Taka magia słów, dźwięków i aury.
Chyba ta ostatnia przemawia do mnie i działa na mnie najbardziej.
Wystarczy czasem, że zamknę oczy, by pojawił się we mnie obraz powiązany z jednym, lub drugim utworem. A też inaczej – stojąc gdzieś, w lesie, nad rzeką, czy też w górach, potrafię przypomnieć sobie jeden z ich utworów.
Ta muzyka przeniknęła mnie na wskroś, stała się częścią mnie. Po części wręcz stworzyła mnie, uczyniła ze mnie tego, kim jestem. To z niej, bezpośrednio z niej narodziła się parakultura.
Fakt, że ta idea wzrosła na podatnym gruncie. Zawsze byłem estetą, zawsze fascynowała mnie sztuka, piękno i poszukiwanie odpowiedzi, doznań, myśli.
Jednak dopiero Dead Can Dance pobudził to ziarno, które zakiełkowała we mnie literatura. Ot, takie uzupełnienie, gdyż człowiek bez różnorodnych bodźców nie ma szans na rozwój. Ja zaś nie mam zamiaru przestać się rozwijać. Górnolotny plan, cóż, lecz czasem bywam ambitny :).
Wróćmy jednak do ich nowej płyty. Zapraszam do mojej prywatnej i osobliwej minirecenzji. Mam nadzieję, że nią nie zanudzę!
Nim jednak zacznę, polecam puścić w tle następujący utwór - http://www.youtube.com/watch?v=J6aQEFzB3zQ a więc otwierające płytę Children of the Sun. Można dalej przy tym czytać, lecz nie radzę. Lepiej zamknąć oczy i się wsłuchać. Bądź znaleźć słowa tego utworu, by łatwiej zrozumieć, czym i dlaczego otwieramy płytę.
Przede wszystkim podkreślam, że ich nowa płyta nie jest wielkim krokiem naprzód, tak samo jak niczym przełomowym nie była ich pierwsza płyta. Z początku byli, jak to ładnie określono na wikipedii, dark independent. Wiecie, takie około-gotyckie granie. Przyjemne, ciekawe, intrygujące, a nawet i dość żywe (kto nie wierzy, tego odsyłam do The Trial http://www.youtube.com/watch?v=DggPe4KaD_c ).
Zmieniali się zaś z płyty na płytę, jednocześnie (i paradoksalnie) od drugiej pozostając tacy sami. Nie na darmo pojawiło się wśród osób zorientowanych określenie 'oni grają jak Dead Can Dance'. Potrafili zrobić... wszystko. Grali (grają!) muzykę z całego świata. Sięgali do brzmień egzotycznych, arabskich, irlandzkich i w zasadzie wszystkich innych. Płyta z 1998 roku, Spiritchaser, była niesamowicie szamańska, inspirowana etniczną muzyką Afryki.
Co więc ja znalazłem w DCD?
Przede wszystkim ich karnawał, a raczej pożegnanie z nich. Utwór tak pięknie nostalgiczny, że może być jednocześnie oswojeniem się z koncepcją śmierci, jak i kołysanką, dodającym otuchy i mówiącym o pięknie świata kocem, oddzielającym od wszystkiego, co zmęczyło nas w danym dniu.
Nie wiem jak opisać ten utwór słowami i pojęciami innymi, niż "doskonały", "kompletny", "magiczny", "hipnotyzujący".
Cała jego aranżacja, brzmienie, słowa, nawet teledysk... przepiękne i składające się w coś większego. O, właśnie tego szukałem. Jego suma jest większa, niż części składowe. Można go rozbierać na części, analizować i szukać w nim geniuszu. Jednak ów geniusz jest wszędzie, pomiędzy i jest nieuchwytny. Spotkać i znaleźć można go dopiero patrząc na całość, słuchając nie tylko uchem – też i duszą.
I właśnie... tutaj dochodzimy do sedna mojej minirecenzji. Muzycznie Dead Can Dance nie zmieniło się. Nadal są sobą i nadal trzymają poziom. Wielu ma im to za złe. Chcieli czegoś nowego. Lecz to jest jakby... zarzucać Paganiniemu, że to kapitalnie, iż wymyślił granie na skrzypcach niemal na nowo, ale teraz czekamy na coś nowego.
To nie tak, moi drodzy. Dead Can Dance to coś, co narodziło się w duszach pewnej dwójki, lecz co dojrzewa i kiełkuje w nas. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się tutaj... instrumentem.
Tak jak Brandon i Lisa jestem owym dzieckiem słońca, którego podróż dopiero się rozpoczyna. Tak jak i przez nich, tak i przeze mnie muzyka płynie i przedostaje się dalej. Kształtując mnie i świat.
Nie chciałbym, by to się zmieniło, zaś zbytnie eksperymentowanie mogłoby do tego doprowadzić.
Tak jak kiedyś Karnawał się zakończył, tak teraz rozpoczyna się na nowo. Inny, a jednak taki sam. Piękny i współtworzony przez to, jak go odbieramy.
To jest coś więcej niż rozrywka, coś więcej niż muzyka, coś więcej niż zwykła sztuka. To jest czysta parakultura, wykraczająca poza ramy, poza bariery, poza rzeczywistość.
Oto czym jest dla mnie Dead Can Dance.
A czym jest, lub może stać się dla Was? Odpowiedź można znaleźć tylko w jednym miejscu.
W Was.
Al'diel sha'la ;)
M.
wtorek, 12 czerwca 2012
Nie o EURO
A przynajmniej, nie w zasadniczej części wpisu.
Wiadomo, że rzetelność dziennikarska (ach, ten mój przeuroczy sarkazm) wymaga ode mnie poświęcenia tematowi kilku słów.
Zacznijmy od tematu bliskiego memu sercu, czyli tematowi cycków, domyślnie - ukraińskich. Otóż w ostatnim poście rozpisałem się na temat krasnych biustów ukraińskich feministek. Niestety, spotkał mnie srogi zawód. W ostatnich manifestacjach udział wzięły niewiasty raczej średnio ciekawe. Pal licho twarz, wiadomo, że wychodziła z nich złość. Złość na co? Nie wiem. Szczerze wątpię, żeby na Ukrainie mafia robiła regularne łapanki i zmuszała tamtejsze dziewuchy do nierządu.
No a co feministkom do cichodajek? To tak, jakby kury domowe protestowały przeciwko 'kobietom sukcesu'. I jedne i drugie mają nie po kolei w głowie, więc nie pozostaje nic innego, jak plasnąć się w czoło i oglądać mecze. Albo i nie, jak kto woli. Na tym polega wolność :).
Także Fe-menki mogły nawet mieć dobry pomysł na swój protest.
- Patrzcie - zdają się mówić - u nas wcale nie takie ładne kobiety, nie ma po co seksturystyki uprawiać.
No, powiedzcie sami, tak szczerze, z ręką na sercu... Być może chodzi tu o ekspresję i zniekształcenie (w innym przypadku przyjemnych dla oka) rysów twarzy, ale te przedstawicielki płci PIĘKNEJ z poniższych zdjęć jakoś mnie nie napawają zachwytem.


Przynajmniej ich reprezentacja wygrała. Dziewuszki pewnie mają to w czterech literach. Ciekawe, prawda? Mi się to kojarzy z pewnym rodzajem seksu, ale fe-ministki mają swój własny świat, a i ja się bawię innymi zabawkami, w innej piaskownicy, z innymi przedstawicielkami ich płci :).
Czego więc będzie dotyczył właściwy wpis?
Otóż, dość przypadkowo, Moskwy. W zasadzie tej Małej Moskwy, a więc Legnicy. Zainteresowanych rozwinięciem tematu zapraszam do odwiedzenia następującego linku -> http://poznajpolske.onet.pl/reportaze,49/legnica-pozdrowienia-z-malej-moskwy,42697,page2.html
Na zachętę zaś wkleję mały cycat... tfu, znaczy cytat :)
Jest to, proszę państwa, prawda co do kropki. Sam, mimo dość młodego wieku (gdy Rosjanie wyjeżdżali na dobre z Legnicy, w roku 1993, miałem raptem 9 lat), pamiętam część z opisanych sytuacji. Pamiętam, że czasem nieupilnowane, mówiące dziwnym językiem dzieci (tak podobnym, a tak innym) bawiły się z 'nami' w parku. Pamiętam stojący tam, jako pomniki, autentyczny sprzęt wojskowy z czasów II wojny światowej. Pamiętam patrole w charakterystycznych, obcych mundurach, z czerwoną gwiazdą. Pamiętam też Strefę. Kwadrat. Dzielnicę zakazaną. Drut kolczasty, karabiny, totalną obcość.
Pamiętam też dziurę w owym drucie, dobrze pilnowaną, rzecz jasna, przez którą, za łapówką, pewien smarkacz, pod opieką dorosłych, przedostawał się na egzotyczne zakupy.
A jednocześnie, do innego świata.
Cóż to był za świat! Zapuszczony bardziej, niż świat mojego dzieciństwa, późny PRL. Świat który sypał się i rozpadał. Brudny, zaniedbany, obcy.
Mimo tego, że Rosjanie to bracia Słowianie, byli jednak tak obcy, że przerażali owego małego chłopaka.
Jedyne co dawało mi odwagę tam iść, to słodkie, kandyzowane mleko w puszcze, dziwne, niespotykane w Polsce cukierki z dziwnymi napisami, cholernie słodki sok jabłkowy (także w puszcze!) i jeszcze inne rzeczy, których teraz nie pamiętam. Była tam jednak, na pewno, książka z Wilkiem i Zającem :).
Najbardziej jednak utrwaliły mi się w pamięci rewizje. A także moje pytanie - "Mamo, czego ci żołnierze szukają?"
Następnie zaś odpowiedź - 'Materiałów wybuchowych."
Wyobraźcie sobie teraz moje zdumienie - jak to, to moje spodenki mogą wybuchnąć?
Ech, dziecko z wyobraźnią to straszne przekleństwo ;).
Teraz po obecności wojsk radzieckich zostało mało.
Dla mnie osobiście, wpisali się w wielokulturowość mojego dzieciństwa, w obecny kosmopolityzm. Byli dla mnie integralną częścią świata.
Tak samo, jak oczywisty był znajdujący się jakieś 100 metrów od miejsca mojego zamieszkania stary, jeszcze przedwojenny, cmentarz żydowski. Czy też odwiedzający miasto Niemcy, którzy kiedyś mieli tu swe domu. Ot, Dolny Śląsk.
Rosjanie zaś zawsze byli tymi, którzy cierpieli z nami. Mieszkali obok, a nie wolno było im się zintegrować.
Wyrosłem wychowany w przekonaniu, że to nie Rosjanie są źli, ale władze sowieckie. Niezależnie od tego, po której stronie granicy, lewactwo jest mi obce i obrzydliwe. I choć w liceum przeżywałem zafascynowanie różnymi alternatywami, anarchizmem, Che Guevarą i wszystkim, co nie kojarzyło mi się z systemem, jednocześnie po wygraniu ongiś przez SLD wyborów parlamentarnych, po wybraniu Kwaśniewskiego na prezydenta, byłem święcie przekonany, że kończy się świat.
Że powrócą druty, kolczaste, mury i skończy się wolność.
Gdybym tylko wiedział, jacy idioci nadejdą do rządu później, zachowałbym trochę energii na strach w przyszłości ;).
A tak? Żyję w innym świecie i dobrze mi z tym. Czasem lepiej nie wiedzieć, co niesie ze sobą przyszłość.
Zabrakłoby nam siły na życie :).
Pozdrawiam i....
POLSKA GOLA!
M.
Wiadomo, że rzetelność dziennikarska (ach, ten mój przeuroczy sarkazm) wymaga ode mnie poświęcenia tematowi kilku słów.
Zacznijmy od tematu bliskiego memu sercu, czyli tematowi cycków, domyślnie - ukraińskich. Otóż w ostatnim poście rozpisałem się na temat krasnych biustów ukraińskich feministek. Niestety, spotkał mnie srogi zawód. W ostatnich manifestacjach udział wzięły niewiasty raczej średnio ciekawe. Pal licho twarz, wiadomo, że wychodziła z nich złość. Złość na co? Nie wiem. Szczerze wątpię, żeby na Ukrainie mafia robiła regularne łapanki i zmuszała tamtejsze dziewuchy do nierządu.
No a co feministkom do cichodajek? To tak, jakby kury domowe protestowały przeciwko 'kobietom sukcesu'. I jedne i drugie mają nie po kolei w głowie, więc nie pozostaje nic innego, jak plasnąć się w czoło i oglądać mecze. Albo i nie, jak kto woli. Na tym polega wolność :).
Także Fe-menki mogły nawet mieć dobry pomysł na swój protest.
- Patrzcie - zdają się mówić - u nas wcale nie takie ładne kobiety, nie ma po co seksturystyki uprawiać.
No, powiedzcie sami, tak szczerze, z ręką na sercu... Być może chodzi tu o ekspresję i zniekształcenie (w innym przypadku przyjemnych dla oka) rysów twarzy, ale te przedstawicielki płci PIĘKNEJ z poniższych zdjęć jakoś mnie nie napawają zachwytem.
Przynajmniej ich reprezentacja wygrała. Dziewuszki pewnie mają to w czterech literach. Ciekawe, prawda? Mi się to kojarzy z pewnym rodzajem seksu, ale fe-ministki mają swój własny świat, a i ja się bawię innymi zabawkami, w innej piaskownicy, z innymi przedstawicielkami ich płci :).
Czego więc będzie dotyczył właściwy wpis?
Otóż, dość przypadkowo, Moskwy. W zasadzie tej Małej Moskwy, a więc Legnicy. Zainteresowanych rozwinięciem tematu zapraszam do odwiedzenia następującego linku -> http://poznajpolske.onet.pl/reportaze,49/legnica-pozdrowienia-z-malej-moskwy,42697,page2.html
Na zachętę zaś wkleję mały cycat... tfu, znaczy cytat :)
Gdy Armia Radziecka wkraczała do Legnicy, nikt nie mógł przewidzieć, że zostanie tu 48 lat. Zajęto lotnisko, szkoły, szpitale, gmach sądu z więzieniem, Akademię Rycerską, budynek teatru, dawny ratusz, kamienice. Do obiektów podlegających Rosjanom Polacy nie mieli wstępu. Zwykle chroniły je mury lub bramy z czerwoną gwiazdą, a miasto na blisko pół wieku zostało Małą Moskwą.
Zakazane i często karane były bliskie stosunki Rosjan z polską ludnością. Oczywiście kwitł pokątny handel, organizowano pokazowe "dni przyjaźni", lecz złamanie zakazu groziło poważnymi konsekwencjami, w tym błyskawicznym wydaleniem do ZSRR.
Jest to, proszę państwa, prawda co do kropki. Sam, mimo dość młodego wieku (gdy Rosjanie wyjeżdżali na dobre z Legnicy, w roku 1993, miałem raptem 9 lat), pamiętam część z opisanych sytuacji. Pamiętam, że czasem nieupilnowane, mówiące dziwnym językiem dzieci (tak podobnym, a tak innym) bawiły się z 'nami' w parku. Pamiętam stojący tam, jako pomniki, autentyczny sprzęt wojskowy z czasów II wojny światowej. Pamiętam patrole w charakterystycznych, obcych mundurach, z czerwoną gwiazdą. Pamiętam też Strefę. Kwadrat. Dzielnicę zakazaną. Drut kolczasty, karabiny, totalną obcość.
Pamiętam też dziurę w owym drucie, dobrze pilnowaną, rzecz jasna, przez którą, za łapówką, pewien smarkacz, pod opieką dorosłych, przedostawał się na egzotyczne zakupy.
A jednocześnie, do innego świata.
Cóż to był za świat! Zapuszczony bardziej, niż świat mojego dzieciństwa, późny PRL. Świat który sypał się i rozpadał. Brudny, zaniedbany, obcy.
Mimo tego, że Rosjanie to bracia Słowianie, byli jednak tak obcy, że przerażali owego małego chłopaka.
Jedyne co dawało mi odwagę tam iść, to słodkie, kandyzowane mleko w puszcze, dziwne, niespotykane w Polsce cukierki z dziwnymi napisami, cholernie słodki sok jabłkowy (także w puszcze!) i jeszcze inne rzeczy, których teraz nie pamiętam. Była tam jednak, na pewno, książka z Wilkiem i Zającem :).
Najbardziej jednak utrwaliły mi się w pamięci rewizje. A także moje pytanie - "Mamo, czego ci żołnierze szukają?"
Następnie zaś odpowiedź - 'Materiałów wybuchowych."
Wyobraźcie sobie teraz moje zdumienie - jak to, to moje spodenki mogą wybuchnąć?
Ech, dziecko z wyobraźnią to straszne przekleństwo ;).
Teraz po obecności wojsk radzieckich zostało mało.
Dla mnie osobiście, wpisali się w wielokulturowość mojego dzieciństwa, w obecny kosmopolityzm. Byli dla mnie integralną częścią świata.
Tak samo, jak oczywisty był znajdujący się jakieś 100 metrów od miejsca mojego zamieszkania stary, jeszcze przedwojenny, cmentarz żydowski. Czy też odwiedzający miasto Niemcy, którzy kiedyś mieli tu swe domu. Ot, Dolny Śląsk.
Rosjanie zaś zawsze byli tymi, którzy cierpieli z nami. Mieszkali obok, a nie wolno było im się zintegrować.
Wyrosłem wychowany w przekonaniu, że to nie Rosjanie są źli, ale władze sowieckie. Niezależnie od tego, po której stronie granicy, lewactwo jest mi obce i obrzydliwe. I choć w liceum przeżywałem zafascynowanie różnymi alternatywami, anarchizmem, Che Guevarą i wszystkim, co nie kojarzyło mi się z systemem, jednocześnie po wygraniu ongiś przez SLD wyborów parlamentarnych, po wybraniu Kwaśniewskiego na prezydenta, byłem święcie przekonany, że kończy się świat.
Że powrócą druty, kolczaste, mury i skończy się wolność.
Gdybym tylko wiedział, jacy idioci nadejdą do rządu później, zachowałbym trochę energii na strach w przyszłości ;).
A tak? Żyję w innym świecie i dobrze mi z tym. Czasem lepiej nie wiedzieć, co niesie ze sobą przyszłość.
Zabrakłoby nam siły na życie :).
Pozdrawiam i....
POLSKA GOLA!
M.
środa, 30 maja 2012
Femeney i himeny
Nie posiadam się z radości. Na Euro 2012 Ukraina eksportuje do nas cycki.
W dodatku cycki młode, jędrne i przyczepione do całkiem apetycznych ciał. No i nagie!
Powiedzcie sami, czego chcieć więcej?
Rzecz jasna, sprawa nie jest taka prosta. Istnieje także mroczna strona.
Cycki owe przyjeżdżają pod postacią aktywistek organizacji FEMEN (po bliższe info odsyłam do wujka Google). Cóż to za problem, zapytacie?
Otóż FEMEN, jak i inne feministyczne organizacje, to zbiór osobniczek mądrych, ale i kretynek. Nie ma się co dziwić, nazywa się to krzywą Gaussa, czy coś w tym guście. Można sprawdzić w encyklopedii i ew. opierniczyć mnie za dyletanctwo, lecz skraca się to do jednego: w danej grupie osób (twórcze zaadoptowanie tego wykresu) będzie tyle samo jednostek wybitnych, co arcygłupich. Ew. zbliżona ilość.
Z feministkami zaś, a szczególnie tymi lewackimi, problem taki, że średnia, od której zaczynamy, nie jest zbyt... hmmmm.... absorbująca intelektualnie.
No bo czego się spodziewać po lewakach, wegetarianach, studentach, artystach wszelkiej maści i innych darmozjadach? A co gorsza - płci żeńskiej :D.
Plus FEMENU jest taki, że nie optują za wegetarianizmem. Ba, nie są nawet feministyczne per se. Co zresztą widać wyraźnie, w końcu potrafią zadbać o swój wygląd. Generalnie ich akcje są (raczej) pozytywne, chociaż ich akcje pokroju tej przeciwko papieskiej patrialchalnej propagandzie i mizoginistycznej polityce Kościoła katolickiego wywołują u mnie uśmiech politowania. A jestem przecież antyklerykalny, co najmniej.
Z organizacjami tak to już jest. Skundlają się bardzo szybko. Weźmy np. taką Solidarność. Jak patrzę na gęby dzisiejszych jej przedstawicieli, to zbiera mi się na wymioty.
Odczuwam zresztą ostatnio straszny przesyt tym całym łączeniem się w grona wzajemnej adoracji. Zamiast współdziałać, tracą czas na szarpanie się. Nawet te w miarę inteligentne, stawiają na pokazywanie cycków, zamiast na pracę u podstaw. Co, że niby przebrzmiała idea? Przynajmniej jednak zmusza do działania. Siedzieć na czterech literach i grymasić potrafi każdy. Nawet ja.
Himeny mamy też w rządzie. Kopia zapasowa zeszłego (kocham swój czarny humor) prezydenta ogłosiła ostatnio zawieszenie broni na czas Euro. Nie wiem co na to sama Bronia, bo Bronek chyba od rana się ślini ze szczęścia. Ja w sumie też. Przyznam.
Jest w końcu szansa, że nie zobaczę tej szkaradnej mordy w telewizorni, jeżeli najdzie mnie ochota obejrzeć jakiś mecz. Np. ten otwarcia, albo o wszystko. A chociaż ten o honor. Więcej opcji nie przewiduję, chyba że Szczęsny zamuruje bramkę, a Borussia rozklepie rywala dwoma podaniami i strzałem.
Zaczyna się sezon ogórkowy. Pomysłów na paszkwile mam pełno, więc pewnie postańczykuję sobie niedługo. Wolno mi w końcu. Blog ten jest prywatny i wyraża moje prywatne zdanie. Raptem często popierane przez czytelników, szczególnie gdy 'jadę' po politykach.
Jeżeli się uda, to dodam też coś dla duszy, acz nie oczyszczająco-ośmieszającego, lecz takiego artystyczno-twórczo-kreatywnego. Wiem, wiem. Obiecuję od dawna. Lecz robię to szczerze, naprawdę! :D.
Miłej nocki,
M.
W dodatku cycki młode, jędrne i przyczepione do całkiem apetycznych ciał. No i nagie!
Powiedzcie sami, czego chcieć więcej?
Rzecz jasna, sprawa nie jest taka prosta. Istnieje także mroczna strona.
Cycki owe przyjeżdżają pod postacią aktywistek organizacji FEMEN (po bliższe info odsyłam do wujka Google). Cóż to za problem, zapytacie?
Otóż FEMEN, jak i inne feministyczne organizacje, to zbiór osobniczek mądrych, ale i kretynek. Nie ma się co dziwić, nazywa się to krzywą Gaussa, czy coś w tym guście. Można sprawdzić w encyklopedii i ew. opierniczyć mnie za dyletanctwo, lecz skraca się to do jednego: w danej grupie osób (twórcze zaadoptowanie tego wykresu) będzie tyle samo jednostek wybitnych, co arcygłupich. Ew. zbliżona ilość.
Z feministkami zaś, a szczególnie tymi lewackimi, problem taki, że średnia, od której zaczynamy, nie jest zbyt... hmmmm.... absorbująca intelektualnie.
No bo czego się spodziewać po lewakach, wegetarianach, studentach, artystach wszelkiej maści i innych darmozjadach? A co gorsza - płci żeńskiej :D.
Plus FEMENU jest taki, że nie optują za wegetarianizmem. Ba, nie są nawet feministyczne per se. Co zresztą widać wyraźnie, w końcu potrafią zadbać o swój wygląd. Generalnie ich akcje są (raczej) pozytywne, chociaż ich akcje pokroju tej przeciwko papieskiej patrialchalnej propagandzie i mizoginistycznej polityce Kościoła katolickiego wywołują u mnie uśmiech politowania. A jestem przecież antyklerykalny, co najmniej.
Z organizacjami tak to już jest. Skundlają się bardzo szybko. Weźmy np. taką Solidarność. Jak patrzę na gęby dzisiejszych jej przedstawicieli, to zbiera mi się na wymioty.
Odczuwam zresztą ostatnio straszny przesyt tym całym łączeniem się w grona wzajemnej adoracji. Zamiast współdziałać, tracą czas na szarpanie się. Nawet te w miarę inteligentne, stawiają na pokazywanie cycków, zamiast na pracę u podstaw. Co, że niby przebrzmiała idea? Przynajmniej jednak zmusza do działania. Siedzieć na czterech literach i grymasić potrafi każdy. Nawet ja.
Himeny mamy też w rządzie. Kopia zapasowa zeszłego (kocham swój czarny humor) prezydenta ogłosiła ostatnio zawieszenie broni na czas Euro. Nie wiem co na to sama Bronia, bo Bronek chyba od rana się ślini ze szczęścia. Ja w sumie też. Przyznam.
Jest w końcu szansa, że nie zobaczę tej szkaradnej mordy w telewizorni, jeżeli najdzie mnie ochota obejrzeć jakiś mecz. Np. ten otwarcia, albo o wszystko. A chociaż ten o honor. Więcej opcji nie przewiduję, chyba że Szczęsny zamuruje bramkę, a Borussia rozklepie rywala dwoma podaniami i strzałem.
Zaczyna się sezon ogórkowy. Pomysłów na paszkwile mam pełno, więc pewnie postańczykuję sobie niedługo. Wolno mi w końcu. Blog ten jest prywatny i wyraża moje prywatne zdanie. Raptem często popierane przez czytelników, szczególnie gdy 'jadę' po politykach.
Jeżeli się uda, to dodam też coś dla duszy, acz nie oczyszczająco-ośmieszającego, lecz takiego artystyczno-twórczo-kreatywnego. Wiem, wiem. Obiecuję od dawna. Lecz robię to szczerze, naprawdę! :D.
Miłej nocki,
M.
środa, 23 maja 2012
Para-edukacja.
Dzisiaj, jednak, pozwolę sobie ponarzekać. A co! Mam jak, na co i o czym narzekać, więc nie mam zamiaru się krępować.
Ponarzekam zaś, jak można wywnioskować z tytułu, na nasz system edukacji.
Jeszcze do niedawna nie był on zły. Programy nauczania miały ręce i nogi, nauczyciele byli kontrolowani skutecznie, acz bez przesady, biurokracja jeszcze nie wyciągała brudnych, zaropiałych łapsk po ich (nasz) czas i jakość nauczania.
No, fakt, dzieciaki były też, jakby, mniej ułomne, ale to insza inszość.
Lećmy po kolei. Nasze ministerstwo (para)edukacji stacza się po równi pochyłej. Z kadencji na kadencję, z roku na rok piętrzą się przepisy wymyślane przez kolejnych idiotów. Naprawdę nie widzę w żadnym z nich celu. Sama nauka, jej zakres, jej cel, jest upraszczana (spłycana), obcinana i kompletnie pozbawiona znaczenia. Króluje wkuwanie na pamięć, wiedza encyklopedyczna i kompletny, absolutny brak nacisku na myślenie.
Temu brakowi myślenia wcale się nie dziwię. Biorąc pod uwagę, jacy kretyni wydają obowiązujące, m.in. mnie, decyzje, cieszę się, że nauka czytania i pisania nie została przeniesiona do liceum. Łączenie faktów i kojarzenie faktów, ciąg przyczynowo-skutkowy, logika. Drodzy czytelnicy, tego już nigdy nie uświadczycie w polskim szkolnictwie. Obawiam się, że możemy się z tymi ideami pożegnać na amen.
Kolejna kula u nogi to biurokracja. Ilość papierzysk i kompletnie zbędnych formularzy, raportów, czy sprawozdań, które musimy (my, nauczyciele) wypełniać, zakrawa powoli o klimaty rodem z Kafki. Uwierzcie mi, to bardzo szybko przestało być śmieszne. Szczególnym kretyństwem jest przygotowywany CO DO MINUTY konspekt lekcji, którego to, oczywiście, nikt chyba jeszcze nigdy nie przygotował zgodnie z wytycznymi. Dlaczego nie? Niech się sprawdzanie obecności przedłuży o minutę - i już jest do wyrzucenia :). Dlatego u mnie składał się z trzech rzeczy.
Pierwsze 10 minut - wprowadzenie, rozgrzewka, powtórka.
25 minut - lekcja właściwa: (tutaj wpisać temat).
Ostatnie 10 minut: podsumowanie, zadanie domowe, etc.
Ech, ile ja się natoczyłem bojów na ten temat. Odbiło mi się to nawet na premii motywacyjnej, lecz wolałem nie szargać swoich nerwów dla nędznych paru złotych. Powiedzmy sobie szczerze, im więcej pierdół nie związanych z nauczaniem muszę wykonać, czy doglądać, tym mniej serca mam do pracy. Smutne, ale prawdziwe.
No i dzieciaki. Ech. Od małego nauczone lizusostwa, lesserstwa (tutaj z uporem maniaka będę pisał ten wyraz przed dwa "s", jak mój wewnętrzny językoznawca mi podpowiada) i generalnego braku refleksji.
Pal licho z nauką języków, tutaj to jeszcze jakoś się trzyma kupy. Wyobraźcie sobie jednak, że też nie tak do końca.
Pierwsza klasa podstawówki, dzieciaki przychodzą na język angielski, mam je nauczyć angielskiego alfabetu. A te nie znają nawet polskiego. Nie potrafią trzymać ołówka. Generalnie nie potrafią nic, absolutnie nic.
"Plan niewykonany, proszę się bardziej postarać."
No comment.
A później? Później jeszcze gorzej. Pamiętacie "Dzień świra"? Właśnie stamtąd wziął się pewien kapitalny cytat (który pozwolę sobie sparafrazować, gdyż nie pamiętam dokładnie). Leci on mniej więcej w stylu, że co to za ironia, by (...)o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?
No i właśnie tutaj mamy niedojrzałe, głupie bachory, którym wydaje się, że ich pierwsze troski, pierwsze zawody i generalnie cokolwiek, co mają w głowie, posiada jakąkolwiek wartość :). Furda! Sam taki byłem, tym bardziej się teraz śmieję.
Nawet osoba inteligentna i wrażliwa, jest tylko dojrzewającym, cierpiącym na nadmiar szalejących hormonów szczylem. Obojętnie jakie się ma zainteresowania, jak bardzo rozwijamy się (wbrew tępej polonistce, czy olewającej teorię fizyczce), to jest za mało.
Ja dotąd, co roku, oglądam się za siebie i widzę, jak głupi byłem dotąd. Wynika z tego, oczywiście, swoista pokora. Wiem, że nie jestem doskonały i widzę, jak wiele mi brakuje. Jednocześnie jednak, widzę, jak wielu jest o wiele głupszych ode mnie, jak wielu nawet i starszych ode mnie, nie potrafi samodzielnie myśleć.
Niestety, szkolnictwo w Polsce zdycha i kwiczy. Całe, od początków, po studia, jest fabryką pozbawionych perspektyw tępaków i darmozjadów. Jeżeli ktoś odnosi sukces, to wbrew otoczeniu, a nie dzięki wykształceniu.
Co tu możemy zmienić sami? Cóż, wyjść na ulice, albo po prostu wychowywać własne dzieci. Na to jednak nie stać RODZICÓW. Gdyż, niestety, rodzice to jeszcze bardziej ślepi kretyni, niż nasi ministrowie. Nie zawsze, lecz zazwyczaj - liczę więc na Was :).
Namaarie,
M.
Ponarzekam zaś, jak można wywnioskować z tytułu, na nasz system edukacji.
Jeszcze do niedawna nie był on zły. Programy nauczania miały ręce i nogi, nauczyciele byli kontrolowani skutecznie, acz bez przesady, biurokracja jeszcze nie wyciągała brudnych, zaropiałych łapsk po ich (nasz) czas i jakość nauczania.
No, fakt, dzieciaki były też, jakby, mniej ułomne, ale to insza inszość.
Lećmy po kolei. Nasze ministerstwo (para)edukacji stacza się po równi pochyłej. Z kadencji na kadencję, z roku na rok piętrzą się przepisy wymyślane przez kolejnych idiotów. Naprawdę nie widzę w żadnym z nich celu. Sama nauka, jej zakres, jej cel, jest upraszczana (spłycana), obcinana i kompletnie pozbawiona znaczenia. Króluje wkuwanie na pamięć, wiedza encyklopedyczna i kompletny, absolutny brak nacisku na myślenie.
Temu brakowi myślenia wcale się nie dziwię. Biorąc pod uwagę, jacy kretyni wydają obowiązujące, m.in. mnie, decyzje, cieszę się, że nauka czytania i pisania nie została przeniesiona do liceum. Łączenie faktów i kojarzenie faktów, ciąg przyczynowo-skutkowy, logika. Drodzy czytelnicy, tego już nigdy nie uświadczycie w polskim szkolnictwie. Obawiam się, że możemy się z tymi ideami pożegnać na amen.
Kolejna kula u nogi to biurokracja. Ilość papierzysk i kompletnie zbędnych formularzy, raportów, czy sprawozdań, które musimy (my, nauczyciele) wypełniać, zakrawa powoli o klimaty rodem z Kafki. Uwierzcie mi, to bardzo szybko przestało być śmieszne. Szczególnym kretyństwem jest przygotowywany CO DO MINUTY konspekt lekcji, którego to, oczywiście, nikt chyba jeszcze nigdy nie przygotował zgodnie z wytycznymi. Dlaczego nie? Niech się sprawdzanie obecności przedłuży o minutę - i już jest do wyrzucenia :). Dlatego u mnie składał się z trzech rzeczy.
Pierwsze 10 minut - wprowadzenie, rozgrzewka, powtórka.
25 minut - lekcja właściwa: (tutaj wpisać temat).
Ostatnie 10 minut: podsumowanie, zadanie domowe, etc.
Ech, ile ja się natoczyłem bojów na ten temat. Odbiło mi się to nawet na premii motywacyjnej, lecz wolałem nie szargać swoich nerwów dla nędznych paru złotych. Powiedzmy sobie szczerze, im więcej pierdół nie związanych z nauczaniem muszę wykonać, czy doglądać, tym mniej serca mam do pracy. Smutne, ale prawdziwe.
No i dzieciaki. Ech. Od małego nauczone lizusostwa, lesserstwa (tutaj z uporem maniaka będę pisał ten wyraz przed dwa "s", jak mój wewnętrzny językoznawca mi podpowiada) i generalnego braku refleksji.
Pal licho z nauką języków, tutaj to jeszcze jakoś się trzyma kupy. Wyobraźcie sobie jednak, że też nie tak do końca.
Pierwsza klasa podstawówki, dzieciaki przychodzą na język angielski, mam je nauczyć angielskiego alfabetu. A te nie znają nawet polskiego. Nie potrafią trzymać ołówka. Generalnie nie potrafią nic, absolutnie nic.
"Plan niewykonany, proszę się bardziej postarać."
No comment.
A później? Później jeszcze gorzej. Pamiętacie "Dzień świra"? Właśnie stamtąd wziął się pewien kapitalny cytat (który pozwolę sobie sparafrazować, gdyż nie pamiętam dokładnie). Leci on mniej więcej w stylu, że co to za ironia, by (...)o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?
No i właśnie tutaj mamy niedojrzałe, głupie bachory, którym wydaje się, że ich pierwsze troski, pierwsze zawody i generalnie cokolwiek, co mają w głowie, posiada jakąkolwiek wartość :). Furda! Sam taki byłem, tym bardziej się teraz śmieję.
Nawet osoba inteligentna i wrażliwa, jest tylko dojrzewającym, cierpiącym na nadmiar szalejących hormonów szczylem. Obojętnie jakie się ma zainteresowania, jak bardzo rozwijamy się (wbrew tępej polonistce, czy olewającej teorię fizyczce), to jest za mało.
Ja dotąd, co roku, oglądam się za siebie i widzę, jak głupi byłem dotąd. Wynika z tego, oczywiście, swoista pokora. Wiem, że nie jestem doskonały i widzę, jak wiele mi brakuje. Jednocześnie jednak, widzę, jak wielu jest o wiele głupszych ode mnie, jak wielu nawet i starszych ode mnie, nie potrafi samodzielnie myśleć.
Niestety, szkolnictwo w Polsce zdycha i kwiczy. Całe, od początków, po studia, jest fabryką pozbawionych perspektyw tępaków i darmozjadów. Jeżeli ktoś odnosi sukces, to wbrew otoczeniu, a nie dzięki wykształceniu.
Co tu możemy zmienić sami? Cóż, wyjść na ulice, albo po prostu wychowywać własne dzieci. Na to jednak nie stać RODZICÓW. Gdyż, niestety, rodzice to jeszcze bardziej ślepi kretyni, niż nasi ministrowie. Nie zawsze, lecz zazwyczaj - liczę więc na Was :).
Namaarie,
M.
czwartek, 17 maja 2012
Speechless
Drodzy czytelnicy (topniejący, jako że blog stał się bardzo nieregularny, ale cóż - i tak jest niszowy!) i czytelniczki. Tak przez te ostatnie dni żyję sobie, piszę powolutku tę moją para-książkę i staram się trzymać z dala od mediów.
To, na co się tam napotykam, woła o pomstę do nieba.
Od czego by tu zacząć?
Rzućmy na tapetę temat emerytury, a w zasadzie związanego z nim faktu - trzeba pracować dłużej. Ten fakt jest nie do zbicia. Teoretycznie ma to się wiązać z podniesieniem ich wysokości o kwotę od 600 do 1500 zł, w zależności od płci. Oczywiście, ta wyższa kwota jest dla kobiet.
Tyle w kwestii równości płci. Feministki prosimy o odłożenie łopatek i udanie się do domu. Piaskownica już zabrudzona :).
Podniesienie wysokości emerytur to, oczywiście, rzecz śmieszna. Tak, czy siak, waloryzację trzeba będzie przeprowadzić - i jeżeli moja ewentualna za lat 40 będzie wynosiła zaledwie o 600 złotych więcej, to nie stać mnie będzie na ziemniaki. Czemu? Gdyż ich kilogram będzie kosztował po europejsku, minimum 4 złote.
Dodatkowo po prostu nie wierzę politykom. Dla tej bandy kurw i złodziei nie ma świętości i nie ma umów, których by nie można było złamać - a wiec nie wierzę w żadne podniesienie świadczeń.
Niestety, ten zbiór parweniuszy i moralnych degeneratów nie jest w stanie zrobić niczego innego, jak wyciągać łapska po forsę. Byli, są i będą nieudacznikami. Nic się tutaj nie zmieni.
Z góry nadmienię, że jestem jedną z tych osób, które emeryturę jako taką uważają za pomysł tak poroniony, jak całą resztę lewackich pomyj. Są ludzie, którzy zostali zmuszeni do takiego 'oszczędzania' (a więc finansowania niekompetencji i gnuśności 'wybrańców narodu'). Trudno, skurwysyństwem byłoby zostawienie ich teraz na lodzie, więc jakoś trzeba im teraz umożliwić godną 'jesień życia'. Nie wiem jak. Najlepiej sprzedać organy po debilach z Wiejskiej i opłacić chociaż miesiąc życia.
Cała zaś reszta, a więc ja, a szczególnie młodsze pokolenia, powinny radzić sobie same. Inaczej znajdziemy się w sytuacji Grecji, czy, nie daj Światłości, będziemy otoczeni włoskimi maminsynkami. Nie wiecie, o co chodzi? Trzydziestolatek na garnuszku rodziców, nie mający za sobą przepracowanej ani jednej godziny. Forza Italia, cholera.
Skoro kapitalizmu nie mamy, to rządowi łatwo byłoby zmusić pracodawców do płacenia minimalnej stawki, w której część podatków (ZUS, etc) byłaby nie marnotrawiona przez intelektualny plebs (rząd i urzędników), lecz szła by prosto do 'naszej' kieszeni.
No i jak chcesz przepić wszystko, to na starość zdechniesz z głodu. Jak nie, to odkładaj i oszczędzaj jak chcesz. Sam buduj swój los, a nie żeruj na innych.
Kolejną sprawą jest przezajebisty pomysł na zmianę prasowego sprostowania, na 'odpowiedź prasową', czy jak to tam się miało nazywać.
Nie mam nawet siły wypisywać, dlaczego na takie rozwiązanie mógł wpaść, co najwyżej, upośledzony intelektualnie i chory psychicznie koczkodan.
Zainteresowanych odsyłam do wujka Google, stamtąd można łatwo dowiedzieć się, jak bezproblemowo jedna osoba może za pomocą tego poronionego pomysły zniszczyć gazetę lub czasopismo.
Nie powiem, jeżeli się uda, to co miesiąc w każdym numerze, jaki tylko przyjdzie mi do głowy, będę zamieszczał (darmowe i legalne!) paszkwile na dowolny temat, w których będę 'jechał' po politykach oraz innych duchowych kurwach i złodziejach.
Dlaczego złodziejach? Ponieważ nasze melepety z rządu nie są w stanie zaklepać czegoś, co mogłoby, od biedy, zapewnić jakiś poziom temu kraju - mianowicie odpowiedzialność karną za podejmowane decyzje. Nie. Tego nigdy nie będzie, co widać po marudzeniu na temat uroczej hochsztaplerki, byłej premier Ukrainy, Julii Tymoszenko.
Jeżeli ktoś sądzi, że ona jest kryształowo czysta, to jest debilem.
Jeżeli ktoś uważa, że rządzący Ukrainą debile potraktowali ją w inteligentny sposób, to polecam poddanie się dobrowolnej eutanazji.
Przekręty były. Tak samo, jak przekręty były z chyba każdą umową zawieraną w naszym kraju. Gaz, prąd... Że nie wspomnę o autostradach. Co za nieudacznikiem trzeba być, żeby nie być w stanie wybudować autostrady?
A dworce? EURO 2012 już tuż tuż, a we Wrocławiu robotnicy tłuką się po mordach na budowie (poważnie - byłem świadkiem takiego zajścia). Dzicz taka, że na Syberii większa kultura. W dodatku 'dworzec' świeci dziurami w murach i wszechobecną niekompetencją.
Dlaczego zaś rządzących nazywam kurwami? Ponieważ tylko kurwa jest w stanie dać dupy, a później żądać za to pieniędzy.
Tako rzekłem.
Howgh!
M.
P.S. niewygodny coś ten nowy Blogger.
To, na co się tam napotykam, woła o pomstę do nieba.
Od czego by tu zacząć?
Rzućmy na tapetę temat emerytury, a w zasadzie związanego z nim faktu - trzeba pracować dłużej. Ten fakt jest nie do zbicia. Teoretycznie ma to się wiązać z podniesieniem ich wysokości o kwotę od 600 do 1500 zł, w zależności od płci. Oczywiście, ta wyższa kwota jest dla kobiet.
Tyle w kwestii równości płci. Feministki prosimy o odłożenie łopatek i udanie się do domu. Piaskownica już zabrudzona :).
Podniesienie wysokości emerytur to, oczywiście, rzecz śmieszna. Tak, czy siak, waloryzację trzeba będzie przeprowadzić - i jeżeli moja ewentualna za lat 40 będzie wynosiła zaledwie o 600 złotych więcej, to nie stać mnie będzie na ziemniaki. Czemu? Gdyż ich kilogram będzie kosztował po europejsku, minimum 4 złote.
Dodatkowo po prostu nie wierzę politykom. Dla tej bandy kurw i złodziei nie ma świętości i nie ma umów, których by nie można było złamać - a wiec nie wierzę w żadne podniesienie świadczeń.
Niestety, ten zbiór parweniuszy i moralnych degeneratów nie jest w stanie zrobić niczego innego, jak wyciągać łapska po forsę. Byli, są i będą nieudacznikami. Nic się tutaj nie zmieni.
Z góry nadmienię, że jestem jedną z tych osób, które emeryturę jako taką uważają za pomysł tak poroniony, jak całą resztę lewackich pomyj. Są ludzie, którzy zostali zmuszeni do takiego 'oszczędzania' (a więc finansowania niekompetencji i gnuśności 'wybrańców narodu'). Trudno, skurwysyństwem byłoby zostawienie ich teraz na lodzie, więc jakoś trzeba im teraz umożliwić godną 'jesień życia'. Nie wiem jak. Najlepiej sprzedać organy po debilach z Wiejskiej i opłacić chociaż miesiąc życia.
Cała zaś reszta, a więc ja, a szczególnie młodsze pokolenia, powinny radzić sobie same. Inaczej znajdziemy się w sytuacji Grecji, czy, nie daj Światłości, będziemy otoczeni włoskimi maminsynkami. Nie wiecie, o co chodzi? Trzydziestolatek na garnuszku rodziców, nie mający za sobą przepracowanej ani jednej godziny. Forza Italia, cholera.
Skoro kapitalizmu nie mamy, to rządowi łatwo byłoby zmusić pracodawców do płacenia minimalnej stawki, w której część podatków (ZUS, etc) byłaby nie marnotrawiona przez intelektualny plebs (rząd i urzędników), lecz szła by prosto do 'naszej' kieszeni.
No i jak chcesz przepić wszystko, to na starość zdechniesz z głodu. Jak nie, to odkładaj i oszczędzaj jak chcesz. Sam buduj swój los, a nie żeruj na innych.
Kolejną sprawą jest przezajebisty pomysł na zmianę prasowego sprostowania, na 'odpowiedź prasową', czy jak to tam się miało nazywać.
Nie mam nawet siły wypisywać, dlaczego na takie rozwiązanie mógł wpaść, co najwyżej, upośledzony intelektualnie i chory psychicznie koczkodan.
Zainteresowanych odsyłam do wujka Google, stamtąd można łatwo dowiedzieć się, jak bezproblemowo jedna osoba może za pomocą tego poronionego pomysły zniszczyć gazetę lub czasopismo.
Nie powiem, jeżeli się uda, to co miesiąc w każdym numerze, jaki tylko przyjdzie mi do głowy, będę zamieszczał (darmowe i legalne!) paszkwile na dowolny temat, w których będę 'jechał' po politykach oraz innych duchowych kurwach i złodziejach.
Dlaczego złodziejach? Ponieważ nasze melepety z rządu nie są w stanie zaklepać czegoś, co mogłoby, od biedy, zapewnić jakiś poziom temu kraju - mianowicie odpowiedzialność karną za podejmowane decyzje. Nie. Tego nigdy nie będzie, co widać po marudzeniu na temat uroczej hochsztaplerki, byłej premier Ukrainy, Julii Tymoszenko.
Jeżeli ktoś sądzi, że ona jest kryształowo czysta, to jest debilem.
Jeżeli ktoś uważa, że rządzący Ukrainą debile potraktowali ją w inteligentny sposób, to polecam poddanie się dobrowolnej eutanazji.
Przekręty były. Tak samo, jak przekręty były z chyba każdą umową zawieraną w naszym kraju. Gaz, prąd... Że nie wspomnę o autostradach. Co za nieudacznikiem trzeba być, żeby nie być w stanie wybudować autostrady?
A dworce? EURO 2012 już tuż tuż, a we Wrocławiu robotnicy tłuką się po mordach na budowie (poważnie - byłem świadkiem takiego zajścia). Dzicz taka, że na Syberii większa kultura. W dodatku 'dworzec' świeci dziurami w murach i wszechobecną niekompetencją.
Dlaczego zaś rządzących nazywam kurwami? Ponieważ tylko kurwa jest w stanie dać dupy, a później żądać za to pieniędzy.
Tako rzekłem.
Howgh!
M.
P.S. niewygodny coś ten nowy Blogger.
niedziela, 6 maja 2012
Milczę, lecz nie w duszy
Przez jakiś czas nosiłem się z zamiarem zamknięcia para-kultury. Niestety, projekt ten nie rozwinął się dalej, niż jego forma pisana. Przez poprzednie 200 postów, służył mi za swego rodzaju terapię - pobudzenie kreatywności i wydostanie się z marazmu.
Cóż, te założenia spełnił(em) w 100%.
Nie zdecyduję się jednak na zamknięcie para-kultury. Na swój sposób blog ten stał się częścią mnie. Jest to wykładania mojego postrzegania świata, odbicie kawałka mojej duszy. Poza tym, ostatnio leżał odłogiem, gdyż sfera pisania przełożyła się na inne medium.
Otóż mam taki swój notatnik, a raczej kilka ich, zapisanych mniej, lub bardziej chaotycznymi konceptami. Dotyczą one pomysłów zarówno na postaci, jak i fabułę oraz wątki. Klimat... hmmmm... nie zapeszam, nie chcę, by wyszedł sztuczny. Główną zajawką jest pamięć człowieka, jako taka. A w zasadzie to, co można z nią zrobić?
Co z tego wyjdzie? Sam jeszcze nie wiem, nie zdecydowałem się na styl. Nie wiem, jaki będzie narrator. Na pewno nie będzie grzeczny i ułożony. Nie pasowałoby to do mojego 'pióra'. Czy jednak będzie jednym z bohaterów? A może osobą trzecią? Wszystkowiedzący, czy też obserwator?
Decyzje, decyzje. Miejmy nadzieję, że tym razem utrzymam się w kupie na tyle, by ten pomysł nie prysnął jak bańka mydlana. Mam do tego predyspozycje. Niestety zarówno do dobrych pomysłów, jak i do słów wypowiedzianych w złej chwili, czy w zły sposób... jak i generalnego rozsypania się czegoś, za co się biorę.
Może tym razem się, ta po prostu, po ludzku, uda? Jak włożę w to duszę i nie będę się zastanawiał, co będzie, jeżeli się coś po drodze będzie sypało? Także zęby zacisnąć i robić swoje.
Cóż innego może człowiek robić, hmmm?
Namaarie,
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)