Szczęśliwie udało mi się naprawić klawiaturę laptopa! Jest teraz taka piękna, niemal dziewicza, że aż szkoda uderzać w klawisze. Furda! To tylko klawiatura ;). Już od wczoraj w pełni używana.
Mały problem polega na tym, że mój pomysł robienia zdjęć w Górach Izerskich był w 100% chybiony. Bynajmniej nie dlatego, że widoki złe. Zacznijmy jednak od początku.
Przede wszystkim, zarówno w Karkonoszach, jak i w Izerach, kwiecień obrodził pięknym śniegiem. Coś mi się w tym ciemnym łebku ubzdurało, że skoro za oknem mi coś kwitnie, to w górach będzie pięknie.
No wiecie... świstaki wychodzą, pierwiosnki kwitną, pączki drzew przyprawiają mnie o alergię, strumienie szemrzą wesoło, w schroniskach zaś czeka dobre, czeskie piwo. No i wylecielim na szlak, dumni i bladzi, zaczynając od Szklarskiej Poręby (i po granaciku piwa izerskiego, kapitalnego wyrobu lokalnego - polecam także walońskie, jeżeli ktoś lubi ciemne). Do Wodospadu Kamieńczyka byliśmy twardzi, nieustępliwi i dzielni jak połączenie Brada Pitta z Romanem Bratnym.
Później zaczęły się lekkie schody w postaci śniegu... i wyszły braki kondycyjne w ekipie :). Nie będę wytykał palcami, lecz, słodząc sam sobie rzeknę, że u mnie całkiem nieźle to wyglądało.
Siłą rzeczy nasza wyprawa nie wyszła dalej niż Hala Szrenicka. Tak, proszę się wyśmiać do woli. Poszedł wielki wędrowiec, łazęga i wagabudna, przeszedł jakieś 8 kilometrów i padł ;). E-e, aż tak źle nie było. W piątek zajechaliśmy do Szklarskiej dopiero pod wieczór (około 17), więc i tak planem był nocleg na Szrenicy. Prawdopodobnie cisnąłbym na dalszą wędrówkę, na drugi dzień, rzecz jasna, jako że do Jakuszyc raptem 2 godziny drogi, a dalej teren miły i przyjemny. Nie przeszkadzały mi nawet widoki takie, jak poniżej: (na drugim zdjęciu, gościnnie w charakterze lodowego zombie, Radek S. :) )
Generalnie wyszła nam taka para-wyprawa. Za to bardzo pro-impreza, jako że natknęliśmy się na wyjazd integracyjny studentów bio-technologii z Wrocławia. Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam wszystkich zainteresowanych :).
No i jak tu było się nie zintegrować i nie zostać do niedzieli? Grzech byłby to, powiadam Wam. Grzech i hańba!
A więc z czystym sumieniem zostaliśmy, trochę 'na krzywy ryj', jako że dostaliśmy (przez pomyłkę oraz dzięki naszej wrodzonej charyzmie) zarezerwowany dla kogoś innego pokój. Cóż, cel uświęca środki. Heh.
Na następny dzień było wesoło. Na samej Szrenicy wiało tak mocno, że ledwo byłem w stanie ustać i zrobić zdjęcie! Poważnie, słowo harcerza (i nie ważne, że nigdy takowym nie byłem - licencia poética). W dodatku szły na nas niezłe chmury. Takie... ciekawe, to chyba odpowiednie słowo. Jak ktoś nie wierzy, to proszę, jaki piękny widok na Łabski Szczyt, Śnieżkę i tak dalej:
Z góry mówię, iż proszę się odpimpać z komentarzami, że tam nic nie widać. Właśnie taka widoczność mnie tam przywitała :). W drugą stronę (zachód), było ździebko lepiej, ale czterech liter nie urywało.
Nazajutrz zaś: śnieżyca. Powrót w gradzie i widoczności na cztery metry. Nie było tak ciekawie, jak owego czasu koło Domu Śląskiego, lecz i tak kawalkada Muminków, jaka stamtąd wychynęła, przyprawiła mnie niemal o łzy. Ze śmiechu, rzecz jasna. Doszły nowe zmarszczki mimiczne, nie tylko z tego powodu, zresztą ;).
Generalnie wyjazd, paradoksalnie, udany. Kompletnie inny niż się spodziewałem, ale za to z arcyciekawym bonusem. Wypatrywanym, zresztą, na poniższym zdjęciu:
Ech, góry nasze góry... no i dogadaliśmy się z przeuroczymi studentkami, że nas wysadzą w Jeleniej Górze, skąd łatwiej było o PKS. Jak tu się nie cieszyć życiem? Szczególnie, że wyluzowany kierowca nie miałby nic przeciwko wiezieniu nas nawet i do Wrocławia, a w Jeleniej wysadził nas na samym dworcu :).
Cóż w tym wpisie parakulturalnego? - spytać można. Ano niewiele. W zasadzie tłumaczę się pokrętnie, dlaczego niczym nie uczczę dwusetki. Niemniej, kto wie, co przyniesie przyszłość?
Namaarie!
M.
wtorek, 17 kwietnia 2012
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
Awaria!
Niestety, nie mogę wciskać na klawiaturze wszystkiego, na co mam ochotę. Istne katusze tutaj mam, uwierzcie. Szczególnie irytujące jest omijanie wyrazów zawierających uszkodzone literki :).
Cóż więc mogę rzec? Odwiedziny na święta u babiczki mogą być brzemienne w skutki i awarie). Cóż, wybaczę za mazurka i jabłecznik.
Całość ma dobrą stronę, właśnie czytacie notatkę o numerze 200 - 1 :). Kolejnym razem okrągła rocznica, może ją jakoś uczczę?
Swoją drogą, mam zamysł - Chatka Górzystów na wiosnę, a dokładniej w zbliżający się weekend. Taka idea ze zdjęciami w roli głównej. Zobaczymy, co się uda zdziałać.
Namaarie!
M.
Cóż więc mogę rzec? Odwiedziny na święta u babiczki mogą być brzemienne w skutki i awarie). Cóż, wybaczę za mazurka i jabłecznik.
Całość ma dobrą stronę, właśnie czytacie notatkę o numerze 200 - 1 :). Kolejnym razem okrągła rocznica, może ją jakoś uczczę?
Swoją drogą, mam zamysł - Chatka Górzystów na wiosnę, a dokładniej w zbliżający się weekend. Taka idea ze zdjęciami w roli głównej. Zobaczymy, co się uda zdziałać.
Namaarie!
M.
niedziela, 1 kwietnia 2012
Keine Aprilis
Miało coś nawet być na dzisiaj, ale w czwartek mnie rozłożyło. Tragedia po prostu, obłożna gorączka i te sprawy. Widać jakiś wirus mnie podgryzał, a odporność rozwalił mi zastrzyk odczuleniowy.
No nic, takie życie, kolejny tydzień poleciał do kosza. Mogło być gorzej, dzisiaj już jestem na nogach - a mogłem dalej leżeć w łóżku i majaczyć :).
Zaczytałem się ostatnio, na nowo, Williama Blake'a. Poezję, znaczy się. Na swój sposób ciekawa lektura, gdy ma się podwyższoną temperaturę. Ciekawe też pomysły wtedy do głowy przychodzą, gdy czyta się, np.:
The Little Vagabond
Dear mother, dear mother, the church is cold,
But the ale-house is healthy and pleasant and warm;
Besides I can tell where I am used well,
Such usage in Heaven will never do well.
But if at the church they would give us some ale,
And a pleasant fire our souls to regale,
We'd sing and we'd pray all the live-long day,
Nor ever once wish from the church to stray.
Then the parson might preach, and drink, and sing,
And we'd be as happy as birds in the spring;
And modest Dame Lurch, who is always at church,
Would not have bandy children, nor fasting, nor birch.
And God, like a father rejoicing to see
His children as pleasant and happy as he,
Would have no more quarrel with the Devil or the barrel,
But kiss him, and give him both drink and apparel.
Bądź 'The Angel'
I dreamt a dream! What can it mean?
And that I was a maiden Queen
Guarded by an Angel mild:
Witless woe was ne'er beguiled!
And I wept both night and day,
And he wiped my tears away;
And I wept both day and night,
And hid from him my heart's delight.
So he took his wings, and fled;
Then the morn blushed rosy red.
I dried my tears, and armed my fears
With ten thousand shields and spears.
Soon my Angel came again;
I was armed, he came in vain;
For the time of youth was fled,
And grey hairs were on my head.
Nie po raz pierwszy zachwycam się sposobem, w jaki Blake formował myśli - a także swą filozofię. Gdyż o nią tutaj tak naprawdę się rozchodzi. Wpływy Swedenborga (niezły oszołom, swoją drogą :)), Johna Miltona ('Raj Utracony'), biblijne metafory.
Mało? Jest tego o wiele więcej, lecz poznawanie Blake'a jest, tak naprawdę, osobiste.
Jest tak z bardzo prostego powodu - u Blake'a cały czas pojawia się wieczny konflikt, znajdujący swoje odbicie w późniejszych teoriach psychologicznych! Piszę tu o konflikcie między rozumem, a uczuciem; odbiciu późniejszych konfliktów między id, a superego. Ba, same koncepcje Dobra i Zła, tych pisanych dużą literą, są niezwykle frapujące. Na swój sposób ocierają się one o późniejsze przemyślenia Fryderyka Nieckiego. Bajam? A jużci! Patrzcie:
Dobro to bierność posłuszna Rozumowi, Zło to aktywność wyrastająca z Energii
Ot, mały cytacik z 'Zaślubin Nieba z Piekłem'.
Niestety, talent Blake'a miał także, swego rodzaju, gnostyckie korzenie. Opierał on poznanie na, szeroko pojętym, Objawieniu. Głęboko wierzył w Poetycki Geniusz i wygłaszał dość niepopularne zdania, pokroju:
To, co wielkie, jest nieuchronnie ukryte przed słabymi. To, co oczywiste dla idioty, nie jest warte mego zachodu.
Cóż, może świat dojrzał już na tyle, by nie składać się tylko z idiotów?
M.
No nic, takie życie, kolejny tydzień poleciał do kosza. Mogło być gorzej, dzisiaj już jestem na nogach - a mogłem dalej leżeć w łóżku i majaczyć :).
Zaczytałem się ostatnio, na nowo, Williama Blake'a. Poezję, znaczy się. Na swój sposób ciekawa lektura, gdy ma się podwyższoną temperaturę. Ciekawe też pomysły wtedy do głowy przychodzą, gdy czyta się, np.:
The Little Vagabond
Dear mother, dear mother, the church is cold,
But the ale-house is healthy and pleasant and warm;
Besides I can tell where I am used well,
Such usage in Heaven will never do well.
But if at the church they would give us some ale,
And a pleasant fire our souls to regale,
We'd sing and we'd pray all the live-long day,
Nor ever once wish from the church to stray.
Then the parson might preach, and drink, and sing,
And we'd be as happy as birds in the spring;
And modest Dame Lurch, who is always at church,
Would not have bandy children, nor fasting, nor birch.
And God, like a father rejoicing to see
His children as pleasant and happy as he,
Would have no more quarrel with the Devil or the barrel,
But kiss him, and give him both drink and apparel.
Bądź 'The Angel'
I dreamt a dream! What can it mean?
And that I was a maiden Queen
Guarded by an Angel mild:
Witless woe was ne'er beguiled!
And I wept both night and day,
And he wiped my tears away;
And I wept both day and night,
And hid from him my heart's delight.
So he took his wings, and fled;
Then the morn blushed rosy red.
I dried my tears, and armed my fears
With ten thousand shields and spears.
Soon my Angel came again;
I was armed, he came in vain;
For the time of youth was fled,
And grey hairs were on my head.
Nie po raz pierwszy zachwycam się sposobem, w jaki Blake formował myśli - a także swą filozofię. Gdyż o nią tutaj tak naprawdę się rozchodzi. Wpływy Swedenborga (niezły oszołom, swoją drogą :)), Johna Miltona ('Raj Utracony'), biblijne metafory.
Mało? Jest tego o wiele więcej, lecz poznawanie Blake'a jest, tak naprawdę, osobiste.
Jest tak z bardzo prostego powodu - u Blake'a cały czas pojawia się wieczny konflikt, znajdujący swoje odbicie w późniejszych teoriach psychologicznych! Piszę tu o konflikcie między rozumem, a uczuciem; odbiciu późniejszych konfliktów między id, a superego. Ba, same koncepcje Dobra i Zła, tych pisanych dużą literą, są niezwykle frapujące. Na swój sposób ocierają się one o późniejsze przemyślenia Fryderyka Nieckiego. Bajam? A jużci! Patrzcie:
Dobro to bierność posłuszna Rozumowi, Zło to aktywność wyrastająca z Energii
Ot, mały cytacik z 'Zaślubin Nieba z Piekłem'.
Niestety, talent Blake'a miał także, swego rodzaju, gnostyckie korzenie. Opierał on poznanie na, szeroko pojętym, Objawieniu. Głęboko wierzył w Poetycki Geniusz i wygłaszał dość niepopularne zdania, pokroju:
To, co wielkie, jest nieuchronnie ukryte przed słabymi. To, co oczywiste dla idioty, nie jest warte mego zachodu.
Cóż, może świat dojrzał już na tyle, by nie składać się tylko z idiotów?
M.
piątek, 23 marca 2012
Mała instrukcja obsługi
Podobno enneagramowe 4w5 już tak mają. Żyją w swoim własnym świecie. Wydaje mi się, że jest to prawda. Czasem jest to świat pustki i poczucia braku czegoś ważnego. W najlepszym zaś przypadku, głęboka melancholia. Cóż, taka już cena ogólnej wrażliwości.
Czy przeszkadza mi to? Bardzo, to chyba oczywiste. Taka osobowość ma jednak swoje plusy. Piszę te słowa bez chwalenia się, ale i bez zbytniego entuzjazmu. Bo i czymże się chwalić? Że dostrzegam i czuję więcej, niż przeciętna osoba, którą spotykam na swojej drodze? Też mi nowa. Poza tym spotykam także osoby ode mnie ciekawsze, kreatywniejsze. Ot, na tyle skromności jeszcze mnie stać.
Potrafię być twórczy i energiczny, lecz ma to także swoją ciemną stronę. Czasem potrafię sobie kogoś dosłownie owinąć wokół palca. Generalnie brakuje mi empatii. A może nie empatii? Bardziej zrozumienia tego, jak myślą inni. Empatię chyba faktycznie mam, dlatego często dość łatwo trafiam w czułe punkty. O ile nie skupiam się nad tym, co mnie boli, albo co mi doskwiera.
Śmieszna w sumie sprawa. Ktoś kiedyś powiedział (no tak, wiadomo, że mówię o przedstawicielce płci pięknej), że zazdrości mi głębi przeżywania i złożoności uczuć. Zazdrościła mi tego, że potrafię znaleźć piękno w każdej jednej rzeczy. I tutaj mamy pewien problem. Rzeczywiście to potrafię. Lecz gdy jestem w energetycznym dołku, to dostrzegam tyleż wad i skaz.
Wszystko zaś rozbija się wokół tego, czy właśnie przechodzę fazę twórczą, czy też spadam przez sferę bycia content ku melancholii i tęsknocie. To jest właśnie ta dziwna sprawa. Ilekroć przeżyję coś bardzo ważnego, rozwijam się, staję się pełniejszy, tak jak i cała reszta ludzkości. Problem jednak tkwi w tym, że sam jestem dziurawy, czy może raczej mam dziurawą duszę. Wyciekam przez te miejsca, gdzie świeci pustka.
I powiem Wam, że czasem naprawdę trudno jest nie tęsknić za jakąś pozostawioną w przeszłości chwilą. Nie dlatego, że była perfekcyjna. Dlatego, że przeżyłem wiele takich, których nie chciałem kończyć, które mogłyby trwać przez całą wieczność. Ich echa tkwią we mnie ciągle, drgając strunami wspomnień, lecz są już tylko tym. Wspomnieniem czegoś, co nigdy już się nie powtórzy. Cały czas stać mnie na równie piękne. A może piękniejsze? Lecz czy starczy mi sił, gdy tęsknota za nimi tak ciąży?
M.
PS. przepraszam za wybitnie 'emo' wpis, ale leżało mi to na duszy. Mały ekshibicjonizm zazwyczaj mi pomaga.
Czy przeszkadza mi to? Bardzo, to chyba oczywiste. Taka osobowość ma jednak swoje plusy. Piszę te słowa bez chwalenia się, ale i bez zbytniego entuzjazmu. Bo i czymże się chwalić? Że dostrzegam i czuję więcej, niż przeciętna osoba, którą spotykam na swojej drodze? Też mi nowa. Poza tym spotykam także osoby ode mnie ciekawsze, kreatywniejsze. Ot, na tyle skromności jeszcze mnie stać.
Potrafię być twórczy i energiczny, lecz ma to także swoją ciemną stronę. Czasem potrafię sobie kogoś dosłownie owinąć wokół palca. Generalnie brakuje mi empatii. A może nie empatii? Bardziej zrozumienia tego, jak myślą inni. Empatię chyba faktycznie mam, dlatego często dość łatwo trafiam w czułe punkty. O ile nie skupiam się nad tym, co mnie boli, albo co mi doskwiera.
Śmieszna w sumie sprawa. Ktoś kiedyś powiedział (no tak, wiadomo, że mówię o przedstawicielce płci pięknej), że zazdrości mi głębi przeżywania i złożoności uczuć. Zazdrościła mi tego, że potrafię znaleźć piękno w każdej jednej rzeczy. I tutaj mamy pewien problem. Rzeczywiście to potrafię. Lecz gdy jestem w energetycznym dołku, to dostrzegam tyleż wad i skaz.
Wszystko zaś rozbija się wokół tego, czy właśnie przechodzę fazę twórczą, czy też spadam przez sferę bycia content ku melancholii i tęsknocie. To jest właśnie ta dziwna sprawa. Ilekroć przeżyję coś bardzo ważnego, rozwijam się, staję się pełniejszy, tak jak i cała reszta ludzkości. Problem jednak tkwi w tym, że sam jestem dziurawy, czy może raczej mam dziurawą duszę. Wyciekam przez te miejsca, gdzie świeci pustka.
I powiem Wam, że czasem naprawdę trudno jest nie tęsknić za jakąś pozostawioną w przeszłości chwilą. Nie dlatego, że była perfekcyjna. Dlatego, że przeżyłem wiele takich, których nie chciałem kończyć, które mogłyby trwać przez całą wieczność. Ich echa tkwią we mnie ciągle, drgając strunami wspomnień, lecz są już tylko tym. Wspomnieniem czegoś, co nigdy już się nie powtórzy. Cały czas stać mnie na równie piękne. A może piękniejsze? Lecz czy starczy mi sił, gdy tęsknota za nimi tak ciąży?
M.
PS. przepraszam za wybitnie 'emo' wpis, ale leżało mi to na duszy. Mały ekshibicjonizm zazwyczaj mi pomaga.
niedziela, 18 marca 2012
Prof. Stanisław Wiśniewski - m.in. o sztuce
Wywiad z poniższego linku po raz pierwszy przeczytałem w Angorze. Na szczęście Przegląd (a stamtąd ów przedruk pochodził) jest na tyle miły, że udostępnił go także online.
http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/jak-malowac-dygnitarzy-rozmowa-prof-stanislawem-wisniewskim
Streszczać nie będę, kto potrafi czytać, ten sam przeczyta. Nie każdego musi tematyka interesować, choć sama rozmowa jest ciekawa. Uwypuklę więc te zdania, które mnie ujęły ;). Nie ma co ukrywać, myślę podobnie. Cóż, kiedy ktoś jest kierownikiem Katedry Kształcenia Ogólnoplastycznego w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, to nie jest zwykłym kmiotkiem z profilu plastycznego! Ja zaś mam o sobie strasznie wysokie mniemanie, ha!
O polskich 'elitach':
Nie brakuje wśród nich zwyczajnych durniów z cenzusem, nawet z tytułami naukowymi. Ot choćby ci, którzy nagle zaczęli mówić, że istnieje naród śląski. To zawracanie głowy. Jaki naród? Kiedy z plemienia powstaje naród? Gdy tworzy własną kulturę, gdy jest ona jego spoiwem. Tylko dlatego, że jakaś grupa koślawo mówi po polsku, zaraz jest narodem. Gdy Ślązacy mówią gwarą, to mi się podoba, ale żeby ich mowę zaraz stawiać na piedestał? Jest na to chyba takie żydowskie słowo – hucpa.
O podejściu do sztuki, tego co nią nie jest:
Nie można podnosić do rangi sztandaru czegoś, co jest chrome, a to jest ostatnio u nas w modzie. To samo widzimy w sztuce. Skończyliśmy z „talentyzmem”. W związku z czym „jest u nas palma w Warszawie, na której przelotne siadają żurawie”. To jest chore, to dowód głupoty. Inaczej tego nie można nazwać. Jeżeli jakiś zapiewajło w czasie koncertu wystawił goły tyłek w stronę siedzącego na widowni premiera, to była demonstracja, a nie żaden występ artystyczny. Gdy Constantin Brâncus¸i wyrzeźbił ogromne jajo i wystawił w Szwecji, gdzie myślą, że żyją na głębokiej prowincji, to też była demonstracja artystyczna. Jeśli ktoś uważa, że to jajo jest dziełem sztuki, jest po prostu głupi. Demonstracja artystyczna może być pożyteczna. Każda demonstracja może być pożyteczna, o czym mogliśmy się przekonać chociażby w sprawie ACTA. Ale demonstrować to znaczy myśleć. A z tym u nas nie jest najlepiej i za dzieło sztuki bierzemy coś, co na to miano absolutnie nie zasługuje.
O sztuce, o tym, co nią może być:
W sztuce mówi się o formie, choć trudno określić, co to takiego jest w plastyce czy muzyce. W języku rosyjskim słowo forma oznacza mundur. Mundur nie jest taki istotny, ważne jest natomiast, kto go nosi. W okresie socrealizmu namalowano zupełnie niezłe obrazy (...) Teraz niemal każdy uznaje się za artystę. To pojęcie zrobiło się tak popularne, że właściwie już nie wiadomo, co znaczy. Tego, kim jest Doda, dowiedziałem się jakieś trzy miesiące temu. Zobaczyłem jej zdjęcie, pomyślałem, jak to się mówi na salonach, „ładna lala”. Jestem melomanem, więc posłuchałem, jak śpiewa. Śpiewa to dużo powiedziane. Takich niby-artystów mógłbym wymienić wielu. Są traktowani serio, wypowiadają się na różne tematy, polityczne, sportowe... A dlaczego oni się wypowiadają? Bo są znani z tego, że są znani.
Czyżby była to definicja celebryty? Czy raczej...
(...) kretyna, który co najwyżej jest popularny i nie rozumie, że wybitne rzeczy są dla elity i nie można się spodziewać, żeby prawdziwi artyści trafili pod strzechy (...) Chciałbym, (by sztuka zagościła pod strzechami) ale wiem, że to niemożliwe, przynajmniej do czasu, kiedy radykalnie nie podniesiemy przede wszystkim poziomu naszych szkół średnich. Na to jednak długo się nie zanosi.
Szczególnie spodobało mi się to, przed czym profesor ostrzega swoich studentów. Nie przed komercją, nie przed pieniędzmi. W końcu, po co? Pieniądze dają spokój, a to przecież dobre. Prof. Wiśniewski ostrzega przed taniochą. Nie mówię tutaj o różnicy między sztuką twórczą, by nie rzec górnolotnie, wyższą, a rzemiosłem. Rzemiosło wymaga umiejętności. Taka, np., sztuka ludowa. Wykorzystywane tam wzory są zakorzenione głęboko w naszej świadomości, są własnością kultury, a nie indywidualnego 'twórcy'. Właśnie, nie twórcy, a kogoś kto je powiela. Nawet wprowadzając małą zmianę, jest jednocześnie zamknięty w wybranej formie, oczekiwaniach. Nie tworzy, lecz replikuje. Każda modyfikacja jest tylko wariacją czegoś, co już istnieje. Wymaga to, niejednokrotnie, polotu i zdolności manualnych, lecz jednak jest rzemiosłem.
Tak samo z przeróżnymi stylami muzycznymi. Nie chcę zbytnio 'jechać' po hip-hopie, ale nie ma chyba obecnie bardziej wtórnej muzyki. Nie piszę tutaj o tekstach, wszak niektóre są całkiem niegłupie. Muzycznie jest to forma ekspresji stawiająca na podkład raczej, niż wyrażanie emocji dźwiękiem. To jest tło, podkreślenie swoistej melodeklamacji, melorecytacji, czy innej formy rapu.
I bardzo dobrze, w latach 80-ych to było nowatorskie i ciekawe. Dzisiaj ta forma jest jedną z podstawowych form wykorzystywanych w produkcji tandety.
Nie dotyczy to tylko hip-hopu. A sam metal, rock? Buntownicze rytmy i nuty gwałcone przez 'cosie' pokroju Tokio Hotel, czy inne takie post-Disney'owskie gwiazdki. Przecież, poprzez wykorzystanie pop-rockowej stylistyki, otrzymaliśmy niestrawną, skretyniałą papkę dla tych, którzy rzucają się na to co kolorowe, co jest po prostu prymitywne. I mamy tutaj drugą część problemu, wraz z tandetą 'artystyczną' idzie w parze tandeta umysłowa. Ludzie mają tendencję do szukania wzorców.
Jeżeli dla kogoś wzorcem jest Doda, to ja wysiadam.
Potrzymam więc kciuki za to, żeby więcej ludzi było w stanie samodzielnie myśleć i samodzielnie poznawać świat. Owszem, poznawanie odmiennego punktu widzenia jest ze wszach miar pozytywne: wzbogaca nas. Trudno jednak czasem (niektórym) ruszyć mózgownicą i to zrobić.
No nic, miłego ;).
M.
http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/jak-malowac-dygnitarzy-rozmowa-prof-stanislawem-wisniewskim
Streszczać nie będę, kto potrafi czytać, ten sam przeczyta. Nie każdego musi tematyka interesować, choć sama rozmowa jest ciekawa. Uwypuklę więc te zdania, które mnie ujęły ;). Nie ma co ukrywać, myślę podobnie. Cóż, kiedy ktoś jest kierownikiem Katedry Kształcenia Ogólnoplastycznego w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, to nie jest zwykłym kmiotkiem z profilu plastycznego! Ja zaś mam o sobie strasznie wysokie mniemanie, ha!
O polskich 'elitach':
Nie brakuje wśród nich zwyczajnych durniów z cenzusem, nawet z tytułami naukowymi. Ot choćby ci, którzy nagle zaczęli mówić, że istnieje naród śląski. To zawracanie głowy. Jaki naród? Kiedy z plemienia powstaje naród? Gdy tworzy własną kulturę, gdy jest ona jego spoiwem. Tylko dlatego, że jakaś grupa koślawo mówi po polsku, zaraz jest narodem. Gdy Ślązacy mówią gwarą, to mi się podoba, ale żeby ich mowę zaraz stawiać na piedestał? Jest na to chyba takie żydowskie słowo – hucpa.
O podejściu do sztuki, tego co nią nie jest:
Nie można podnosić do rangi sztandaru czegoś, co jest chrome, a to jest ostatnio u nas w modzie. To samo widzimy w sztuce. Skończyliśmy z „talentyzmem”. W związku z czym „jest u nas palma w Warszawie, na której przelotne siadają żurawie”. To jest chore, to dowód głupoty. Inaczej tego nie można nazwać. Jeżeli jakiś zapiewajło w czasie koncertu wystawił goły tyłek w stronę siedzącego na widowni premiera, to była demonstracja, a nie żaden występ artystyczny. Gdy Constantin Brâncus¸i wyrzeźbił ogromne jajo i wystawił w Szwecji, gdzie myślą, że żyją na głębokiej prowincji, to też była demonstracja artystyczna. Jeśli ktoś uważa, że to jajo jest dziełem sztuki, jest po prostu głupi. Demonstracja artystyczna może być pożyteczna. Każda demonstracja może być pożyteczna, o czym mogliśmy się przekonać chociażby w sprawie ACTA. Ale demonstrować to znaczy myśleć. A z tym u nas nie jest najlepiej i za dzieło sztuki bierzemy coś, co na to miano absolutnie nie zasługuje.
O sztuce, o tym, co nią może być:
W sztuce mówi się o formie, choć trudno określić, co to takiego jest w plastyce czy muzyce. W języku rosyjskim słowo forma oznacza mundur. Mundur nie jest taki istotny, ważne jest natomiast, kto go nosi. W okresie socrealizmu namalowano zupełnie niezłe obrazy (...) Teraz niemal każdy uznaje się za artystę. To pojęcie zrobiło się tak popularne, że właściwie już nie wiadomo, co znaczy. Tego, kim jest Doda, dowiedziałem się jakieś trzy miesiące temu. Zobaczyłem jej zdjęcie, pomyślałem, jak to się mówi na salonach, „ładna lala”. Jestem melomanem, więc posłuchałem, jak śpiewa. Śpiewa to dużo powiedziane. Takich niby-artystów mógłbym wymienić wielu. Są traktowani serio, wypowiadają się na różne tematy, polityczne, sportowe... A dlaczego oni się wypowiadają? Bo są znani z tego, że są znani.
Czyżby była to definicja celebryty? Czy raczej...
(...) kretyna, który co najwyżej jest popularny i nie rozumie, że wybitne rzeczy są dla elity i nie można się spodziewać, żeby prawdziwi artyści trafili pod strzechy (...) Chciałbym, (by sztuka zagościła pod strzechami) ale wiem, że to niemożliwe, przynajmniej do czasu, kiedy radykalnie nie podniesiemy przede wszystkim poziomu naszych szkół średnich. Na to jednak długo się nie zanosi.
Szczególnie spodobało mi się to, przed czym profesor ostrzega swoich studentów. Nie przed komercją, nie przed pieniędzmi. W końcu, po co? Pieniądze dają spokój, a to przecież dobre. Prof. Wiśniewski ostrzega przed taniochą. Nie mówię tutaj o różnicy między sztuką twórczą, by nie rzec górnolotnie, wyższą, a rzemiosłem. Rzemiosło wymaga umiejętności. Taka, np., sztuka ludowa. Wykorzystywane tam wzory są zakorzenione głęboko w naszej świadomości, są własnością kultury, a nie indywidualnego 'twórcy'. Właśnie, nie twórcy, a kogoś kto je powiela. Nawet wprowadzając małą zmianę, jest jednocześnie zamknięty w wybranej formie, oczekiwaniach. Nie tworzy, lecz replikuje. Każda modyfikacja jest tylko wariacją czegoś, co już istnieje. Wymaga to, niejednokrotnie, polotu i zdolności manualnych, lecz jednak jest rzemiosłem.
Tak samo z przeróżnymi stylami muzycznymi. Nie chcę zbytnio 'jechać' po hip-hopie, ale nie ma chyba obecnie bardziej wtórnej muzyki. Nie piszę tutaj o tekstach, wszak niektóre są całkiem niegłupie. Muzycznie jest to forma ekspresji stawiająca na podkład raczej, niż wyrażanie emocji dźwiękiem. To jest tło, podkreślenie swoistej melodeklamacji, melorecytacji, czy innej formy rapu.
I bardzo dobrze, w latach 80-ych to było nowatorskie i ciekawe. Dzisiaj ta forma jest jedną z podstawowych form wykorzystywanych w produkcji tandety.
Nie dotyczy to tylko hip-hopu. A sam metal, rock? Buntownicze rytmy i nuty gwałcone przez 'cosie' pokroju Tokio Hotel, czy inne takie post-Disney'owskie gwiazdki. Przecież, poprzez wykorzystanie pop-rockowej stylistyki, otrzymaliśmy niestrawną, skretyniałą papkę dla tych, którzy rzucają się na to co kolorowe, co jest po prostu prymitywne. I mamy tutaj drugą część problemu, wraz z tandetą 'artystyczną' idzie w parze tandeta umysłowa. Ludzie mają tendencję do szukania wzorców.
Jeżeli dla kogoś wzorcem jest Doda, to ja wysiadam.
Potrzymam więc kciuki za to, żeby więcej ludzi było w stanie samodzielnie myśleć i samodzielnie poznawać świat. Owszem, poznawanie odmiennego punktu widzenia jest ze wszach miar pozytywne: wzbogaca nas. Trudno jednak czasem (niektórym) ruszyć mózgownicą i to zrobić.
No nic, miłego ;).
M.
niedziela, 11 marca 2012
Gdy ktoś wierzy, że nie wierzy.
Skądinąd wspominałem już o podobnych przemyśleniach. W jednym z dawnych postów pojawił się wyraz mojego zdziwienia ludźmi określającymi siebie jako ateiści. Dziś, niejako przypadkiem, niejako nie, pora na rozwinięcie tematu.
Jedną z pierwszych rzeczy, których uczymy się od otoczenia i rodziny, to podejście do religii. Nie mówię tutaj o wierze, jako takiej. Jest to, ze swojej istoty, nauka sama w sobie, przyswajanie aksjomatów. Wiece, takie bezrefleksyjne chłonięcie innej formy 'Słowackiego, co wielkim poetą był'.
Gdy ktoś jest w miarę sprytny, to zadaje pytania. Czasem wcześniej, czasem później. Prowadzą one do wielu przemyśleń, chociażby takich, jak: 'Dlaczego kapłani niespecjalnie postępują tak jak głoszą, że powinni postępować?'
Nie trzeba tu być geniuszem by zauważyć, że łatwo w takim wypadku o swoisty kryzys, prowadzący do wielkiej pomyłki: utożsamiania religii z wiarą.
Ta pierwsza to zbiór zasad, nakazów i pouczeń. To tradycja i obrzędy, sposoby wspólnej celebracji, lub kontroli. Czasem przyjmują piękną formę, inspirują i dają natchnienie (a przynajmniej ja tak odbieram architekturę gotyckich kościołów). Niestety, jednocześnie potrafią być opresyjne, tłamsić i dusić (wypaczone formy fundamentalizmu).
Często słyszy się, że ktoś przechodzi kryzys wiary. Furda tam. Żaden kryzys wiary, co najwyżej światopoglądowy kryzys na temat tego, czego spodziewa się po religii, a tego, co widzi i otrzymuje.
Gdy patrzę na to, co wyprawiają kapłani przeróżnych religii na świecie, do czego wykorzystują swą 'władzę duchową', to pięści same mi się zaciskają. Robią to zaś z jednego, bardzo prostego powodu.
Otóż zostałem wychowany w tradycji rzymsko-katolickiej, jednak wyrosłem z tego. Dojrzałem na tyle, by świadomie uznać ją za zbyt krępującą. Jednocześnie miałem jednak na tyle inteligentną rodzinę, by zaszczepiono we mnie coś innego: mianowicie świadome dążenie do poznawania, nauki - oraz kontakt z uczuciami wyższymi.
Tutaj właśnie rozbija się moje zdumienie na ludzi, którzy 'przechodząc kryzys' odwracają się zupełnie od wszelkich duchowych wartości. Takie popadanie z jednej skrajności (wyznaję religię) w drugą (jestem ateistą), jest, moim zdaniem, śmieszne.
Co więcej, ktoś, kto bezrefleksyjnie podąża za pierwszą poznaną ścieżką (religią przekazaną przez rodzinę), jest moim zdaniem równie... dziwny. A w zasadzie śmieszniejszy, gdyż nie myśli :).
Najwięksi przywódcy duchowi od dawna powtarzają, jak mantrę, jedno: nie ma wiary bez wątpliwości. Ale wiara to jedno, zaś religia to drugie. Różnica jest bardzo subtelna, a jednocześnie bardzo jaskrawa. Niestety, jest również trudna do uchwycenia dla kogoś, kto tego nie poczuje sam.
Wszystko rozbija się o coś bardzo prostego - ja po prostu czuję, że świat i duchowość ludzi to sprawy o wiele bardziej skomplikowane niż suma atomów pomnożona przez matematykę.
Ateiści często powtarzają, że nie potrzebują religii. Wartości odnajdują w filozofii, w innych ludziach, dookoła siebie. Odrzucają tutaj wszelkie wartości duchowe, jako 'nielogiczne'.
Ja zaś powtarzam, również jak mantrę, wiary nie pojmiesz umysłem, to coś co czujesz. Potrzeby duchowe są w Tobie, lub ich nie ma. Myślę, że każdy może je obudzić. Dodatkowo, jak bardzo byś później nie upadał, lub upadała, na duchu, zdrowiu, czy po prostu na życiowej ścieżce, to gdy obudzisz się po raz pierwszy, tak naprawdę nie ma już odwrotu.
Dlatego właśnie śmieszy mnie ateizm jako taki. Sam mam poglądy antyklerykalne. I cóż z tego? Człowiek od dawna personifikuje boga, lub bogów, by przybliżyć sobie tę niepojętą siłę, która jest niemal namacalna, która zawsze umyka, gdy się do niej zwrócić. Jednak są tacy, którzy ją po prostu czują. Sam do nich należę.
Wybrałem drogę, która nigdy się nie skończy, ponieważ jest to droga poszukiwania. M.in. dlatego nie lubię zorganizowanych, fundamentalistycznych religii. Nie pozwalają na kontemplację, na własne poszukiwanie, na stawianie pytań. A przecież to właśnie szukanie odpowiedzi na swoje własne pytania są istotą prawdziwego poznania. Bez tego jesteśmy ślepi - i puści.
Nie ma jednej prawidłowej drogi. Każdy szuka swojej, każdy błądzi i każdy może jakoś się odnaleźć. Jednak ja nie rozumiem jednego, pustki w ludziach, którzy świadomie odrzucają wszelkie wartości i przeżycia duchowe. Bywa, że są im wręcz drodzy, traktują to wrogo, jak skazę. Nie rozumiem ich i im współczuję. Ponieważ każde pozytywne (a także i część negatywnych!) przeżyć oraz odczuć nie tylko nas kształtują, wzbogacają, lecz także i wzmacniają, sprawiają, że stajemy się pełniejsi.
Cóż z tego, że nigdy nie zapełnimy się cali? To nie cel jest ważny, ale droga :).
Powodzenia na szlaku.
M.
Jedną z pierwszych rzeczy, których uczymy się od otoczenia i rodziny, to podejście do religii. Nie mówię tutaj o wierze, jako takiej. Jest to, ze swojej istoty, nauka sama w sobie, przyswajanie aksjomatów. Wiece, takie bezrefleksyjne chłonięcie innej formy 'Słowackiego, co wielkim poetą był'.
Gdy ktoś jest w miarę sprytny, to zadaje pytania. Czasem wcześniej, czasem później. Prowadzą one do wielu przemyśleń, chociażby takich, jak: 'Dlaczego kapłani niespecjalnie postępują tak jak głoszą, że powinni postępować?'
Nie trzeba tu być geniuszem by zauważyć, że łatwo w takim wypadku o swoisty kryzys, prowadzący do wielkiej pomyłki: utożsamiania religii z wiarą.
Ta pierwsza to zbiór zasad, nakazów i pouczeń. To tradycja i obrzędy, sposoby wspólnej celebracji, lub kontroli. Czasem przyjmują piękną formę, inspirują i dają natchnienie (a przynajmniej ja tak odbieram architekturę gotyckich kościołów). Niestety, jednocześnie potrafią być opresyjne, tłamsić i dusić (wypaczone formy fundamentalizmu).
Często słyszy się, że ktoś przechodzi kryzys wiary. Furda tam. Żaden kryzys wiary, co najwyżej światopoglądowy kryzys na temat tego, czego spodziewa się po religii, a tego, co widzi i otrzymuje.
Gdy patrzę na to, co wyprawiają kapłani przeróżnych religii na świecie, do czego wykorzystują swą 'władzę duchową', to pięści same mi się zaciskają. Robią to zaś z jednego, bardzo prostego powodu.
Otóż zostałem wychowany w tradycji rzymsko-katolickiej, jednak wyrosłem z tego. Dojrzałem na tyle, by świadomie uznać ją za zbyt krępującą. Jednocześnie miałem jednak na tyle inteligentną rodzinę, by zaszczepiono we mnie coś innego: mianowicie świadome dążenie do poznawania, nauki - oraz kontakt z uczuciami wyższymi.
Tutaj właśnie rozbija się moje zdumienie na ludzi, którzy 'przechodząc kryzys' odwracają się zupełnie od wszelkich duchowych wartości. Takie popadanie z jednej skrajności (wyznaję religię) w drugą (jestem ateistą), jest, moim zdaniem, śmieszne.
Co więcej, ktoś, kto bezrefleksyjnie podąża za pierwszą poznaną ścieżką (religią przekazaną przez rodzinę), jest moim zdaniem równie... dziwny. A w zasadzie śmieszniejszy, gdyż nie myśli :).
Najwięksi przywódcy duchowi od dawna powtarzają, jak mantrę, jedno: nie ma wiary bez wątpliwości. Ale wiara to jedno, zaś religia to drugie. Różnica jest bardzo subtelna, a jednocześnie bardzo jaskrawa. Niestety, jest również trudna do uchwycenia dla kogoś, kto tego nie poczuje sam.
Wszystko rozbija się o coś bardzo prostego - ja po prostu czuję, że świat i duchowość ludzi to sprawy o wiele bardziej skomplikowane niż suma atomów pomnożona przez matematykę.
Ateiści często powtarzają, że nie potrzebują religii. Wartości odnajdują w filozofii, w innych ludziach, dookoła siebie. Odrzucają tutaj wszelkie wartości duchowe, jako 'nielogiczne'.
Ja zaś powtarzam, również jak mantrę, wiary nie pojmiesz umysłem, to coś co czujesz. Potrzeby duchowe są w Tobie, lub ich nie ma. Myślę, że każdy może je obudzić. Dodatkowo, jak bardzo byś później nie upadał, lub upadała, na duchu, zdrowiu, czy po prostu na życiowej ścieżce, to gdy obudzisz się po raz pierwszy, tak naprawdę nie ma już odwrotu.
Dlatego właśnie śmieszy mnie ateizm jako taki. Sam mam poglądy antyklerykalne. I cóż z tego? Człowiek od dawna personifikuje boga, lub bogów, by przybliżyć sobie tę niepojętą siłę, która jest niemal namacalna, która zawsze umyka, gdy się do niej zwrócić. Jednak są tacy, którzy ją po prostu czują. Sam do nich należę.
Wybrałem drogę, która nigdy się nie skończy, ponieważ jest to droga poszukiwania. M.in. dlatego nie lubię zorganizowanych, fundamentalistycznych religii. Nie pozwalają na kontemplację, na własne poszukiwanie, na stawianie pytań. A przecież to właśnie szukanie odpowiedzi na swoje własne pytania są istotą prawdziwego poznania. Bez tego jesteśmy ślepi - i puści.
Nie ma jednej prawidłowej drogi. Każdy szuka swojej, każdy błądzi i każdy może jakoś się odnaleźć. Jednak ja nie rozumiem jednego, pustki w ludziach, którzy świadomie odrzucają wszelkie wartości i przeżycia duchowe. Bywa, że są im wręcz drodzy, traktują to wrogo, jak skazę. Nie rozumiem ich i im współczuję. Ponieważ każde pozytywne (a także i część negatywnych!) przeżyć oraz odczuć nie tylko nas kształtują, wzbogacają, lecz także i wzmacniają, sprawiają, że stajemy się pełniejsi.
Cóż z tego, że nigdy nie zapełnimy się cali? To nie cel jest ważny, ale droga :).
Powodzenia na szlaku.
M.
wtorek, 6 marca 2012
Kiedy w głowie cichosza.
Troszku przycichło mi na blogu. W sumie nie ma się czemu dziwić, ostatnio z mediów bije na kilometr taką nawałą głupoty i zwykłego, swojskiego skurwysyństwa, że nie chciałem wylewać tutaj żółci.
No, powiedzcie sami. O czym tutaj pozytywnym pisać, kiedy wśród polityków jak nie 'ministra' z połową działającego mózgu, to jakiś inny oszołom defraudujący pieniądze z budowy Stadionu Narodowego, czy tam po prostu swoją małością intelektualną przyczyniający się do pogłębienia idiotyzmów panujących w 'naszym kraju'.
W sumie nic nowego, ale męczy mnie to jakby bardziej, niż kiedyś.
W dodatku nóż się otwiera w kieszeni gdy myślę o skurwielach używających soli przemysłowej w produktach spożywczych. Tutaj to w sumie nie ma o czym mówić. W każdym cywilizowanym kraju wzięło by się to bydło, postawiło pod ścianą i rozstrzelało. Następnie pochowało w nieoznakowanym grobie, a rodzinę sprzedano do niewoli.
Są po prostu granice, po których przekroczeniu nie pozostaje już nic. Świadome ryzykowanie czyimś zdrowiem i/lub życiem by zarobić, to jedna z największych podłości, jakich tylko można się dopuścić. To już nawet psychopata lub socjopata jest w jakiś sposób wytłumaczony... wróć, wyjaśniony. Tutaj włosy stają mi na karku, gdy myślę, że ktoś zrobił to w zimny, wyrachowany sposób. Zaś oskarżą takie coś nie o działanie na szkodę zdrowia i życie, ale o przekręt finansowy.
Tym bardziej dziwi mnie, że ludzie na ulicy, tacy których mijam, ci, z którymi rozmawiam, są jakby, nie wiem, nie aż tak zgorzkniali, jak by się wydawało? Nie rozumiem tego i nie jestem tego w stanie pojąć.
Sam nie wiem, czy to stoicyzm, 'wsiomiwisizm', czy też może jakaś spontaniczna forma nowej fali pozytywizmu.
Dlatego mam w głowie cichoszę. Patrzę na siebie, na Polskę, ba, na świat z zadziwieniem. Moje narzekanie nic nie zmieni. Może gdyby było więcej ludzi myślących tak jak ja, to coś w końcu się dało zdziałać.
Nie żebym chciał takiej homogenizacji. Daleko mi do tego! Im więcej różnorodności, tym więcej pomysłów. Taki ze mnie, niemal, liberał. Po prostu nie lubię zakazów i nakazów. Nie dlatego, że uważam prawo za coś złego. Po prostu te postsocjalistyczne popłuczyny, które nazywamy tutaj systemem prawnym, wywołują we mnie odruchy wymiotne.
I oto jest dokładnie to, czego chciałbym uniknąć. Żółci, którą wzbieram się, gdy widzę, jak wiele głupoty otacza mnie na świecie.
Staram się dalej dostrzegać całe jego piękno, lecz nie jest to łatwe, oj nie.
Dlatego właśnie staram się, by w mojej duszy nie zapanowała cichosza. Swoją drogą, bardzo, bardzo mądry utwór. Niestety, dotąd aktualny - w dodatku coraz boleśniej.
Niech więc coś nam wszystkich w duszy gra, a damy radę. Nawet gdy człowiek człowiekowi burakiem.
M.
No, powiedzcie sami. O czym tutaj pozytywnym pisać, kiedy wśród polityków jak nie 'ministra' z połową działającego mózgu, to jakiś inny oszołom defraudujący pieniądze z budowy Stadionu Narodowego, czy tam po prostu swoją małością intelektualną przyczyniający się do pogłębienia idiotyzmów panujących w 'naszym kraju'.
W sumie nic nowego, ale męczy mnie to jakby bardziej, niż kiedyś.
W dodatku nóż się otwiera w kieszeni gdy myślę o skurwielach używających soli przemysłowej w produktach spożywczych. Tutaj to w sumie nie ma o czym mówić. W każdym cywilizowanym kraju wzięło by się to bydło, postawiło pod ścianą i rozstrzelało. Następnie pochowało w nieoznakowanym grobie, a rodzinę sprzedano do niewoli.
Są po prostu granice, po których przekroczeniu nie pozostaje już nic. Świadome ryzykowanie czyimś zdrowiem i/lub życiem by zarobić, to jedna z największych podłości, jakich tylko można się dopuścić. To już nawet psychopata lub socjopata jest w jakiś sposób wytłumaczony... wróć, wyjaśniony. Tutaj włosy stają mi na karku, gdy myślę, że ktoś zrobił to w zimny, wyrachowany sposób. Zaś oskarżą takie coś nie o działanie na szkodę zdrowia i życie, ale o przekręt finansowy.
Tym bardziej dziwi mnie, że ludzie na ulicy, tacy których mijam, ci, z którymi rozmawiam, są jakby, nie wiem, nie aż tak zgorzkniali, jak by się wydawało? Nie rozumiem tego i nie jestem tego w stanie pojąć.
Sam nie wiem, czy to stoicyzm, 'wsiomiwisizm', czy też może jakaś spontaniczna forma nowej fali pozytywizmu.
Dlatego mam w głowie cichoszę. Patrzę na siebie, na Polskę, ba, na świat z zadziwieniem. Moje narzekanie nic nie zmieni. Może gdyby było więcej ludzi myślących tak jak ja, to coś w końcu się dało zdziałać.
Nie żebym chciał takiej homogenizacji. Daleko mi do tego! Im więcej różnorodności, tym więcej pomysłów. Taki ze mnie, niemal, liberał. Po prostu nie lubię zakazów i nakazów. Nie dlatego, że uważam prawo za coś złego. Po prostu te postsocjalistyczne popłuczyny, które nazywamy tutaj systemem prawnym, wywołują we mnie odruchy wymiotne.
I oto jest dokładnie to, czego chciałbym uniknąć. Żółci, którą wzbieram się, gdy widzę, jak wiele głupoty otacza mnie na świecie.
Staram się dalej dostrzegać całe jego piękno, lecz nie jest to łatwe, oj nie.
Dlatego właśnie staram się, by w mojej duszy nie zapanowała cichosza. Swoją drogą, bardzo, bardzo mądry utwór. Niestety, dotąd aktualny - w dodatku coraz boleśniej.
Niech więc coś nam wszystkich w duszy gra, a damy radę. Nawet gdy człowiek człowiekowi burakiem.
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



