środa, 23 czerwca 2010

Współczesny niedoceniony

W telewizorni mundial. Żabojady pozabierali zabawki i poszli sobie z piaskownicy, niepyszni.
Wuwuzele gwałcą uszy, a piłka zachowuje się jak szalona (wiem co mówię, sam nastałem na się bramce).

Poza zaś właśnie piłką nożną nie ma tam niczego. Pseudo-debat i populistycznych farmazonów wszak nie da się zaliczać do programu przeznaczonego dla ludzi rozumnych.
Co z resztą? - jak zapytałby mój dobry przyjaciel. Ano z resztą, niewierny Tomaszu ;), jak ongiś... syf, kiła i mogiła.
Telewizja publiczna przypominać zaczyna powoli inny publiczny przybytek, polszatan zbliża się nieustannie do granicy w której to reklamy będą przerywane filmami, zaś w MTV więcej jest gołych dup niż muzyki.

W takich to czasach przyszło nam żyć. Dlatego też dzisiaj chciałbym zaproponować wyłączenie telewizora i przeniesienie się w zamian w stronę bardziej literacką, choć nie tylko.

Chciałbym przypomnieć, bądź przedstawić Wam pana Ernesta Brylla. Człowieka pełnego. A dlaczego ;) ?

Przede wszystkim pełnego mądrości i doświadczenia życiowego. Dane mi było zamienić z nim zaledwie kilka słów, jakiś czas temu w Dublinie. Wątpię aby mnie pamiętał, spotkanie było w zasadzie tyleż przypadkowe, co krótkie.

Niemniej ten siedemdziesięciopięcioletni obecnie mężczyzna wywarł na mnie ogromne wrażenie charyzmą, ogładą oraz życzliwością.
Dotąd pluję sobie w brodę, że nie znając go wcześniej, nie miałem okazji poprosić go o autograf.
Dlaczego, zapytacie?

Otóż pan Bryll (przez głowę by mi nie przeszło zastosowanie mniej grzecznościowej formy), podczas swojego życia był (bądź jest ;) ) m.in.:
- dyrektorem Polskiego Instytutu Kultury w Londynie
- wykładowcą na uniwersytecie Sunny University, Albany USA
- Ambasadorem RP w Republice Irlandi
- znakomitym tekściarzem ('Peggy Brown' Myslovitz, czy też 'Pieśn kronika' Grechuty to jego słowa!)
- wybornym tłumaczem
- znawcą kultury irlandzkiej
- a także cenionym pisarzem (zarówno proza jak i poezja)

Wraz z żoną, Małgorzatą Goraj-Bryll przyczynili się swego czasu do spopularyzowania w Polsce klimatów oraz legend irlandzkich. Ale czego by się spodziewać po ludziach, których pies wabi się Guinness ;) ?

Cóż o Nim więcej pisać? Mi nie wypada, odsyłam przeto do źródeł właśnie -> http://www.bryll.pl/

Komu nie szkoda czasu na zapoznanie się z tą postacią, ten znajdzie tam coś dla siebie. Kto zaś nie ma (jeszcze) na to ochoty, zaś czyta dalej... Oto jeden z powodów. Wiersz o Polsce, choć przewrotnie zatytułowany.

'Co o bigosie pisać?'

Co o bigosie pisać narodowym?
Że ciężkie sny przynosi...
Stare zmory,
które Piast palcem swym kołodziejowym
z gardła wyrzucał, które naród chory
przez tysiąc lat wyrzygać nie umiał, znów cisną,
- Bo odpaśliśmy boki. Bo nad Wisłą
prawie nie cuchnie trupem.
Ergo - żywot
musi się odąć. Jakby w nim na gromy
walczyły bogi olimpijskie. Ckliwo
musi być w gardłach. Z tego jęzor chromy
bełkocąc tworzy wolność tak prawdziwą:
- że jeśli ktoś nie pojmie - godzien inkwizycji
i do swobody przez szarże policji
jest zagoniony...
Co więc o bigosie
o długich nocnych zmorach rodaków?
Że jawa
może być u nas tylko, kiedy krwawa
smuga przez rzekę spłynie. Że tylko w pogoni
jak zwierzę, które życia swego broni
idziemy zrzucić trucizny defilad,
przemówień tępych, mysich spisków, przypraw,
od których trzysta lat temu odwykła
europejska chytrość kuchenna.


Jeżeli zaś jeszcze nikogo nie przekonałem... gorąco odsyłam do materiału filmowanego nagranego i wyemitowanego przez Telewizję Polską w czasach zmniejszonej pomroczności.

http://www.youtube.com/watch?v=fulzQMr5Xx8&feature=related

Reasumując zapraszam na Bryllowanie, na spojrzenie na niesamowitego i niezmiernie skromnego człowieka... który przecież mógłby wywyższać się nad wieloma z nas.

Sláinte

wtorek, 22 czerwca 2010

Ja inaczej nie potrafię

Zbigniew Herbert

'Przesłanie Pana Cogito'

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź


... gdyż tylko ta droga uczyni z nas człowieka.

piątek, 18 czerwca 2010

para-polityka

Proszę państwa, szanowni czytelnicy i czytelniczki.
Tak to nam się ostatnio złożyło, że brakuje nam (choć to dość nieszczęśliwe określenie) prezydenta.
Tak się również składa, iż niedługo mamy wybory prezydenckie.

Przypadek?!

A skądże ;). Takoż i dzisiejszy wpis nie będzie przypadkowym.

Nie martwcie się jednak, nie będzie on dotyczył agitacji wyborczej (chociaż moje poglądy 'polityczne' są znane, nie mam ich po co ukrywać).

Mam zamiar napisać o tym dlaczego nie powinniście głosować na ludzi, którzy kłamią w żywe oczy, nie mają pojęcia co tak naprawdę jest wymagane od prezydenta, bądź...
Są zbyt mali, aby Rzeczpospolitą reprezentować na arenie międzynarodowej.

Pod względem 'merytorycznym' odsyłam do strony http://www.latarnikwyborczy.pl/
Można tam odnaleźć poglądy kandydatów 'do tronu' i zweryfikować je podług własnych odpowiedzi na ten temat. Mi osobiście wyszło ponad 80% zgodności z poglądami Janusza Korwin-Mikke. Pozostałe +/- 20% odpadło z powodu nastawienia typu: leję sikiem prostym na taki 'problem' ;) (wybaczcie słownictwo, aczkolwiek nie od kozery przy wchodzeniu na blog istnieje ostrzeżenie na temat zawartości; poza tym uwielbiam to określenie :D ).

Oczywiście co ma wspólnego prywatyzacja lasów państwowych z prezydenturą, to już niestety nie na moją głowę... Niemniej wiadomo, że Polak nie taką kiełbasę przedwyborczą zeżre.

Proszę państwa. Prezydent to reprezentant państwa. Posiada prawo veta. Może kogoś ułaskawić. Kompletnie rozwala obronność kraju będąc zwierzchnikiem Polskich Sił Zbrojnych.
To tyle.

Z tego powodu nie powinniśmy umożliwiać prezydentury komukolwiek, kto ma bezpośrednie powiązanie z osobami (nie)rządzącymi w parlamencie, bądź stojącymi w mniej lub bardziej karykaturalnym gabinecie cieni.

Dlaczego? Otóż wyłuszczam: koalicja PO-PSL w sumie dużo nie szkodzi, lecz głównie dlatego, że mało może. Ludzi inteligentnych tam jak na lekarstwo. Na początku byłem umiarkowanym optymistą (chociaż nie głosowałem na nich). Obecnie widzę tam dyletanctwo i brak pomysłu na cokolwiek (z kampanią prezydencką i planem przeciwpowodziowym na czele).

PiS? Proszę mnie nie rozśmieszać. To jest partia tylko dla PP - 'Prawdziwych Pola(cz)ków'.
Jeżeli ktoś ma w swoich szeregach człowieka tak dalece pozbawionego skrupułów i kręgosłupa moralnego, czy kulturalnego, jak Jacek Kurski...
Jeżeli ktoś dąży do 'odnowy moralnej' poprzez koalicję z Samoobroną...
Jeżeli ktoś pluje, obraża i swym zaślepieniem szkodzi innym...

Mam ciągnąć dalej?

SLD... proszę państwa, dla wymienionego przeze mnie wcześniej polityka, demokracja jest tak odrażającym słowem, że musi je wykropkowywać (patrz: d**okracja).
Dla mnie takim słowem jest 'polityka socjalna' oraz wszelkie jej wypaczające duszę aspekty.
SLD w zasadzie oficjalnie popiera nierobów i chce zabierać osobom pracującym (np. autorowi tego bloga), by dać 'biednym' (porównajcie wcześniejszy wpis o byciu nauczycielem do tego stanu rzeczy). W dodatku stopień umoczenia jej (byłych, mam nadzieję) członków w przeróżnych aferach jest zatrważający.
Nie na darmo Kukiz śpiewał: "Jak ja was kurwy nienawidzę" w piosence zatytułowanej 'virus sLD'.

Spójrzmy prawdzie w oczy. Wyżej wymienione partie oraz ich członkowie to cały czas ci sami ludzie, którzy nie zmienili w Rzeczpospolitej Polskiej niemal NIC na lepsze... a mieli na to 21 lat.
Głos oddany na kogoś z PO, PSL, SLD, PiS to głos stracony.
O skreślonej pozycji ośmieszonej Samoobrony czy też LPR nie wspomnę.

W kim więc nadzieja? W ludziach z prawdziwymi zasadami.

Tak, proszę państwa. Marzy mi się świat, w którym politycy będą wykształceni, obyci w świecie, zaznajomieni ze sztuką dyplomacji, a także będą potrafili rzecz najważniejszą - słuchać ekspertów.

Tacy ludzie to nie jest tylko JKM. Jeżeli komuś nie przeszkadzają prawicowe poglądy, to całkiem konkretnym rzeczowym i przede wszystkim ludzkim kandydatem jest także Marek Jurek.
Cóż z tego, że jest 'katolem'? Tak się składa, że nikt go nie umoczył w żadnej aferze, tabloidy nie rozpisują się na temat skoków w bok, czy czegoś w tym guście.

Proszę państwa... prezydentem może zostać jedynie osoba posiadająca ogładę, wiedzę i własną wizję tego, jak innych skłonić do kompromisu, a nie jak zrobić to samemu.
'Bronek', pardon, Bronisław Komorowski jest człowiekiem wyważonym. Nie jest jednak liderem. Niestety byłby to człowiek Donalda Tuska.
Z nim zaś problem jest bardzo prosty - on sam nie jest liderem.

Głosujcie więc według własnego sumienia - pamiętajcie jednak, że głos oddany na marionetkę to głos stracony.

wtorek, 15 czerwca 2010

But it's so DUMB!

Proszę państwa, dzisiaj się nie wysilę i podam po prostu bezczelną reklamę pewnego blogu. Jego właścicielka zapewne nie zdaje sobie sprawy z istnienia mojego blogu, ale to akurat inna sprawa :)

Blog o którym mówię to http://dumb.bloog.pl/
Jest (w miarę) nietypowy gdyż jest blogiem komiksowym, a więc co wpis to ilustracja :). I niewiele więcej.
Z tym że o to właśnie chodzi!
Jego zalety to:
- abstrakcyjny humor (w dodatku w kobiecej wersji, więc, podkreślmy to i posłodźmy, to rzadkość ;))
- adekwatna kreska (od banalnej, przez kiczowatą, do całkiem ambitnej, aż po wystawową - dla każdego coś miłego, zresztą nie o samą kreskę tu chodzi)
- blog ten umożliwił mi wywołanie powyższym podpunktem apopleksji u większości ludzi z ASP którzy się z tym wpisem zetkną (bonus :D )
- więcej plusów nie wymieniam, gdyż są subiektywne lub nieważne ;)

Tak jeno kończąc podpowiem, aby czytać od początku. Nie ma tam żadnych logicznych powiązań, łatwiej jednak wdrożyć się w klimat.

Także smacznego :)

niedziela, 13 czerwca 2010

Niedzielna lemoniadka

Niedziela zawsze była i zawsze będzie dla mnie dniem bardzo sentymentalnym.
Co ważniejsze jest dla mnie taka świadomie i z wyboru, a nie dlatego, że jakiś spaślak w sutannie wystęka to podczas kazania.
W zasadzie poza tym, że w niedzielę często muszę podróżować, najchętniej spędzałbym ten dzień leniuchując. Kiedyś ludzie zbierali się w niedziele (liczba mnoga, dlatego brak ogonka - komentarz dla innych purystów językowych ;) ) na rodzinnych obiadach.
Siadali przy stole, rozmawiali, cieszyli się swoją obecnością i bliskością.
Szczerze mówiąc średnio sobie wyobrażam samego siebie w takiej sytuacji... jestem raczej aspołeczny w stosunku do ludzi którzy mnie nudzą ;).

Niemniej spotkanie z przyjaciółmi także jest bardzo dobrym pomysłem.
Zaś cóż lepszego można przygotować na takie spotkanie podczas takiej pogody niźli...
Lemoniadę :) ?

Zresztą robi się ją wprost banalnie (nie mylić z bananalnie ;) ).

Wystarczy nam wielki dzbanek. Jak duży? W sumie nieważne, podam po prostu proporcje :). Wynikają one z moich osobistych upodobań, gdyż lubię lemoniadę raczej kwaśną niż słodką (mówiłem już, że uwielbiam cytryny?)
Otóż na litr wody potrzebujemy około 5 średnich cytryn, bądź 6-7 limonek (limetek, czy też what-the-frakkin'-ever jak się je zwie :) ). Należy tutaj uważać i po prostu popróbować, gdyż limonki są po prostu kwaśniejsze, lecz także znacząco kwaśniejsze od swoich młodszych sióstr.
Eksploratorom mogę zaś doradzić popróbowanie z 'mixem' cytryn z limonkami. Rezultat bywa ciekawy :).
Cytryny czy też limonki należy sparzyć i wybebeszyć, bądź też odpowiednio wycisnąć (tak czy inaczej polecam je umyć). Lemoniada jest najciekawsza kiedy dodamy do niej cały miąższ :). Calutki :)
Aby zaś nie wykrzywiało nas za bardzo, potrzebujemy (według gustu) od 3 do 5 łyżeczek cukru. Im więcej, tym bardziej będzie smakowało opornym na kwaśne nuty ;).
Podobno da się także wypić wersję z cukrem pudrem zamiast zwykłego cukru, nie próbowałem jednak tego.
Cały czas też zastanawiam się 'co by było gdyby'... użyć cukru brązowego (trzcinowego?).

No nic, może się zawezmę i spróbuję kiedyś :) ?

Tak czy inaczej z podanych powyżej składników (woda, cukier, sok z cytryn/limonek) robimy następującą mieszankę:
- wodę zmieszać z cukrem w sposób względnie dokładny :)
- dodać wyciśnięty sok/miąższ z cytryn/limonek
- zmieszać raz jeszcze, przelać do dzbanka, wstawić do lodówki
- trzymać tam przez co najmniej pół godziny
- cieszyć się efektem
- przesłać wyrazy podziękowania na moje konto ;)

Namárië :D

PS. jako bonus dla wytrwałych - oto coś co ukazuje w sposób bardziej obrazowy moje odczucia związane z niedzielą.

sobota, 12 czerwca 2010

One comes up, one goes down



Słońce jest źródłem życia, ot taki mały truizm na początek.
Bez jego blasku... cóż, bez niego nie było by układu słonecznego, to w sumie tyle ;).
W sumie do dzisiaj nie zadałem sobie pytania jak by wyglądał świat, gdyby 'nasze' słońce nie istniało.
Wniosek był tyle prosty, co trudny do ogarnięcia umysłem. Otóż nie było by świata.
Nie mówię tutaj tylko o świecie jakim go znamy.
Życie musiało by działać na zupełnie innych zasadach.
Czy było by lepiej? Nie mam pojęcia.

Na pewno nie siedziałbym teraz z dzbankiem zimnej lemoniady (uwielbiam cytryny ^_^ ), starając się zaznać chociaż trochę ochłody.
Są ludzie, którym gorąco nie przeszkadza. Niemniej nie tylko o gorąco się tutaj rozchodzi. Jest parno, duszno i odechciewa mi się czegokolwiek ;).

Dlatego też chciałem po prostu zamieścić owe bardzo impresjonistyczne zdjęcie (oczywiście, jak zwykle, amatorskie).
Mimo tego iż słońce, a w zasadzie jego działanie przyprawia mnie o duży dyskomfort, jestem w stanie docenić jego piękno.
Szczególnie gdy wygląda na tak wielkie :)

Osobiście wolę księżyc, lecz jeżeli jestem w stanie dostrzec piękno w czymś co mnie irytuje...

To gdzie jeszcze można dostrzec piękno, którego nie rejestrujemy na co dzień?

środa, 9 czerwca 2010

Jak powstało piękno (języka)

Dwa dni temu obiecałem przybliżenie Sindarinu, tak też dzisiaj uczynię. Quenyę niestety pominę, gdyż wiem o tym języku zbyt mało, zaś nie chcę po prostu kopiować cytatów z innych opracowań :).
Dodatkowo wpis ten będzie zawierał kilka informacji i refleksji na temat Władcy Pierścieni, a szczególnie tego, z jakiego powodu trudno jest mi to dzieło nazwać po prostu książką.

Niemniej, proszę państwa, po kolei.

Przede wszystkim autor zarówno owego dzieła, jak i opisanych w nich języków, to profesor z uniwersytetu oksfordzkiego, persona nie byle jaka. Z wykształcenia będąc filologiem, zajmując się zaś zarówno literaturoznawstwem jak i lingwistyką, był w stanie podejść do tworzonych przez siebie tekstów w sposób... iście akademicki.
Po początkowym sukcesie Hobbita, Tolkien pracował głównie nad Silmarillionem, zbiorem legend i mitów.
Osobiście uważam, że nieznajomość tego faktu jest głównym czynnikiem nieporozumień w stosunku do odbioru jego dzieła.
Fakt, że Władca Pierścieni powstał niejako na siłę, będąc czymś pomiędzy wyczekiwanym produktem konsumenckim, a ambitną (w niespotykanej dotąd skali) próbą utworzenia kompletnej i spójnej mitologii nowożytnej.
J.R.R. Tolkien w swoich badań i pracy spotykał się z wpływami legend oraz mitologii zarówno celtyckiej, germańskiej, nordyckiej i fińskiej. Znał doskonale i cenił baśnie i 'bajki', znając częstokroć ich starsze, mroczniejsze wersje.
Zapragnął więc dać Albionowi (jak zdarzało mu się nazywać Wielką Brytanię) coś, co odzwierciedlałoby, a także zachowało jej ginący wśród postępu charakter.

Wielu zarzuca Władcy Pierścieni archaiczny styl pisania, relatywnie jednowymiarowe postaci, czy też niespójności w fabule.

Zawsze odpowiadam następująco: spójrzcie na Kalevalę bądź Beowulfa. Do nich właśnie należy porównywać dzieła Tolkiena, będące faktycznie 'archaizującą' formą literatury.
Moim zdaniem to dobrze, ponieważ świat potrzebuje baśni. Dlatego też uwielbiam Neila Gaimana, nie bojącego się czerpać garściami z wierzeń i legend całego świata. W końcu dlatego uwielbiam Tolkiena, ponieważ tworząc coś innego, stworzył także coś wielkiego - mianowicie Śródziemie, wraz z jego historią i, przede wszystkim, kulturą.

Prawdopodobnie zaś najwspanialszym (subiektywnie patrząc) przedstawicielem owej kultury jest właśnie Sindarin.
Oczywiście obecnie w każdej niemalże książce fantasy możemy znaleźć jakieś próby ukazania dziwnie brzmiącego i atrakcyjnego pod względem pisowni języka.
Problem polega na tym, że zazwyczaj są one niespójne i nie mają żadnego sensu.
Tolkien zaś stworzył kompletny system gramatyczno-syntaktyczny, opierając go na podstawach języków: staroangielskiego, staro-nordyckiego oraz języków celtyckich (choć z wyraźnym akcentem w stronę walijskiego).
Zresztą mówiąc o językach celtyckich, to niemalże cała fonetyka wzięta została właśnie z cymraeg, języka walijskiego.
Zresztą pisząc 'została wzięta', nie oddaję tutaj prawdy. Tolkien dostosował ją do wymyślonego przez siebie alfabetu, by utworzyć zgodną z IPA (międzynarodowym alfabetem fonetycznym) tablicę fonetyczną. Oto ona (choć zapewne nie jest to oryginał):

Jeżeli ktoś poznał podstawy gramatyki opisowej, z łatwością odnajdzie się w tej tabelce. Jeżeli zaś, to współczuję, musi to zapewne wyglądać koszmarnie ;).
Tak, czy inaczej, alfabet ten oraz fonetyka są w swej prostocie genialne. Chociaż nie jesteśmy do takiego alfabetu przyzwyczajeni, jest on w zasadzie o wiele prostszy od, dla przykładu, alfabetu rzymskiego, gdyż jest on na swój sposób regularny.
Otóż składa się on z tzw. tengwar, które to odpowiadają bezpośrednio fonemom (uprośćmy sprawę nazywając je dźwiękami).
W dodatku Tolkien był tak miły, że podając alfabet oryginalny, nie nadający się przecież do publikacji w książce beletrystycznej, stworzył jasne i wyraźne zasady zapisu Sindarinu w alfabecie rzymskim.
Chociażby zawarty we Władcy Pierścieni hymn do Elbereth jest tego przykładem. W oryginale wygląda następująco (co z czysto estetycznego punktu widzenia wywołuje we mnie ciarki ;) ):


Przetranskrybowane zaś na alfabet rzymski wygląda następująco:
A Elbereth Gilthoniel
silivren penna míriel
o menel aglar elenath!
Na-chaered palan-díriel
o galadhremmin ennorath,
Fanuilos, le linnathon
nef aear, sí nef aearon!


Jako ciekawostkę zamieszczam link do niezastąpionego youtube na którym możemy usłyszeć jak 'J.R.R. Tolkien himself' :) 'odczytuje te słowa. Polecam.
http://www.youtube.com/watch?v=MdfYy4gW9L4&feature=related

Oto zaś ten fragment w przekładzie M. Skibniewskiej:
O Śnieżnobiała, Czysta Pani,
Królowo zza zachodnich mórz,
Światłości dla nas, zabłąkanych
W świecie splątanych drzew i dróg.
Giltoniel! O Elbereth!
Czysty twój wzrok, jasny twój dech!
O Śnieżnobiała! Tobie nasz śpiew
W kraju dalekim od Wielkich Mórz


Cóż, podstawy, zdaje się przełożyłem. Zainteresowanych dalszą eksploracją tematu odsyłam do wujaszka Google, gdzie można znaleźć wiele informacji na ten temat, łącznie z amatorskimi kursami językowymi ;).

Gdyby z jakiegoś powodu okazało się, że temat cieszy się jednak niespodziewaną popularnością, to postaram się napisać coś jeszcze, chociażby przybliżyć to co napisałem o gramatyce opisowej.

A tymczasem...

Navaer!