Stopnie po których stąpał znaczyły krople krwi. Słońca chyliły się powoli ku zachodowi, zalewając Chmurną Planetę rzadkimi, karmazynowo-złotymi barwami zmierzchu, kładąc się fantazyjnymi cieniami na rozciągających się wszędzie chmurach.
Ximalal przebył długą i ciężką drogę, opłaconą bólem i trudem, w końcu jednak stanął przed swym celem.
Na samym szczycie najwyżej z gór, tam gdzie wiał nieskalany oddechem nieczystych stworzeń wiatr, stał Tron.
Nie był to jednak zwykły, kamienny, czy drewniany tron, jakiego z lubością używali co znaczniejsi spośród ludzi-ptaków. Przed wiekami wykonała go dłoń samego Stwórcy, który ulepił go z gwiezdnego pyłu, po czym zahartował żarem własnego oddechu.
Tak oto powstał jedyny na Chmurnej Planecie obiekt wykonany z jednego z najrzadszych substancji Wszechstworzenia, gwiezdnego szkła. Choć rasa ludzi-ptaków od dawna próbowała zbliżyć się do perfekcji tego mitycznego tworzywa, ich szkłu brakowało prawdziwej duszy. Wszak nie była to rasa stworzona do panowania nad ogniem.
Jednak piękno Tronu nie oddziaływało na Ximalala w najmniejszy sposób. Nie zachwycał się grą wieczornych barw, załamujących się w jego kryształowych ramach. Nie odczuwał nabożnego lęku przed dziełem samego Stwórcy, święta relikwią jego mocy... i jego woli.
Młody szlachcic-wojownik spoglądał dumnym, zaciętym wzrokiem na istotę spoczywającą leniwie na Tronie, owiniętą wokół jego zwojów.
- Dotarłeś do świętego miejsca, Ximalalu - głos Pierzastego Węża był dziwny, nie śpiewny i piękny, jak u ludzi-ptaków, lecz syczący i szeleszczący, jak u pełzających wśród korzeni drapieżników - okaż więc szacunek władcy tego miejsca.
Jednak Namiestnikowi odpowiedziała cisza. Młodzieniec stał bez ruchu, otulając się przed wichrem skrzydłami, przypatrując się uważnie tej jakże obco wyglądającej istocie. Choć pokryty piórami, jak każda inna myśląca istota zamieszkująca Pochmurną Planetę, Pierzasty Wąż był... obcy.
Jego ciało było długie i obłe, kończące się ogonem. Ximalal zastanawiał się, czy gdy wbije w nie w końcu szpony, to czy poczuje wstrętne, suche łuski.
Spojrzenie szlachcica-wojownika przesuwało się dalej, po dwóch parach potężnych skrzydeł, po dziwnych, pięciopalczastych dłoniach, aż w końcu utkwił spojrzenie w twarzy.
Mimowolnie przeszedł go dreszcz. Twarz Namiestnika nie był podobna do czegokolwiek innego, co dotąd widział. Zamiast dzioba posiadał wąską szczelinę, okoloną mięsistą naroślą. Nie otwierała się, ni nie zamykała tak, jak powinien dziób, lecz raczej rozciągała się na wszystkie strony, niemalże jak u przemykających od norki do norki, lub żyjących w dziuplach małych ssaków. Istota rozciągnęła usta w odrażającym grymasie i Ximalal dostrzegł wstrętne, równe zęby, pośród których cztery wystawały dziwnymi kolcami spośród rzędu. Także i nozdrza ukryte były w dziwnej, płaskiej bulwie, przyczepionej bez ładu i składu nad owymi... ustami... zaś pod oczami.
A gdy spojrzał w same oczy... przeląkł się po raz pierwszy w życiu, aż zdziwiony smakiem nieznanego uczucia.
Zamiast powiek, białek i źrenic, spoglądały w niego dwie bezdennie czarne kule, migające odległymi srebrnymi iskrami. Ogrom i wrażenie odrażającej obcości niemalże zmusiły młodzieńca do cofnięcia się.
Niemalże.
Nie pozwoliły mu wszak na to duma, ni determinacja.
A tym bardziej w decyzji utwierdzała go gryząca i dusząca nienawiść, zżerająca od środka wszystkie inne jego uczucia. Czuł, że nie zostało już w nim niemal nic, poza pragnieniem, by ktoś w końcu zapłacił za całą niegodziwość świata. Za tą, która spotkała jego i innych.
Nie pamiętał już nawet o co wyruszał walczyć.
Teraz chciał po prostu zburzyć stary ład i wznieść nowy porządek.
Piękny i uczciwy, taki w którym już nikt nie będzie się musiał bać, że dosięgną go nieodgadnione i niezbadane wyroki Namiestnika. Świat, w którym wszystko będzie jasne, uczciwe i sprawiedliwe.
Świat, w którym to Ximalal będzie wybrańcem Stwórcy...
O tym właśnie rozpoczął pieśń, rzucając wyzwanie Pierzastemu Wężowi.
Powolutku, po kawałku zbliżamy się do końca. Czy będzie dobry, czy zły? Ocenicie sami. W swoim czasie ;)
poniedziałek, 20 września 2010
środa, 15 września 2010
Baśnie o okruchach gwiazd #4
Jej zapach stał się intensywniejszy, cięższy. Pojawiły się w nim subtelnie piżmowe nuty, kompletnie oszołamiając Ximalala.
W swoim krótkim, acz intensywnym życiu, młody szlachcic wojownik stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom, z każdej z owych prób wychodząc zwycięsko.
Nie było przeciwnika, zagadki, czy zadania, trudnych na tle, by nie był w stanie przezwyciężyć trudności. Należał w końcu do Czystej Krwi, zaś jego refleks, wytrzymałość na trudy oraz bystrość umysłu należały do niemalże niedoścignionych. Dziedzictwo przodków przekazane przez Krew, a także szkolenia i nauki które odbierał za młodu przygotowały go niemal na wszystko.
Niemalże wszystko, poza nią.
Czyste instynkty szlachciców-wojowników, buzujące w jego krwi, spotęgowane zostały przez młodość. Gdy tylko westalka rozpoczęła swój słodki śpiew, hormony wzięły nad nim górę.
Niezwykle, wręcz kryształowo czysto wrażliwe zmysły zasnuła mgła złudnego spokoju. Ximalal przystanął i opuścił bezwładnie ramiona, zwracając dziób w stronę, z której dobiegał ów boski głos. Po chwili nie obchodziło go już nic innego.
Trwał tak zasłuchany, ledwo świadomy tego, iż westalka zbliżała się do niego. Powoli, nieśpiesznie.
Czemuż jednak miały się tym przejmować, skoro oznaczało to, iż jej doskonały śpiew staje się jeszcze wyraźniejszy, jeszcze bliższy?
Łagodnym strumieniem zalał go strumień wspomnień.
Zapach jego pierwszej miłości. To cudownie uczucie, gdy stroszył dziobem kolorowe, miękkie pióra na jej karku.
Pamiętał tańce i śpiewy godowe, pamiętał delikatne i czułe pieszczoty.
Bijące w namiętnym rytmie skrzydła, szpony wbijające się w miłosnym uniesieniu w jego tors.
Każda z tych chwil przemykała leniwie przez jego pamięć, czasem szepcząc dawno nie słyszanym głosem, czasem muskając czule pokrywające jego barki pióra, innym też razem przywracając inne dawno zapomniane wspomnienie, doznanie.
Przeraźliwa, wszechogarniająca tęsknota i poczucie straty omotały go nagle i niespodziewanie. Nie pamiętał nawet kiedy śpiew zmienił się na pełen smutku i goryczy.
Dumny szlachcic-wojownik opadł na kolana i oparł się ciężko szponiastymi dłońmi o chropowate, skalne schody. Cały otaczający go słoneczny blask, całe piękno świata, wszystko to nie miało już znaczenia, gdy przypomniał sobie chorobę, cierpienie i wreszcie śmierć swojej wybranki.
Każda z tamtych chwil, przepełnionych goryczą i oczekiwaniem na nieuchronny koniec, teraz kładły się ogromnym ciężarem na jego barkach, dosłownie przygniatając go do ziemi.
Resztkami sił powstrzymywał się, by nie wydać pełnego bólu okrzyku, by nie szarpać w rozpaczy szponami swych ramion, by nie pozwolić zbierającym się w kącikach oczu łzom na ukazanie jego słabości.
Lecz westalka popełniła błąd. Choć najpiękniejsza spośród swych sióstr, choć obdarzona najwspanialszymi piórami i najsłodszym głosem, potraktowała Ximalala jak każdego innego młodzieńca.
Widziała przed sobą jedynie kogoś, kto przez całe życie przyzwyczajony był do okazywania mu posłuszeństwa, do korzystania ze swej siły i swych przywilejów.
Wiedziała, że na wiele z nich zasłużył. Wiedziała, że mimo pychy był młodzieńcem sprawiedliwym.
Wiedziała także o jego stracie, która to pozostawiła trwałą szramę w jego sercu.
Nie doceniała jednak jak głęboko strata ta zmieniła psychikę tego egoistycznego, przeświadczonego o swej wielkości szlachcica-wojownika. Tak jak każdy inny człowiek-ptak, także i Ximalal odczuwał nieprzemożoną potrzebę odszukania swej wybranki. Jednak on naprawdę był wyjątkowy. Jego pobratymcy, gdy tracili swą ukochaną, tracili także cały sens i chęć do życia.
Z nim było podobnie.
Błąd westalki był więc bardzo prosty. Zlekceważyła uczucia, które targały teraz jego duszą. Wejrzała w nią i zobaczyła ból i rozpacz.
Rozbudziła więc swym śpiewem wspomnienia o tym, co było w jego życiu piękne.
Następnie przypomniała wszystko, co sprawiło mu ból.
Lecz jego wyprawa nie była jedynie rozpaczliwą próbą zapomnienia.
Nie była nawet szalonym aktem bólu i desperacji.
Prawda, była szalona w swym zamiarze zamachu na Namiestnika, lecz nie była nieprzemyślana.
Ximalal ze zgrzytem oparł szpony na skale. Jego ciało napięło się się całe, skrzydła ułożyły w bojowej pozycji.
W śpiewie westalki pojawiła się nuta zdziwienia. To wystarczyło.
Szlachcic-wojownik runął na nią z furią, jak błyskawica, w jego oczach zaś widać było wyraźnie całą nienawiść, która targała teraz jego duszą.
Gdy skończył, nie obejrzał się nawet za siebie, lecz ruszył dalej, cały zbryzgany krwią, ze strzępkami pięknych, kolorowych piór na szponach.
Przed nim był już tylko Tron.
Za nim jedynie zmasakrowane ciała.
Jeszcze poniżej, ludzie-ptaki chowali się ze strachem w swych domostwach, trwożąc się na straszliwą burzę, która szalała nad ich głowami.
Lecz jeszcze straszliwsza burza szalała w duszy i sercu Ximalala...
W swoim krótkim, acz intensywnym życiu, młody szlachcic wojownik stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom, z każdej z owych prób wychodząc zwycięsko.
Nie było przeciwnika, zagadki, czy zadania, trudnych na tle, by nie był w stanie przezwyciężyć trudności. Należał w końcu do Czystej Krwi, zaś jego refleks, wytrzymałość na trudy oraz bystrość umysłu należały do niemalże niedoścignionych. Dziedzictwo przodków przekazane przez Krew, a także szkolenia i nauki które odbierał za młodu przygotowały go niemal na wszystko.
Niemalże wszystko, poza nią.
Czyste instynkty szlachciców-wojowników, buzujące w jego krwi, spotęgowane zostały przez młodość. Gdy tylko westalka rozpoczęła swój słodki śpiew, hormony wzięły nad nim górę.
Niezwykle, wręcz kryształowo czysto wrażliwe zmysły zasnuła mgła złudnego spokoju. Ximalal przystanął i opuścił bezwładnie ramiona, zwracając dziób w stronę, z której dobiegał ów boski głos. Po chwili nie obchodziło go już nic innego.
Trwał tak zasłuchany, ledwo świadomy tego, iż westalka zbliżała się do niego. Powoli, nieśpiesznie.
Czemuż jednak miały się tym przejmować, skoro oznaczało to, iż jej doskonały śpiew staje się jeszcze wyraźniejszy, jeszcze bliższy?
Łagodnym strumieniem zalał go strumień wspomnień.
Zapach jego pierwszej miłości. To cudownie uczucie, gdy stroszył dziobem kolorowe, miękkie pióra na jej karku.
Pamiętał tańce i śpiewy godowe, pamiętał delikatne i czułe pieszczoty.
Bijące w namiętnym rytmie skrzydła, szpony wbijające się w miłosnym uniesieniu w jego tors.
Każda z tych chwil przemykała leniwie przez jego pamięć, czasem szepcząc dawno nie słyszanym głosem, czasem muskając czule pokrywające jego barki pióra, innym też razem przywracając inne dawno zapomniane wspomnienie, doznanie.
Przeraźliwa, wszechogarniająca tęsknota i poczucie straty omotały go nagle i niespodziewanie. Nie pamiętał nawet kiedy śpiew zmienił się na pełen smutku i goryczy.
Dumny szlachcic-wojownik opadł na kolana i oparł się ciężko szponiastymi dłońmi o chropowate, skalne schody. Cały otaczający go słoneczny blask, całe piękno świata, wszystko to nie miało już znaczenia, gdy przypomniał sobie chorobę, cierpienie i wreszcie śmierć swojej wybranki.
Każda z tamtych chwil, przepełnionych goryczą i oczekiwaniem na nieuchronny koniec, teraz kładły się ogromnym ciężarem na jego barkach, dosłownie przygniatając go do ziemi.
Resztkami sił powstrzymywał się, by nie wydać pełnego bólu okrzyku, by nie szarpać w rozpaczy szponami swych ramion, by nie pozwolić zbierającym się w kącikach oczu łzom na ukazanie jego słabości.
Lecz westalka popełniła błąd. Choć najpiękniejsza spośród swych sióstr, choć obdarzona najwspanialszymi piórami i najsłodszym głosem, potraktowała Ximalala jak każdego innego młodzieńca.
Widziała przed sobą jedynie kogoś, kto przez całe życie przyzwyczajony był do okazywania mu posłuszeństwa, do korzystania ze swej siły i swych przywilejów.
Wiedziała, że na wiele z nich zasłużył. Wiedziała, że mimo pychy był młodzieńcem sprawiedliwym.
Wiedziała także o jego stracie, która to pozostawiła trwałą szramę w jego sercu.
Nie doceniała jednak jak głęboko strata ta zmieniła psychikę tego egoistycznego, przeświadczonego o swej wielkości szlachcica-wojownika. Tak jak każdy inny człowiek-ptak, także i Ximalal odczuwał nieprzemożoną potrzebę odszukania swej wybranki. Jednak on naprawdę był wyjątkowy. Jego pobratymcy, gdy tracili swą ukochaną, tracili także cały sens i chęć do życia.
Z nim było podobnie.
Błąd westalki był więc bardzo prosty. Zlekceważyła uczucia, które targały teraz jego duszą. Wejrzała w nią i zobaczyła ból i rozpacz.
Rozbudziła więc swym śpiewem wspomnienia o tym, co było w jego życiu piękne.
Następnie przypomniała wszystko, co sprawiło mu ból.
Lecz jego wyprawa nie była jedynie rozpaczliwą próbą zapomnienia.
Nie była nawet szalonym aktem bólu i desperacji.
Prawda, była szalona w swym zamiarze zamachu na Namiestnika, lecz nie była nieprzemyślana.
Ximalal ze zgrzytem oparł szpony na skale. Jego ciało napięło się się całe, skrzydła ułożyły w bojowej pozycji.
W śpiewie westalki pojawiła się nuta zdziwienia. To wystarczyło.
Szlachcic-wojownik runął na nią z furią, jak błyskawica, w jego oczach zaś widać było wyraźnie całą nienawiść, która targała teraz jego duszą.
Gdy skończył, nie obejrzał się nawet za siebie, lecz ruszył dalej, cały zbryzgany krwią, ze strzępkami pięknych, kolorowych piór na szponach.
Przed nim był już tylko Tron.
Za nim jedynie zmasakrowane ciała.
Jeszcze poniżej, ludzie-ptaki chowali się ze strachem w swych domostwach, trwożąc się na straszliwą burzę, która szalała nad ich głowami.
Lecz jeszcze straszliwsza burza szalała w duszy i sercu Ximalala...
wtorek, 7 września 2010
Baśnie o okruchach gwiazd #3
Lata ćwiczeń ciała, umysłu, samokontroli oraz wrodzony instynkt szlachcica-wojownika dały o sobie znać. Ximalal pełnym gracji ruchem zszedł z drogi potężnego ciosu drewnianą lagą, po czym, niby od niechcenia, zatrzepotał skrzydłami i znalazł się tuż obok swego przeciwnika.
Nie potrzebował widzieć go dokładnie, by uderzyć w czułe miejsce. Trening i doświadczenie zrobiły swoje. Dwa szybkie ciosy kantami dłoni, drapnięcie szponami stopy, szybki rzut.
Dopiero gdy przeciwnik leżał na ziemi, przyszpilony na gardle przez ostre szpony Ximalala, młodzieniec pozwolił sobie na ciekawość. Zmrużył oczy i przyjrzał się rozpostartemu przed nim, łapiącego z trudem powietrze człowiekowi-ptakowi.
Szczegóły docierały do niego powoli, nieprzyzwyczajone do tak ostrego światła oczy buntowały się i bolały.
Istota, którą właśnie pokonał miała upierzenie wskazujące na kastę kapłańską. Szczupłe, choć bynajmniej nie delikatne ciało sugerowało nie jednego ze starszyzny, lecz raczej młodego kapłana-strażnika. Pierwsze wrażenie potwierdziły okrywające jego ciało szaty, lekkie, skromne, proste i nie ograniczające swobody ruchów.
Jednak młody kapłan-strażnik, mimo szkolenia w walce wręcz, nie był żadnym wyzwaniem dla szlachcica-wojownika, szczególnie takiego czystej krwi.
Ximalal widział to wyraźnie w jego oczach.
Niemal czuł jego strach.
Wiedział też, że właśnie teraz nie może pozwolić sobie na grzech słabości, grzech litości.
- Odpoczywaj ze Stwórcą - łagodność jego głosu szła w parze z czystą, precyzyjną śmiercią którą zadał nieszczęśnikowi.
Miał przecież pokazać, że nie należy zastępować mu drogi, gdyż nie zawaha się usunąć z niej wszelkich przeszkód. Po co zaś miałby sprawiać komuś niepotrzebny ból?
Ximalal wyprostował się nie śpiesząc się i przybrał pełną godności, stateczną pozę. Doskonale zdawał sobie sprawę jakie wrażenie musi wywierać na czekających niedaleko przeciwnikach. Nie widział ich, jednak wyczuwał instynktownie ich strach.
Jakże niedostępny musiał im się wydawać, dumny szlachcic-wojownik, nie znający strachu ni zmęczenia, z krwią kapiącą z rozpostartych złowieszczo szponów. Nie wiedzieli też, że przecież niemal nic nie widzi, gdy patrzy w ich stronę. W sercach czekających nieopodal kapłanów-strażników czaił się lęk przed tym nadprzyrodzonym fatum, które pojawiło się przed nimi pod postacią człowieka-ptaka.
- Rozstąpcie się - jego głos był teraz władczy, silny, nie znoszący sprzeciwu - nie mam według was złych intencji, lecz nie pozwolę się dać powstrzymać. Nikomu - powiódł wzrokiem tam, skąd słyszał cichy szelest piór oraz nerwowe skrobanie pazurów.
Chciał ich przestraszyć, zmusić do uległości i wycofania się.
Rozmawiał przecież ze swymi przyszłymi poddanymi, nie zależało mu na ich śmierci.
Minęło kilka uderzeń serca, spokojnych, rzecz jasna, był opanowany jak zawsze.
Nie śpiesząc się, ruszył przed siebie. Krew na jego szponach powoli krzepła.
Nikt nie próbował go zatrzymać.
Przed sobą widział już pnącą się dalej w górę drogę oraz sylwetki ustępujących mu kapłanów-strażników. Jego oczy przyzwyczajały się do światła coraz bardziej, chociaż dalej słoneczne plamki płatały mu ze wzrokiem figle.
Szedł tak kilka zapewne kilka minut, nie był pewien, stracił bowiem rachubę czasu, aż poczuł jakąś nową obecność.
Nerwowo zazgrzytał szponami o płytki na przedramionach i przystanął. W powietrzu unosiła się nowa, obca woń.
Zapach dzikich kwiatów zmieszanych z ulotnymi, nieokreślonymi woniami, oddziaływający bezpośrednio na jego układ nerwowy. Słyszał o niej opowieści, lecz oto po raz pierwszy miał spotkać się z nią. Twarzą w twarz.
Mimo iż spotkał się z nią po raz pierwszy, instynkt niezawodnie podpowiadał mu, iż w pobliżu znajduje się westalka.
Dziewica przeznaczona Pierzastemu Wężowi, wybrana specjalnie za młodu ze względu na urodę. A także, jak powiada legenda, ze względu na moc, dzięki której potrafi ona kontrolować mężczyzn.
Ximalal wykonał szybkie ćwiczenie oddechowe i skłonił się w stronę, z której dobiegał go ów szczególny zapach.
- Witaj, westalko...
(Opowiadania jeszcze nie kończę, ponieważ mam zacięcie do dramatyzmu, zaś pisanie go, sprawia mi ogromną frajdę. Byłaby ona mniejsza, gdybym zmuszał się do tego i pisał na siłę... czego więc nie uczynię i za co serdecznie zainteresowanych przepraszam ;) ).
Nie potrzebował widzieć go dokładnie, by uderzyć w czułe miejsce. Trening i doświadczenie zrobiły swoje. Dwa szybkie ciosy kantami dłoni, drapnięcie szponami stopy, szybki rzut.
Dopiero gdy przeciwnik leżał na ziemi, przyszpilony na gardle przez ostre szpony Ximalala, młodzieniec pozwolił sobie na ciekawość. Zmrużył oczy i przyjrzał się rozpostartemu przed nim, łapiącego z trudem powietrze człowiekowi-ptakowi.
Szczegóły docierały do niego powoli, nieprzyzwyczajone do tak ostrego światła oczy buntowały się i bolały.
Istota, którą właśnie pokonał miała upierzenie wskazujące na kastę kapłańską. Szczupłe, choć bynajmniej nie delikatne ciało sugerowało nie jednego ze starszyzny, lecz raczej młodego kapłana-strażnika. Pierwsze wrażenie potwierdziły okrywające jego ciało szaty, lekkie, skromne, proste i nie ograniczające swobody ruchów.
Jednak młody kapłan-strażnik, mimo szkolenia w walce wręcz, nie był żadnym wyzwaniem dla szlachcica-wojownika, szczególnie takiego czystej krwi.
Ximalal widział to wyraźnie w jego oczach.
Niemal czuł jego strach.
Wiedział też, że właśnie teraz nie może pozwolić sobie na grzech słabości, grzech litości.
- Odpoczywaj ze Stwórcą - łagodność jego głosu szła w parze z czystą, precyzyjną śmiercią którą zadał nieszczęśnikowi.
Miał przecież pokazać, że nie należy zastępować mu drogi, gdyż nie zawaha się usunąć z niej wszelkich przeszkód. Po co zaś miałby sprawiać komuś niepotrzebny ból?
Ximalal wyprostował się nie śpiesząc się i przybrał pełną godności, stateczną pozę. Doskonale zdawał sobie sprawę jakie wrażenie musi wywierać na czekających niedaleko przeciwnikach. Nie widział ich, jednak wyczuwał instynktownie ich strach.
Jakże niedostępny musiał im się wydawać, dumny szlachcic-wojownik, nie znający strachu ni zmęczenia, z krwią kapiącą z rozpostartych złowieszczo szponów. Nie wiedzieli też, że przecież niemal nic nie widzi, gdy patrzy w ich stronę. W sercach czekających nieopodal kapłanów-strażników czaił się lęk przed tym nadprzyrodzonym fatum, które pojawiło się przed nimi pod postacią człowieka-ptaka.
- Rozstąpcie się - jego głos był teraz władczy, silny, nie znoszący sprzeciwu - nie mam według was złych intencji, lecz nie pozwolę się dać powstrzymać. Nikomu - powiódł wzrokiem tam, skąd słyszał cichy szelest piór oraz nerwowe skrobanie pazurów.
Chciał ich przestraszyć, zmusić do uległości i wycofania się.
Rozmawiał przecież ze swymi przyszłymi poddanymi, nie zależało mu na ich śmierci.
Minęło kilka uderzeń serca, spokojnych, rzecz jasna, był opanowany jak zawsze.
Nie śpiesząc się, ruszył przed siebie. Krew na jego szponach powoli krzepła.
Nikt nie próbował go zatrzymać.
Przed sobą widział już pnącą się dalej w górę drogę oraz sylwetki ustępujących mu kapłanów-strażników. Jego oczy przyzwyczajały się do światła coraz bardziej, chociaż dalej słoneczne plamki płatały mu ze wzrokiem figle.
Szedł tak kilka zapewne kilka minut, nie był pewien, stracił bowiem rachubę czasu, aż poczuł jakąś nową obecność.
Nerwowo zazgrzytał szponami o płytki na przedramionach i przystanął. W powietrzu unosiła się nowa, obca woń.
Zapach dzikich kwiatów zmieszanych z ulotnymi, nieokreślonymi woniami, oddziaływający bezpośrednio na jego układ nerwowy. Słyszał o niej opowieści, lecz oto po raz pierwszy miał spotkać się z nią. Twarzą w twarz.
Mimo iż spotkał się z nią po raz pierwszy, instynkt niezawodnie podpowiadał mu, iż w pobliżu znajduje się westalka.
Dziewica przeznaczona Pierzastemu Wężowi, wybrana specjalnie za młodu ze względu na urodę. A także, jak powiada legenda, ze względu na moc, dzięki której potrafi ona kontrolować mężczyzn.
Ximalal wykonał szybkie ćwiczenie oddechowe i skłonił się w stronę, z której dobiegał go ów szczególny zapach.
- Witaj, westalko...
(Opowiadania jeszcze nie kończę, ponieważ mam zacięcie do dramatyzmu, zaś pisanie go, sprawia mi ogromną frajdę. Byłaby ona mniejsza, gdybym zmuszał się do tego i pisał na siłę... czego więc nie uczynię i za co serdecznie zainteresowanych przepraszam ;) ).
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Muzyka zamiast tekstu ;)
No i napisałem zakończenie pierwszej z baśni, przeczytałem je... i stwierdziłem, że się do niczego nie nadaje :D.
Grafomaństwo, brak polotu i poziom jak z liceum.
Gdybym to opublikował, to spaliłbym się ze wstydu.
Na szczęście mam w rękawie asa, którym jest jedna z moich ulubionych stron internetowych. Sam nie wiem, czemu dopiero teraz tutaj o niej piszę.
Owa stronka to propagator niszowej (acz wysoko-jakościowej!) muzyki.
Przed Wami... http://magnatune.com/ !
Czym jest magnatune? Niczym innym jak propagatorem tego co w muzyce świeże, oryginalne i niekomercyjne. Nie znajdziecie tam różowych kawałków rodem z VIVY czy innego MTV, całe szczęście!
Można za to spodziewać się bogatej kolekcji muzyki od jazzu, przez elektroniczną, zahaczając o hip hop, new age, rock, przelatując koło klasycznej i wpadając w ambient. A do tego jeszcze trochę :).
Innymi słowy - dla każdego coś miłego.
Ja osobiście proponuję zacząć od mojej prywatnej perełki, czyli kwartetu jazzowego Thursday Group -> http://magnatune.com/artists/albums/thursdaygroup-first/
Muzykę można słuchać bezpośrednio ze strony, zaś w wypadku gdyby spodobało nam się, możemy album legalnie ściągnąć nawet za symbolicznego dolara.
Jeżeli coś Wam naprawdę wpadnie w ucho, to gorąco zachęcam. O ile dobrze pamiętam, połowa sumy trafia bezpośrednio do zespołu (bądź autora).
No nic, na dziś to tyle, mi pozostaje re-ewaluacja pomysłów związanych z baśnią :).
Dobranoc,
M.
Grafomaństwo, brak polotu i poziom jak z liceum.
Gdybym to opublikował, to spaliłbym się ze wstydu.
Na szczęście mam w rękawie asa, którym jest jedna z moich ulubionych stron internetowych. Sam nie wiem, czemu dopiero teraz tutaj o niej piszę.
Owa stronka to propagator niszowej (acz wysoko-jakościowej!) muzyki.
Przed Wami... http://magnatune.com/ !
Czym jest magnatune? Niczym innym jak propagatorem tego co w muzyce świeże, oryginalne i niekomercyjne. Nie znajdziecie tam różowych kawałków rodem z VIVY czy innego MTV, całe szczęście!
Można za to spodziewać się bogatej kolekcji muzyki od jazzu, przez elektroniczną, zahaczając o hip hop, new age, rock, przelatując koło klasycznej i wpadając w ambient. A do tego jeszcze trochę :).
Innymi słowy - dla każdego coś miłego.
Ja osobiście proponuję zacząć od mojej prywatnej perełki, czyli kwartetu jazzowego Thursday Group -> http://magnatune.com/artists/albums/thursdaygroup-first/
Muzykę można słuchać bezpośrednio ze strony, zaś w wypadku gdyby spodobało nam się, możemy album legalnie ściągnąć nawet za symbolicznego dolara.
Jeżeli coś Wam naprawdę wpadnie w ucho, to gorąco zachęcam. O ile dobrze pamiętam, połowa sumy trafia bezpośrednio do zespołu (bądź autora).
No nic, na dziś to tyle, mi pozostaje re-ewaluacja pomysłów związanych z baśnią :).
Dobranoc,
M.
sobota, 28 sierpnia 2010
Baśnie o okruchach gwiazd #2
Xilmalal zamknął powieki i chłonął zimny, górski wiatr. Rozkoszował się jego powiewem, stroszącym lekko przybrudzone pióra młodzieńca.
Przez chwilę istniał tylko on i jego najbliższe otoczenie, zarówno początek, jak i koniec pewnych etapów jego drogi. Westchnął ciężko i otworzył szeroko oczy, lustrując otoczenie wzrokiem urodzonego drapieżnika.
Nie umykał mu najmniejszy szczegół, ni detal. Był pewien, iż był tam sam. Dookoła nie poruszało się nic żywego, wszystko co mógł dostrzec, to skały, mchy i rachityczne krzewy. Wszelkie małe istoty pochowały się z przestrachem w swoich norkach. Pozostałe drapieżniki zaś nie zapuszczały się tak wysoko na świętą ziemię.
Xilmalal poruszył ramionami i zgrzytnął czteroszponiastymi dłońmi o ochronne płytki przymocowane do przedramion. Był zmęczony wędrówką, lecz nie mógł teraz się wycofać. Przed nim rozpoczynały się długie, strome schody. Starsi zawsze powtarzali, iż są one nieskończone, iż tylko ci, w których żyłach płynie Czysta Krew, są w stanie znaleźć drogę na ich szczyt.
Spojrzenie nieustraszonego młodzieńca powędrowało hen, w górę, gdzie stopnie ginęły w ciężkich chmurach. Uniósł ku nim swój dziób i wydał głośny, wyzywający okrzyk.
Przybywał, by rzucić wyzwanie staremu porządkowi.
Całe Istnienie oczekiwało z zapartym tchem na tę konfrontację największego z bohaterów, jakiego dotąd wiedział świat, ze strażnikami odwiecznego ładu, ustalonego u zarania czasu.
Każdy z jego nieśpiesznych, ostrożnych kroków odcinał się groźnym zgrzytem na tle wszechogarniającej świat ciszy. Nastroszone pióra nadawały nadawały zawadiackiego, groźnego wyglądu. Całym swoim ciałem, każdym ruchem, spojrzeniem i gestem, rzucał wyzwanie światu.
Oto nadchodził!
Gdy tak piął się w górę, wsłuchany we własne myśli, starszyzna rozpoczęła przygotowania. Po świecie rozsyłano wieści, by niektórzy z najbardziej narażonych na gniew Pierzastego Węża osad ukryli się głęboko w lasach i jaskiniach.
Chmury, jak zwykle ciężkie, zapowiadające deszcz, stały się jeszcze ciemniejsze. Świat powoli pogrążał się w mroku, skrywając Istnienie przed wszelkimi, nawet najmniejszymi, promieniami Słońca.
Xilmalal parł jednak niewzruszenie do przodu, nie oglądając się za siebie. Jego determinacja i odwaga nie znały granic, zaś widząc przed sobą cel, nie chciał i nie był w stanie zwrócić uwagi na nic innego. Wraz z każdym krokiem młodzieńca, zbliżał się on do granicy chmur, oddzielającej Istnienie od Nieba, świętej krainy duchów.
Czemu jednak miałoby go to napawać przestrachem? Wszak stawił już czoła duchom swych przodków, pokazał, że jest godzien występować jako obrońca swego Ludu, by przemawiać w jego imieniu.
Niemalże czuł już na twarzy chłodne, wilgotne pasma chmur. Potrząsnął gniewnie piórami, by przywrócić im odpowiedni wygląd, po czym z dumnie uniesioną głową wkroczył między szare obłoki.
Mieszkańcy Istnienia usłyszeli zaś wtedy pierwszy z ostrzegawczych grzmotów, jasno określających, iż złamane zostało odwieczne tabu. Oto śmiertelnik, niewezwany przez nikogo, wkraczał do domeny dostępnej jedynie dla arcykapłanów oraz samego Pierzastego Węża.
Pozostawiając za sobą całe poprzednie życie oraz trzęsących się ze strachu pobratymców, Ximalal coraz mocniej wierzył w swoją siłę i nieomylność. Oto rozciągały się wokół niego święte chmury, te które zsyłały życiodajny deszcz, lecz także chłód który przenikał aż do kości, a niegdyś uniemożliwił części z jego przodków lot. Gniewnie potrząsnął skrzydłami i przeklął los szlachetnie urodzonego, los wojownika. Był zbyt silny, zbyt wysoki, by na długo wzbić się w powietrze. Pierzasty Wąż przewidział dla podobnych jemu właśnie takie zadanie, obronę i ochronę.
I na Stwórcę! Takim właśnie miał zamiar dzisiaj stawić się przed namiestnikiem boskiej woli.
Jednak wraz z każdym krokiem zapominał powoli o swym postanowieniu. W swym sercu zamiast troski o swych braci i siostry, coraz mocniej odczuwał gniew i niesprawiedliwość. Wszak jego mniejsi pobratymcy potrafili latać, by zbierać owoce oraz polować pośród wyższych partii drzew. On zaś musiał chronić ich na dole, wśród splątanych krzewów i korzeni.
Takie właśnie myśli towarzyszyły mu, gdy chmura powoli zamieniała się we mgłę, ta zaś rozrzedzała się stopniowo...
Zamieniając się w blask.
Był to najpiękniejszy widok, jaki ujrzał przez całe swoje życie.
Ogrom błękitu i niesamowity, oślepiający blask słonecznej tarczy. Nie był w stanie patrzeć nań zbyt długo, jego oczy nie były przyzwyczajone do takiego blasku, gdyż nikt poza arcykapłanami Ludzi-Ptaków nie dostępował łaski spojrzenie wprost w słońce przebywając pośród Istnienia.
On zaś stał tam, jak urzeczony, rozkoszując się suszącym jego pióra blaskiem. Rozłożył szeroko ramiona oraz skrzydła i zaśpiewał czystym, pięknym głosem. Jego pieśń dotyczyła zaś radości, opowiadała o wolności i zapowiadała zmiany.
Podczas gdy tak śpiewał, nieświadomy tego co dzieje się w Istnieniu, na dole jego pobratymcy kulili się przed wściekłą, okrutną burzą. Tabu zostało złamane, Pierzasty Wąż musiał przypomnieć o tym swym poddanym.
Tymczasem zaś słoneczny blask, padający na Ximalala, przesłonięty został przez tajemniczy cień. Młodzieniec zamilkł, złożył skrzydła oraz ramiona w pełnej dumy pozie, następnie zaś spojrzał na przybysza...
Wybaczcie, iż opowiadanie to nie zostało jeszcze dokończone, niemniej cały czas biją się we mnie dwie koncepcja samego zakończenia. Jeżeli dobrze pójdzie, to zamieszczę końcówkę jutro.
Miłego czytania :)
Przez chwilę istniał tylko on i jego najbliższe otoczenie, zarówno początek, jak i koniec pewnych etapów jego drogi. Westchnął ciężko i otworzył szeroko oczy, lustrując otoczenie wzrokiem urodzonego drapieżnika.
Nie umykał mu najmniejszy szczegół, ni detal. Był pewien, iż był tam sam. Dookoła nie poruszało się nic żywego, wszystko co mógł dostrzec, to skały, mchy i rachityczne krzewy. Wszelkie małe istoty pochowały się z przestrachem w swoich norkach. Pozostałe drapieżniki zaś nie zapuszczały się tak wysoko na świętą ziemię.
Xilmalal poruszył ramionami i zgrzytnął czteroszponiastymi dłońmi o ochronne płytki przymocowane do przedramion. Był zmęczony wędrówką, lecz nie mógł teraz się wycofać. Przed nim rozpoczynały się długie, strome schody. Starsi zawsze powtarzali, iż są one nieskończone, iż tylko ci, w których żyłach płynie Czysta Krew, są w stanie znaleźć drogę na ich szczyt.
Spojrzenie nieustraszonego młodzieńca powędrowało hen, w górę, gdzie stopnie ginęły w ciężkich chmurach. Uniósł ku nim swój dziób i wydał głośny, wyzywający okrzyk.
Przybywał, by rzucić wyzwanie staremu porządkowi.
Całe Istnienie oczekiwało z zapartym tchem na tę konfrontację największego z bohaterów, jakiego dotąd wiedział świat, ze strażnikami odwiecznego ładu, ustalonego u zarania czasu.
Każdy z jego nieśpiesznych, ostrożnych kroków odcinał się groźnym zgrzytem na tle wszechogarniającej świat ciszy. Nastroszone pióra nadawały nadawały zawadiackiego, groźnego wyglądu. Całym swoim ciałem, każdym ruchem, spojrzeniem i gestem, rzucał wyzwanie światu.
Oto nadchodził!
Gdy tak piął się w górę, wsłuchany we własne myśli, starszyzna rozpoczęła przygotowania. Po świecie rozsyłano wieści, by niektórzy z najbardziej narażonych na gniew Pierzastego Węża osad ukryli się głęboko w lasach i jaskiniach.
Chmury, jak zwykle ciężkie, zapowiadające deszcz, stały się jeszcze ciemniejsze. Świat powoli pogrążał się w mroku, skrywając Istnienie przed wszelkimi, nawet najmniejszymi, promieniami Słońca.
Xilmalal parł jednak niewzruszenie do przodu, nie oglądając się za siebie. Jego determinacja i odwaga nie znały granic, zaś widząc przed sobą cel, nie chciał i nie był w stanie zwrócić uwagi na nic innego. Wraz z każdym krokiem młodzieńca, zbliżał się on do granicy chmur, oddzielającej Istnienie od Nieba, świętej krainy duchów.
Czemu jednak miałoby go to napawać przestrachem? Wszak stawił już czoła duchom swych przodków, pokazał, że jest godzien występować jako obrońca swego Ludu, by przemawiać w jego imieniu.
Niemalże czuł już na twarzy chłodne, wilgotne pasma chmur. Potrząsnął gniewnie piórami, by przywrócić im odpowiedni wygląd, po czym z dumnie uniesioną głową wkroczył między szare obłoki.
Mieszkańcy Istnienia usłyszeli zaś wtedy pierwszy z ostrzegawczych grzmotów, jasno określających, iż złamane zostało odwieczne tabu. Oto śmiertelnik, niewezwany przez nikogo, wkraczał do domeny dostępnej jedynie dla arcykapłanów oraz samego Pierzastego Węża.
Pozostawiając za sobą całe poprzednie życie oraz trzęsących się ze strachu pobratymców, Ximalal coraz mocniej wierzył w swoją siłę i nieomylność. Oto rozciągały się wokół niego święte chmury, te które zsyłały życiodajny deszcz, lecz także chłód który przenikał aż do kości, a niegdyś uniemożliwił części z jego przodków lot. Gniewnie potrząsnął skrzydłami i przeklął los szlachetnie urodzonego, los wojownika. Był zbyt silny, zbyt wysoki, by na długo wzbić się w powietrze. Pierzasty Wąż przewidział dla podobnych jemu właśnie takie zadanie, obronę i ochronę.
I na Stwórcę! Takim właśnie miał zamiar dzisiaj stawić się przed namiestnikiem boskiej woli.
Jednak wraz z każdym krokiem zapominał powoli o swym postanowieniu. W swym sercu zamiast troski o swych braci i siostry, coraz mocniej odczuwał gniew i niesprawiedliwość. Wszak jego mniejsi pobratymcy potrafili latać, by zbierać owoce oraz polować pośród wyższych partii drzew. On zaś musiał chronić ich na dole, wśród splątanych krzewów i korzeni.
Takie właśnie myśli towarzyszyły mu, gdy chmura powoli zamieniała się we mgłę, ta zaś rozrzedzała się stopniowo...
Zamieniając się w blask.
Był to najpiękniejszy widok, jaki ujrzał przez całe swoje życie.
Ogrom błękitu i niesamowity, oślepiający blask słonecznej tarczy. Nie był w stanie patrzeć nań zbyt długo, jego oczy nie były przyzwyczajone do takiego blasku, gdyż nikt poza arcykapłanami Ludzi-Ptaków nie dostępował łaski spojrzenie wprost w słońce przebywając pośród Istnienia.
On zaś stał tam, jak urzeczony, rozkoszując się suszącym jego pióra blaskiem. Rozłożył szeroko ramiona oraz skrzydła i zaśpiewał czystym, pięknym głosem. Jego pieśń dotyczyła zaś radości, opowiadała o wolności i zapowiadała zmiany.
Podczas gdy tak śpiewał, nieświadomy tego co dzieje się w Istnieniu, na dole jego pobratymcy kulili się przed wściekłą, okrutną burzą. Tabu zostało złamane, Pierzasty Wąż musiał przypomnieć o tym swym poddanym.
Tymczasem zaś słoneczny blask, padający na Ximalala, przesłonięty został przez tajemniczy cień. Młodzieniec zamilkł, złożył skrzydła oraz ramiona w pełnej dumy pozie, następnie zaś spojrzał na przybysza...
Wybaczcie, iż opowiadanie to nie zostało jeszcze dokończone, niemniej cały czas biją się we mnie dwie koncepcja samego zakończenia. Jeżeli dobrze pójdzie, to zamieszczę końcówkę jutro.
Miłego czytania :)
środa, 25 sierpnia 2010
Czasami nawet to co się zna na pamięć, potrafi zaskoczyć...
Najdłuższy temat wpisu jaki dotąd pojawił się na tym blogu...
Jednocześnie najkrótszy wpis jaki dodałem... i mam nadzieję iż najkrótszy jaki dodam.
Z powodów około-zawodowych, a także szeroko pojęcie osobistych to co obecnie piszę, bądź o czym rozmyślam, nie nadaje się do publikacji tutaj ;)... niemniej opowiadanie z poprzedniego wpisu zostanie najprawdopodobniej dokończone przed wrześniem i opublikowane.
Dzisiaj zaś...
Powiem tak. Prawdopodobnie mój ulubiony zespół. Prawdopodobnie mój ulubiony utwór.
Nieprawdopodobnie nierealne okoliczności wykonania tego utworu na koncercie.
Z wrodzonym sobie urokiem stwierdzam, że do pełnego zrozumienia potrzebna jest dobra znajomość języka angielskiego.
Albo wyobraźnia. PRZEOGROMNA.
Jednocześnie najkrótszy wpis jaki dodałem... i mam nadzieję iż najkrótszy jaki dodam.
Z powodów około-zawodowych, a także szeroko pojęcie osobistych to co obecnie piszę, bądź o czym rozmyślam, nie nadaje się do publikacji tutaj ;)... niemniej opowiadanie z poprzedniego wpisu zostanie najprawdopodobniej dokończone przed wrześniem i opublikowane.
Dzisiaj zaś...
Powiem tak. Prawdopodobnie mój ulubiony zespół. Prawdopodobnie mój ulubiony utwór.
Nieprawdopodobnie nierealne okoliczności wykonania tego utworu na koncercie.
Z wrodzonym sobie urokiem stwierdzam, że do pełnego zrozumienia potrzebna jest dobra znajomość języka angielskiego.
Albo wyobraźnia. PRZEOGROMNA.
piątek, 20 sierpnia 2010
Baśnie o okruchach gwiazd #1
Nie mam dzisiaj zbyt wiele do powiedzenia.
Ot, tania whisky z Colą skończyła się, gdzieś w podświadomość odeszła wena, zaś wszystko co po niej zostało prezentuję poniżej.
Wyobraźcie sobie szamana, bądź gawędziarza...
Jest stary, mądry i charyzmatyczny, siedzi przy ognisku i snuje kolejną ze swych opowieści.
Cienie tańczą wokół niego, kładąc się na ziemi i na słuchaczach, zmieniając się wraz z każdym podrygiem płomieni, wraz z każdym jego gestem.
Niestety baśń ta nie została jeszcze ukończona, z powodów... cóż, przeróżnych.
Zapraszam jednak do zapoznania się z tym, co znajduje się poniżej.
Z baśniami wszak tak już jest, nie chodzi w nich tylko o zakończenie.
Mają przede wszystkim prezentować archetypy...
Na najwyższej z gór wznoszących się dumnie na Chmurnej Planecie, wysoko ponad szarymi, wilgotnymi kłębami, tam gdzie w promieniach słońc zbierają się najstarsi i najmądrzejsi pośród ludzi-ptaków, dawno nie widziano tak zuchwałego śmiałka, jak młody Xilmalal. Zebrani wokół świętych ognisk stroszyli zszarzałe pióra i uderzali z niesmakiem językami o dzioby. Stępiałe pazury zgrzytały bezsilnie o kamienne zbocza, wszędzie rozchodziły się ciche posykiwania szeptów. Xilmalal szedł dumnie wygięty, prężąc silne barki, odchylając wyzywająco do tyłu głowę. Był młody, silny i sprytny, przeświadczony o swej wyjątkowości, popartej heroicznymi wyczynami, takimi jak pokonanie w walce straszliwego arrinaxa, przechytrzeniu gerrynala, czy pokonaniu w grze w zagadki samego Sfinxa. Szedł objąć absolutne władztwo nad ludźmi-ptakami, szedł strącić z piedestału świątyni samego przedstawiciela Stwórcy, Pierzastego Węża. Mędrzec Yucano długo i cierpliwie tłumaczył podczas jego pieszej, buntowniczej wędrówki, iż cała ta wyprawa, od początku do końca, to nic innego jak jeden wielki błąd. Ba! Więcej nawet, bluźnierstwo! Niestety, mimo iż śpiew mędrca był kojący i pełen ciepłego, srebrzystego blasku, Xilmalal nie słuchał go. Pokryte bielmem oczy i posklejane pióra starca wzbudzały w młodzieńcu odrazę. Droga była długa i trudna, wyczerpująca nawet dla dla młodego człowieka-ptaka.
Pełna pokory jasność zgasła, śpiew zamilkł, nastała mroczna cisza.
Wznieśmy więc toast słonym od łez płaczek winem i powstrzymajmy własne, abyśmy mieli siłę rozpaczać nad większą jeszcze stratą.
Tak oto mądrość i doświadczenie od wieków oddały pola determinacji i przeświadczeniu o własnej nieomylności. Tak oto Xilmalal samotnie kontynuował swą wędrówkę, dumnie i butnie spoglądając w przód, za sobą zostawiając rady mędrca. Ani przez myśl nie przyszło mu by spoglądać za siebie, w przeszłość.
Nim jednak osądzicie go pochopnie, posłuchajcie wpierw mych słów.
Jego lud cierpiał wówczas z powodu głodu, arrinaxy czyniły spustoszenia wśród stad, czasem nawet zabijając nieostrożne młode. Z niższych zboczy gór widać było wyraźnie, że starcy nie robią nic, by pomóc swym rodzinom. Zapewne bali się, zapewne zgnuśnieli na bezpiecznej wysokości, wygrzewając swe kości na słońcu, ciesząc się krystalicznym powietrzem i pożywieniem, które dostarczali wierni wnukowie. Niżej, pośród hal, pośród kniei, wśród zamglonych rozlewisk wznoszono pełne cierpienia oczy ku prześwitującym przez szare chmury promieniom słońca. Wypowiadano kolejne prośby, składano ofiary. Padając na twarz błagano o litość. Prośby jednak pozostawały bez odpowiedzi, ofiary jedynie trzebiły marne i tak zapasy, a litość od dawna nie gościła wśród ponurego półmroku.
Xilmalal na swej drodze spotkał wielu, większości z nich zaś odcisnął się niezatarcie w pamięci. Niżej, gdy jeszcze daleko miał do chmur, podzielił się własnym prowiantem z głodnym dzieckiem, a następnie zaniósł je do pierwszego osiedla, by tam mogło zdecydować o swym życiu. Okazał łaskę kalekiemu myśliwemu, którego skrzydło zostało nieodwracalnie uszkodzone, a on sam nie miał odwagi by zakończyć honorowo swe życie. Stanął w obronie ciężarnej kobiety o błyszczących od szaleństwa oczach, gdy usłyszał że bez podania dowodów trzymana była w klatce, pod zarzutem cudzołóstwa. Doszedł prawdy, ukarał podcięciem skrzydeł i wygnaniem winnego gwałtu mężczyznę, a następnie znalazł dobre małżeństwo, które zgodziło się przyjąć pod swój dach przyszłą sierotę.
Między ludźmi-ptakami nie ma wszak miejsca dla słabych, bądź nie będących u pełni władz umysłowych. Zbyt wielkie ryzyko dawania młodym złego przykładu.
Wyżej jeszcze, nawiedziły go duchy przodków. Kłamały, zwodziły i straszyły. Nie dawał im jednak posłuchu. W końcu szedł z prawością w sercu, by uratować swój lud, by przywrócić równowagę. Jak mógł sprowadzić swymi czynami nieszczęście? Jak brak działania mógł być kiedykolwiek lepszy od podjęcia tak szlachetnych kroków, jakimi była wszak jego misja?
Najmądrzejsi ze starców wymieniali przygnębione, milczące spojrzenia i żegnali się w swych duszach ze światem, jaki zastali będąc dziećmi, w jakim się wychowali i o jakim niedługo miały powstawać smutne, tęskne pieśni. Za młodym, silnym Xilmalalem postępował cień, wśród ostrych szczytów wiał wiatr zmian. Im wyżej i bliżej w swej tradycyjnej, świętej pielgrzymce znajdował się świątynnej piramidy, tym większa cisza zapadała w krainach poniżej.
Gdy nadszedł dzień podczas którego pazurzasta stopa śmiałka otarła się ze zgrzytem o pierwszy ze stopni, całe życie na Chmurnej Planecie wyczekiwało w kompletnej ciszy...
Ot, tania whisky z Colą skończyła się, gdzieś w podświadomość odeszła wena, zaś wszystko co po niej zostało prezentuję poniżej.
Wyobraźcie sobie szamana, bądź gawędziarza...
Jest stary, mądry i charyzmatyczny, siedzi przy ognisku i snuje kolejną ze swych opowieści.
Cienie tańczą wokół niego, kładąc się na ziemi i na słuchaczach, zmieniając się wraz z każdym podrygiem płomieni, wraz z każdym jego gestem.
Niestety baśń ta nie została jeszcze ukończona, z powodów... cóż, przeróżnych.
Zapraszam jednak do zapoznania się z tym, co znajduje się poniżej.
Z baśniami wszak tak już jest, nie chodzi w nich tylko o zakończenie.
Mają przede wszystkim prezentować archetypy...
Na najwyższej z gór wznoszących się dumnie na Chmurnej Planecie, wysoko ponad szarymi, wilgotnymi kłębami, tam gdzie w promieniach słońc zbierają się najstarsi i najmądrzejsi pośród ludzi-ptaków, dawno nie widziano tak zuchwałego śmiałka, jak młody Xilmalal. Zebrani wokół świętych ognisk stroszyli zszarzałe pióra i uderzali z niesmakiem językami o dzioby. Stępiałe pazury zgrzytały bezsilnie o kamienne zbocza, wszędzie rozchodziły się ciche posykiwania szeptów. Xilmalal szedł dumnie wygięty, prężąc silne barki, odchylając wyzywająco do tyłu głowę. Był młody, silny i sprytny, przeświadczony o swej wyjątkowości, popartej heroicznymi wyczynami, takimi jak pokonanie w walce straszliwego arrinaxa, przechytrzeniu gerrynala, czy pokonaniu w grze w zagadki samego Sfinxa. Szedł objąć absolutne władztwo nad ludźmi-ptakami, szedł strącić z piedestału świątyni samego przedstawiciela Stwórcy, Pierzastego Węża. Mędrzec Yucano długo i cierpliwie tłumaczył podczas jego pieszej, buntowniczej wędrówki, iż cała ta wyprawa, od początku do końca, to nic innego jak jeden wielki błąd. Ba! Więcej nawet, bluźnierstwo! Niestety, mimo iż śpiew mędrca był kojący i pełen ciepłego, srebrzystego blasku, Xilmalal nie słuchał go. Pokryte bielmem oczy i posklejane pióra starca wzbudzały w młodzieńcu odrazę. Droga była długa i trudna, wyczerpująca nawet dla dla młodego człowieka-ptaka.
Pełna pokory jasność zgasła, śpiew zamilkł, nastała mroczna cisza.
Wznieśmy więc toast słonym od łez płaczek winem i powstrzymajmy własne, abyśmy mieli siłę rozpaczać nad większą jeszcze stratą.
Tak oto mądrość i doświadczenie od wieków oddały pola determinacji i przeświadczeniu o własnej nieomylności. Tak oto Xilmalal samotnie kontynuował swą wędrówkę, dumnie i butnie spoglądając w przód, za sobą zostawiając rady mędrca. Ani przez myśl nie przyszło mu by spoglądać za siebie, w przeszłość.
Nim jednak osądzicie go pochopnie, posłuchajcie wpierw mych słów.
Jego lud cierpiał wówczas z powodu głodu, arrinaxy czyniły spustoszenia wśród stad, czasem nawet zabijając nieostrożne młode. Z niższych zboczy gór widać było wyraźnie, że starcy nie robią nic, by pomóc swym rodzinom. Zapewne bali się, zapewne zgnuśnieli na bezpiecznej wysokości, wygrzewając swe kości na słońcu, ciesząc się krystalicznym powietrzem i pożywieniem, które dostarczali wierni wnukowie. Niżej, pośród hal, pośród kniei, wśród zamglonych rozlewisk wznoszono pełne cierpienia oczy ku prześwitującym przez szare chmury promieniom słońca. Wypowiadano kolejne prośby, składano ofiary. Padając na twarz błagano o litość. Prośby jednak pozostawały bez odpowiedzi, ofiary jedynie trzebiły marne i tak zapasy, a litość od dawna nie gościła wśród ponurego półmroku.
Xilmalal na swej drodze spotkał wielu, większości z nich zaś odcisnął się niezatarcie w pamięci. Niżej, gdy jeszcze daleko miał do chmur, podzielił się własnym prowiantem z głodnym dzieckiem, a następnie zaniósł je do pierwszego osiedla, by tam mogło zdecydować o swym życiu. Okazał łaskę kalekiemu myśliwemu, którego skrzydło zostało nieodwracalnie uszkodzone, a on sam nie miał odwagi by zakończyć honorowo swe życie. Stanął w obronie ciężarnej kobiety o błyszczących od szaleństwa oczach, gdy usłyszał że bez podania dowodów trzymana była w klatce, pod zarzutem cudzołóstwa. Doszedł prawdy, ukarał podcięciem skrzydeł i wygnaniem winnego gwałtu mężczyznę, a następnie znalazł dobre małżeństwo, które zgodziło się przyjąć pod swój dach przyszłą sierotę.
Między ludźmi-ptakami nie ma wszak miejsca dla słabych, bądź nie będących u pełni władz umysłowych. Zbyt wielkie ryzyko dawania młodym złego przykładu.
Wyżej jeszcze, nawiedziły go duchy przodków. Kłamały, zwodziły i straszyły. Nie dawał im jednak posłuchu. W końcu szedł z prawością w sercu, by uratować swój lud, by przywrócić równowagę. Jak mógł sprowadzić swymi czynami nieszczęście? Jak brak działania mógł być kiedykolwiek lepszy od podjęcia tak szlachetnych kroków, jakimi była wszak jego misja?
Najmądrzejsi ze starców wymieniali przygnębione, milczące spojrzenia i żegnali się w swych duszach ze światem, jaki zastali będąc dziećmi, w jakim się wychowali i o jakim niedługo miały powstawać smutne, tęskne pieśni. Za młodym, silnym Xilmalalem postępował cień, wśród ostrych szczytów wiał wiatr zmian. Im wyżej i bliżej w swej tradycyjnej, świętej pielgrzymce znajdował się świątynnej piramidy, tym większa cisza zapadała w krainach poniżej.
Gdy nadszedł dzień podczas którego pazurzasta stopa śmiałka otarła się ze zgrzytem o pierwszy ze stopni, całe życie na Chmurnej Planecie wyczekiwało w kompletnej ciszy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)