17 marca? A jakże! Oto dzień św. Patryka, patrona Irlandii!
Kim ów człowiek był? Wystarczy zapytać wujaszka Google, tam już znajdziecie wiele legend i przypowieści związanych z tą nietuzinkową postacią.
Przypomnę tylko, iż w pogańskiej, V-wiecznej Irlandii stał się osobą na tyle ważną, że do momentu swojej śmierci, 17 marca 461 r., osobiście nawrócił i ochrzcił 120 tysięcy Irlandczyków, walnie przyczyniając się do szybkiej i dobrowolnej chrystianizacji owej wyspy.
Co ciekawe, to jemu zawdzięczamy barwność irlandzkiego chrześcijaństwa, z ich oryginalnymi krzyżami i głębokim wpływem na późniejsze dzieje.
To dzięki niemu powstawały tam monastyry, zaś Irlandia przez pewien czas rozwijała się niezwykle szybko.
Co ma to zaś wspólnego z nami, czy też ze mną?
Cóż, potomkowie Celtów, jak i potomkowie Słowian mają podobne dusze :).
I oni i 'my' mają hopla na punkcie wolności, mają zupełnie odmienne niż ludy np. germańskie podejście do ziemi, do miejsca urodzenia (czy też wychowania).
Oni po prostu nas czują, zaś nam jest łatwo pocuzć ich.
W dodatku odległosć miedzy naszymi krajami pozwala na uniknięcie animozji jakie powstają np. z Czechami czy Ukraińcami, czy to z historycznych, czy też podobnych powodów.
A więc, za Zieloną Irlandię, za jej klify, wrzosowiska, jeziora i wzgórza...
Sláinte!
M.
czwartek, 17 marca 2011
wtorek, 8 marca 2011
Dzień Kobiet
Jeden z moich ulubionych poetów, K. K. Baczyński, napisał ongiś tak:
Kobieta, którą kochałeś, upłynęła w listy,
spotkasz ją w szybie każdego tramwaju.
A ja do tego dodam: Kobietę którą pokochasz, możesz minąć na ulicy.
Bacznie się więc im przyglądaj.
No a wy, drogie dziewczyny, kobiety, panny i panie, powiedzcie mi, czy to święto jest Wam naprawdę potrzebne?
Ta cała sztuczna, nachalna otoczka, ta pustka przed, po i w trakcie.
Czy naprawdę potrzebujecie specjalnego dnia, by czuć się wyróżnione?
Mamy równouprawnienie. Same o nie walczyłyście. Same klniecie i palicie, same odzieracie się z kobiecości.
Nie lubię święta kobiet. Nie tylko dlatego, że jestem obecnie w takiej sytuacji, że budzę się sam, w pustym łóżku. Zaś taki dzień jak dziś, szczególnie boleśnie mi o tym przypomina.
Wybaczcie, lecz nie zamierzam świętować tego, co przeciętna kobieta ma w dzisiejszych czasach do zaoferowania.
Tak wiele z tego jest puste. A w dodatku przyjmuje postawę roszczeniową.
Im więcej się Wam oferuje, tym więcej chcecie.
Jak to śpiewa zespół Lao Che, w niedookreślonym temacie:
Chcę to i to obok chcę też,
Tego tutaj chcę podwójnie, a z tego to biorę wszystko co jest... wiesz,
Niech to będzie moje, niech będzie słodkie i niech będzie kolorowe,
I niech pachnie jakoś, tak wiesz ładnie i niech zawsze będzie ekstra, wiesz nowe,
I niech to tylko dla mnie będzie błyskać i będzie migać,
I żeby to zawsze wszystko było blisko, żeby się nie trzeba było nigdy po to schylać...
A ja tęsknię za tymi dziewczynami i kobietami z którymi można porozmawiać. Do których można uśmiechnąć się, które nie będą wykrzykiwały feministycznych formułek, by później domagać się ustąpienia miejsca, czy też pomocy przy wnoszeniu szafu.
Sam pomogę, sam ustąpię, taki już jestem. Problem w tym, że coraz mniej w Was piękna, a coraz więcej plastiku.
Dlatego dzisiaj życznenia składam tylko tym które są wrażliwe, które myślą, lecz i czują. Dla tych, któe rozumieją, że kochać to przede wszystkim dawać, a nie wołać o to, co się należy.
I przepraszam jednocześnie, że musicie męczyć się z takimi wiecznymi dziećmi, jakimi są faceci.
Tylko że my za Wami skoczymy w ogień. Nie za pusty uśmiech, lecz za to, że wieczorem możemy poczuć Wasz zapach. Gdy brakuje sił, to złożyć na Waszych kolanach głowę i zregenerować się.
Powiem szczerz, nie wyobrażam sobie świata bez kobiet.
Tak innych, tak niepojętych, tak pięknych.
Zaś i życzenia i przeprosiny dokraszę Ernestem Bryllem z prostym, acz pięknym 'No tak'
Dziewczyny rzeczywiste, a nie z naszych baśni
Żyją z nami. Nie tak, jak miało być. A właśnie
Jak jest. Bo jest.
Teraz. Są zapomniane
Ale musimy wierzyć, że były kochane
Były szczęśliwe- jak urodziwe
I nie płakały wcale nad ranem
Słodko im w świecie naszym. Chociaż świat
Trochę za bardzo kiwa się od lat
Jak drzwi szafek kuchennych, co się wypaczyły
Bo z marnej płyty były
Niewiele, niewiele
Szczęścia co prawdą bywało w niedzielę
Może jeszcze biedniej
Niż w dzień powszedni
A
Zatem
Co mają zapamiętać dziewczyny? Ten kwiatek
Wymiętoszony. A może tę noc
Kiedy się niby na tańce szło
A naprawdę do łóżka?
Zaślinioną poduszkę
Od płaczu, od zachwytu, od przysiąg prawdziwych
Prawdziwe były. Tylko w życiu krzywym
Obijały się od ściany do ściany
No, tak to z nami...
Kobieta, którą kochałeś, upłynęła w listy,
spotkasz ją w szybie każdego tramwaju.
A ja do tego dodam: Kobietę którą pokochasz, możesz minąć na ulicy.
Bacznie się więc im przyglądaj.
No a wy, drogie dziewczyny, kobiety, panny i panie, powiedzcie mi, czy to święto jest Wam naprawdę potrzebne?
Ta cała sztuczna, nachalna otoczka, ta pustka przed, po i w trakcie.
Czy naprawdę potrzebujecie specjalnego dnia, by czuć się wyróżnione?
Mamy równouprawnienie. Same o nie walczyłyście. Same klniecie i palicie, same odzieracie się z kobiecości.
Nie lubię święta kobiet. Nie tylko dlatego, że jestem obecnie w takiej sytuacji, że budzę się sam, w pustym łóżku. Zaś taki dzień jak dziś, szczególnie boleśnie mi o tym przypomina.
Wybaczcie, lecz nie zamierzam świętować tego, co przeciętna kobieta ma w dzisiejszych czasach do zaoferowania.
Tak wiele z tego jest puste. A w dodatku przyjmuje postawę roszczeniową.
Im więcej się Wam oferuje, tym więcej chcecie.
Jak to śpiewa zespół Lao Che, w niedookreślonym temacie:
Chcę to i to obok chcę też,
Tego tutaj chcę podwójnie, a z tego to biorę wszystko co jest... wiesz,
Niech to będzie moje, niech będzie słodkie i niech będzie kolorowe,
I niech pachnie jakoś, tak wiesz ładnie i niech zawsze będzie ekstra, wiesz nowe,
I niech to tylko dla mnie będzie błyskać i będzie migać,
I żeby to zawsze wszystko było blisko, żeby się nie trzeba było nigdy po to schylać...
A ja tęsknię za tymi dziewczynami i kobietami z którymi można porozmawiać. Do których można uśmiechnąć się, które nie będą wykrzykiwały feministycznych formułek, by później domagać się ustąpienia miejsca, czy też pomocy przy wnoszeniu szafu.
Sam pomogę, sam ustąpię, taki już jestem. Problem w tym, że coraz mniej w Was piękna, a coraz więcej plastiku.
Dlatego dzisiaj życznenia składam tylko tym które są wrażliwe, które myślą, lecz i czują. Dla tych, któe rozumieją, że kochać to przede wszystkim dawać, a nie wołać o to, co się należy.
I przepraszam jednocześnie, że musicie męczyć się z takimi wiecznymi dziećmi, jakimi są faceci.
Tylko że my za Wami skoczymy w ogień. Nie za pusty uśmiech, lecz za to, że wieczorem możemy poczuć Wasz zapach. Gdy brakuje sił, to złożyć na Waszych kolanach głowę i zregenerować się.
Powiem szczerz, nie wyobrażam sobie świata bez kobiet.
Tak innych, tak niepojętych, tak pięknych.
Zaś i życzenia i przeprosiny dokraszę Ernestem Bryllem z prostym, acz pięknym 'No tak'
Dziewczyny rzeczywiste, a nie z naszych baśni
Żyją z nami. Nie tak, jak miało być. A właśnie
Jak jest. Bo jest.
Teraz. Są zapomniane
Ale musimy wierzyć, że były kochane
Były szczęśliwe- jak urodziwe
I nie płakały wcale nad ranem
Słodko im w świecie naszym. Chociaż świat
Trochę za bardzo kiwa się od lat
Jak drzwi szafek kuchennych, co się wypaczyły
Bo z marnej płyty były
Niewiele, niewiele
Szczęścia co prawdą bywało w niedzielę
Może jeszcze biedniej
Niż w dzień powszedni
A
Zatem
Co mają zapamiętać dziewczyny? Ten kwiatek
Wymiętoszony. A może tę noc
Kiedy się niby na tańce szło
A naprawdę do łóżka?
Zaślinioną poduszkę
Od płaczu, od zachwytu, od przysiąg prawdziwych
Prawdziwe były. Tylko w życiu krzywym
Obijały się od ściany do ściany
No, tak to z nami...
niedziela, 6 marca 2011
Szarlatańskie intrygi!
Proszę państwa, rozpisywać się dzisiaj nie będę, gdyż nie ma o czym. Między innymi dlatego, że zapadłem w książki Romana Bratnego ;).
A skąd ja takie niemodnie starocie wytrzasnąłem? Otóż znajomy podesłał mi pewien link, który, być może zainteresuje także innych.
http://www.youtube.com/watch?v=4OWw-Og-OFs
W skrócie: wrocławski antykwariat 'Szarlatan', założony przez Stanisława Karolewskiego przez cały marzec prowadzi akcję 'Cmentarzysko Zapomnianych Książek'.
Już pal licho, że sam antykwariat prezentuje się bardzo miło i można znaleźć tam różniste niesamowitości, to sama akcja natchnęła mnie tak pozytywnie, że spędziłę sporą część soboty buszując wśród dostępnych książek.
Mówiąc szczerze nie wyniosłem AŻ tak dużo, jak mogłem, raptem wypchany plecak, no, ale byłem też wybredny. No i książki już od dawna nie mieszczą mi się na półkach, zastanawiam się nad zrobieniem z nich łóżka ;).
Proszę państwa, skrót mi nie wyszedł, więc powiem tak. Za 30 złotych (lub 25 jeżeli jesteśmy studentem, emerytem lub przyniesiemy 10 własnych książek) możemy zabrać stamtąd 10 KILOGRAMÓW książek.
Samych książek jest zaś od groma. I niemalże wszystkie mają ten kapitalny cukrzany zapach. Coś niesamowitego.
Znalazłem nawet wydany w 1965r. zbiór opowiadań Ernesta Brylla. Tak, tego samego którego zalinkowałem na dole bloga.
Zainteresowanych odsyłam dalej do http://www.szarlatan.pl/ oraz http://szarlatan.nazwa.pl/szarlatan/index.php?option=com_content&task=view&id=262&Itemid=55 jednocześnie gorąco polecając odwiedziny. Książek jest tam PEŁNO, dowożone są zaś cały czas.
Każdy może tam znaleźć coś dla siebie. A może i swój zafonowski skarb ;).
Gorąco polecam.
M.
A skąd ja takie niemodnie starocie wytrzasnąłem? Otóż znajomy podesłał mi pewien link, który, być może zainteresuje także innych.
http://www.youtube.com/watch?v=4OWw-Og-OFs
W skrócie: wrocławski antykwariat 'Szarlatan', założony przez Stanisława Karolewskiego przez cały marzec prowadzi akcję 'Cmentarzysko Zapomnianych Książek'.
Już pal licho, że sam antykwariat prezentuje się bardzo miło i można znaleźć tam różniste niesamowitości, to sama akcja natchnęła mnie tak pozytywnie, że spędziłę sporą część soboty buszując wśród dostępnych książek.
Mówiąc szczerze nie wyniosłem AŻ tak dużo, jak mogłem, raptem wypchany plecak, no, ale byłem też wybredny. No i książki już od dawna nie mieszczą mi się na półkach, zastanawiam się nad zrobieniem z nich łóżka ;).
Proszę państwa, skrót mi nie wyszedł, więc powiem tak. Za 30 złotych (lub 25 jeżeli jesteśmy studentem, emerytem lub przyniesiemy 10 własnych książek) możemy zabrać stamtąd 10 KILOGRAMÓW książek.
Samych książek jest zaś od groma. I niemalże wszystkie mają ten kapitalny cukrzany zapach. Coś niesamowitego.
Znalazłem nawet wydany w 1965r. zbiór opowiadań Ernesta Brylla. Tak, tego samego którego zalinkowałem na dole bloga.
Zainteresowanych odsyłam dalej do http://www.szarlatan.pl/ oraz http://szarlatan.nazwa.pl/szarlatan/index.php?option=com_content&task=view&id=262&Itemid=55 jednocześnie gorąco polecając odwiedziny. Książek jest tam PEŁNO, dowożone są zaś cały czas.
Każdy może tam znaleźć coś dla siebie. A może i swój zafonowski skarb ;).
Gorąco polecam.
M.
piątek, 4 marca 2011
Warsztacik #6
Wielu to dziwi, ale w zasadzie mam tak już od dawna. Jak? Nie, nie mówię o rozsypywaniu się w sytuacjach stresowych. Zaczynam działać w zasadzie dopiero kiedy zbliżam się do końca jakiegoś terminu, bądź w inny sposób czuję nad sobą 'bat'.
Cóż więc takiego dziwi innych?
Otóż średnio potrafię zająć się sam sobą, nienajgorzej zaś ustawiam innych. Jakiego bym nie miał doła, jak bardzo bym nie zamykał się w sobie, nie mogę tak po prostu patrzeć, jak ktoś inny się rozsypuje.
Hej, nie myślcie, że jestem jakimś 'ojcem Teresem, wręcz przeciwnie. Po prostu nie znoszę, gdy ktoś kradnie należne mi miejsce tragicznego bohatera romantycznego. Takiego skrzywdzonego przez los, wrażliwego i eksponującego swój ból.
Może i jestem introwertykiem, ale na tyle egocentrycznym, że uwielbiam eksponować swój ból. Cóż, każdego nakręca co innego.
Dalej jednak nie wiem, jak pomóc temu człowiekowi. Ja widziałem ją przelotnie, dla niego pewnie była oczkiem w głowie. Na mnei wywarła niezapomniane wrażenie, on zaś nosił ją na rękach.
Dlatego zamykam na chwilę oczy i... przełączam się na taki dziwny tryb.
Po prostu mówię. Mówię i obserwuję.
Nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć, nie myślę nawet specjalnie nad tym, co mówię. Tutaj nie słowa są ważne, ale kontakt. Chodzi o to, żeby przerwać czyjś tok myślowy, zepchnąć go na inne tory.
Czasem udaje mi się, wyrwanie kogoś z pazurów wewnętrznych demonów. Czasem sprowadzam uśmiech na czyjeś usta.
Ale nie dzisiaj, cholera. Człowiek zamyka się w sobie zbyt mocno.
Dlatego właśnie sięgam do kieszeni, wyjmuję notatnik, długopis i zapisuję swój numer. Mała, odręczna adnotacja: 'Jak już będziesz gotowy porozmawiać'.
Wciskam mu ją do kieszeni koszuli i wstaję z cięzkim sercem.
Mam przed sobą kilka rzeczy do załatwienia, zanim kompletnie skopię sobie życie.
A może inaczej, mam do załatwienia kilka rzeczy KTÓRYMI skopię sobie życie.
Problem leży w tym, że nie jestem w stanie postępować inaczej, od zawsze kieruję się kategoriami niemalże literackimi. Pieprzone archetypy i symbolizm...
Na zewnątrz dalej świeci słońce, nikt mnie nie zatrzymał.
Bo i po co?
Ze zdziwieniem stwierdzam, że w kieszeni mam dalej okulary przeciwsłoneczne.
Czas więc rozejrzeć się i dostać się jakoś do domu.
W pracy już pewnie dostają białem gorączki, ale jakoś tak wygodniej mi z wyłączoną (nawet nie pamiętam kiedy) komórką.
Poza tym, im dłużej będę to odkładał, tym nieprzyjemniejsze się stanie.
A więc, do 'domu'...
Przypominam, że wydarzenia przedstawione powyżej (oraz w poprzednich pięciu odcinkach) to fikcja liteacka, choćumiejętnie amatorsko poskładana z mniej lub bardziej powiązanych ze sobą wspomnień.
Nighty night,
M.
Cóż więc takiego dziwi innych?
Otóż średnio potrafię zająć się sam sobą, nienajgorzej zaś ustawiam innych. Jakiego bym nie miał doła, jak bardzo bym nie zamykał się w sobie, nie mogę tak po prostu patrzeć, jak ktoś inny się rozsypuje.
Hej, nie myślcie, że jestem jakimś 'ojcem Teresem, wręcz przeciwnie. Po prostu nie znoszę, gdy ktoś kradnie należne mi miejsce tragicznego bohatera romantycznego. Takiego skrzywdzonego przez los, wrażliwego i eksponującego swój ból.
Może i jestem introwertykiem, ale na tyle egocentrycznym, że uwielbiam eksponować swój ból. Cóż, każdego nakręca co innego.
Dalej jednak nie wiem, jak pomóc temu człowiekowi. Ja widziałem ją przelotnie, dla niego pewnie była oczkiem w głowie. Na mnei wywarła niezapomniane wrażenie, on zaś nosił ją na rękach.
Dlatego zamykam na chwilę oczy i... przełączam się na taki dziwny tryb.
Po prostu mówię. Mówię i obserwuję.
Nie wiem, jak to inaczej wytłumaczyć, nie myślę nawet specjalnie nad tym, co mówię. Tutaj nie słowa są ważne, ale kontakt. Chodzi o to, żeby przerwać czyjś tok myślowy, zepchnąć go na inne tory.
Czasem udaje mi się, wyrwanie kogoś z pazurów wewnętrznych demonów. Czasem sprowadzam uśmiech na czyjeś usta.
Ale nie dzisiaj, cholera. Człowiek zamyka się w sobie zbyt mocno.
Dlatego właśnie sięgam do kieszeni, wyjmuję notatnik, długopis i zapisuję swój numer. Mała, odręczna adnotacja: 'Jak już będziesz gotowy porozmawiać'.
Wciskam mu ją do kieszeni koszuli i wstaję z cięzkim sercem.
Mam przed sobą kilka rzeczy do załatwienia, zanim kompletnie skopię sobie życie.
A może inaczej, mam do załatwienia kilka rzeczy KTÓRYMI skopię sobie życie.
Problem leży w tym, że nie jestem w stanie postępować inaczej, od zawsze kieruję się kategoriami niemalże literackimi. Pieprzone archetypy i symbolizm...
Na zewnątrz dalej świeci słońce, nikt mnie nie zatrzymał.
Bo i po co?
Ze zdziwieniem stwierdzam, że w kieszeni mam dalej okulary przeciwsłoneczne.
Czas więc rozejrzeć się i dostać się jakoś do domu.
W pracy już pewnie dostają białem gorączki, ale jakoś tak wygodniej mi z wyłączoną (nawet nie pamiętam kiedy) komórką.
Poza tym, im dłużej będę to odkładał, tym nieprzyjemniejsze się stanie.
A więc, do 'domu'...
Przypominam, że wydarzenia przedstawione powyżej (oraz w poprzednich pięciu odcinkach) to fikcja liteacka, choć
Nighty night,
M.
środa, 2 marca 2011
Więziennik
Taka niepoważna opowiastka inspirowana moim ulubionym wrocławskim krzatem, siedzącym sobie w zakratowanym oknie Więziennej, czy tam PracOffni.
Dawno, dawno temu, gdy Wołodia Illicz nie był jeszcze łysy, w Krzaciej Rzeczpospolitej narodził się pewien krasnal. Dziś można go napotkać przykutego do ciężkich krat, na ul. Więziennej we Wrocławiu. Jak do tego doszło, zapytacie? Dla tego romantyka o niepokornej duszy jest to nic innego, jak kara za błędy młodości.
Więziennik, jak krzat ów każe się nazywać, jest postacią tajemniczą, nawet jak na standardy krasnali. W przeciwieństwie do dzieci Dużych Ludziów, nie znaleziono go w kapuście, ani nie przyniósł go bocian. Pojawił się pewnego dnia, energiczny i pełen pasji, przypominając płomień, błyszcząc na tle poczciwych, leniuchowatych krzatów. Długo nie zagrzał miejsca w piastowskim mieście, gdyż niezbyt podobała mu się ówczesna nazwa Breslau, a niemieckie gnomy i koboldy wydawały mu się zbyt opryskliwe. Udał się zatem na wielką podróż dookoła świata, gdzie poznał m.in. dwóch młodych, zabawnych intelektualistów, którym roiło się, że robotnik może podejmować za siebie odpowiedzialne decyzje.
Jednak i Europa okazała się dla niego zbyt ciasna. Wraz z irlandzkimi leprauchanami popłynął do Stanów Zjednoczonych Ameryki i uczestniczył w otwarciu pierwszego na świecie drapacza chmur. Koleje losu zabrały Więziennika do Ameryki Południowej, gdzie zaprzyjaźnił się z pewnym Dużym Ludziem, młodym, idealistycznym lekarzem z Argentyny, który miał jednak tę wadę, że stronił odrobinę od higieny i ciągnęło go na Kubę. Jak się później okazało, człowiek ów był bardzo fotogeniczny, trafiając na koszulki wielu młodych.
Los, bądź przeznaczenie, sprowadziły dzielnego krzata na powrót do Wrocławia, gdy dowiedział się, że o jego powrocie do polskiej nazwy. Odnalazł tam starych przyjaciół i spędził wiele szczęśliwych chwil pomagając (potajemnie, rzecz jasna!), odbudować piękno miasta. Niestety Duzi Ludziowie nie nauczyli się niczego i sami na siebie sprowadzili kolejne kajdany, tym razem czerwone.
Choć krzaty, zgodnie ze swą naturą, mają niemały sentyment do czerwonych kubraczków i kapturków wszelakich, to tego było im za wiele. Niemalże zamknięto bibliotekę, mieszkanie Bibliofila. Bracia Słupownicy, z rodu Latarników, miast podziękowań kolegów po fachu, otrzymywali mandaty za obrazę moralności. Nawet Pierożnik, wielki łasuch legnickich pierogów i entuzjasta barów mlecznych, odczuwał pewien niesmak.
Przełom nastąpił, gdy Więziennik postanowił dumnie wyprostować głowę i powstać z kolan. Tak oto, przy współpracy z Dużymi Ludziami, krzaty założyły Pomarańczową Alternatywę. Sztuka alternatywna zaczęła powoli wychodzić z miejskich zakamarków i domowych pieleszy, gdy oba ludy stanęły ramię w ramię, jak niegdyś, by bronić wolności. Rzec wręcz można, iż walczono “za wolność naszą i waszą”.
Jak każdy zryw tego typu, także i ta inicjatywa musiała zostać stłamszona przez Czerwoną Chołotę, a jej przywódzcę skazano na ciężkie więzienie. To jednak nie wtedy przybrał on miano Więziennika. Nastąpiło to później, w czasach, gdy wolność słowa i myśli została, oficjalnie, przywrócona. Czy jednak Polska stała się wtedy prawa i sprawiedliwa?
Odpowiedzcie sami na to pytanie, gdyż to właśnie wtedy Więziennik odmówił zrzucenia kajdan i przyjął nowe imię, stając się symbolem nieugiętości, niezłomnego ducha i walki o lepsze jutro.
Za to właśnie cześć mu i chwała, za to wznieśmy toast szklanicą z cnym napojem, niekoniecznie bąbelkowym!
Dawno, dawno temu, gdy Wołodia Illicz nie był jeszcze łysy, w Krzaciej Rzeczpospolitej narodził się pewien krasnal. Dziś można go napotkać przykutego do ciężkich krat, na ul. Więziennej we Wrocławiu. Jak do tego doszło, zapytacie? Dla tego romantyka o niepokornej duszy jest to nic innego, jak kara za błędy młodości.
Więziennik, jak krzat ów każe się nazywać, jest postacią tajemniczą, nawet jak na standardy krasnali. W przeciwieństwie do dzieci Dużych Ludziów, nie znaleziono go w kapuście, ani nie przyniósł go bocian. Pojawił się pewnego dnia, energiczny i pełen pasji, przypominając płomień, błyszcząc na tle poczciwych, leniuchowatych krzatów. Długo nie zagrzał miejsca w piastowskim mieście, gdyż niezbyt podobała mu się ówczesna nazwa Breslau, a niemieckie gnomy i koboldy wydawały mu się zbyt opryskliwe. Udał się zatem na wielką podróż dookoła świata, gdzie poznał m.in. dwóch młodych, zabawnych intelektualistów, którym roiło się, że robotnik może podejmować za siebie odpowiedzialne decyzje.
Jednak i Europa okazała się dla niego zbyt ciasna. Wraz z irlandzkimi leprauchanami popłynął do Stanów Zjednoczonych Ameryki i uczestniczył w otwarciu pierwszego na świecie drapacza chmur. Koleje losu zabrały Więziennika do Ameryki Południowej, gdzie zaprzyjaźnił się z pewnym Dużym Ludziem, młodym, idealistycznym lekarzem z Argentyny, który miał jednak tę wadę, że stronił odrobinę od higieny i ciągnęło go na Kubę. Jak się później okazało, człowiek ów był bardzo fotogeniczny, trafiając na koszulki wielu młodych.
Los, bądź przeznaczenie, sprowadziły dzielnego krzata na powrót do Wrocławia, gdy dowiedział się, że o jego powrocie do polskiej nazwy. Odnalazł tam starych przyjaciół i spędził wiele szczęśliwych chwil pomagając (potajemnie, rzecz jasna!), odbudować piękno miasta. Niestety Duzi Ludziowie nie nauczyli się niczego i sami na siebie sprowadzili kolejne kajdany, tym razem czerwone.
Choć krzaty, zgodnie ze swą naturą, mają niemały sentyment do czerwonych kubraczków i kapturków wszelakich, to tego było im za wiele. Niemalże zamknięto bibliotekę, mieszkanie Bibliofila. Bracia Słupownicy, z rodu Latarników, miast podziękowań kolegów po fachu, otrzymywali mandaty za obrazę moralności. Nawet Pierożnik, wielki łasuch legnickich pierogów i entuzjasta barów mlecznych, odczuwał pewien niesmak.
Przełom nastąpił, gdy Więziennik postanowił dumnie wyprostować głowę i powstać z kolan. Tak oto, przy współpracy z Dużymi Ludziami, krzaty założyły Pomarańczową Alternatywę. Sztuka alternatywna zaczęła powoli wychodzić z miejskich zakamarków i domowych pieleszy, gdy oba ludy stanęły ramię w ramię, jak niegdyś, by bronić wolności. Rzec wręcz można, iż walczono “za wolność naszą i waszą”.
Jak każdy zryw tego typu, także i ta inicjatywa musiała zostać stłamszona przez Czerwoną Chołotę, a jej przywódzcę skazano na ciężkie więzienie. To jednak nie wtedy przybrał on miano Więziennika. Nastąpiło to później, w czasach, gdy wolność słowa i myśli została, oficjalnie, przywrócona. Czy jednak Polska stała się wtedy prawa i sprawiedliwa?
Odpowiedzcie sami na to pytanie, gdyż to właśnie wtedy Więziennik odmówił zrzucenia kajdan i przyjął nowe imię, stając się symbolem nieugiętości, niezłomnego ducha i walki o lepsze jutro.
Za to właśnie cześć mu i chwała, za to wznieśmy toast szklanicą z cnym napojem, niekoniecznie bąbelkowym!
poniedziałek, 28 lutego 2011
Karkonosze, luty 2011
Brak wpisów przez ostatnie kilka dni nie wynikał z wrodzonego (lub nabytego) lenistwa, czy też zwykłego 'niechciejstwa'. :)
W pamiętny (przynajmniej dla mnie) czwartkowy poranek rozpoczęła się moja kolejna już tej zimy górska wyprawa.
Z tytułu łatwo wywnioskować nasz ogólny cel, dodam tylko, że zakończyliśmy w Górach Izerskich. A więc, działo się ;). Szczególnie, że w plecaku spoczywała sobie bezpiecznie butelczyna Old Krupnik.
Kto nie wie czym jest kilkudniowa łazęga po zasypanych śniegem górach, ten nie zrozumie towarzyszących mi emocji. Szczególnie, że w zależności od warunków panujących w docelowych terenach, doświadczenia związane z taką wyprawą mogą się diametralnie różnić.
Napiszę więc, zachowując typowo egocentryczny punkt widzenia, jakie wrażenia towarzyszyły mojej skromnej osobie.
A także - co autor miał na myśli ;).
Zacznijmy więc od tego, że pogoda była przewspaniała. Bezchmurne, niebieskie niebo, ostre słońce. Wyobraźcie więc sobie mnie, okutanego w ciepłe ubrania od stóp do głów, przecierającego co kilkadziesiąt metrów przeciwsłoneczne okulary ;).
Tak, było to zdecydowanie męczące, aczkolwiek wolałem widzieć cokolwiek, niż mrużyć oczy i iść na ślepo.
Aby nie pozostawać gołosłownym, oto poglądowa 'słitfocia z zakrytym rrrryjem', jak by to określiła pewna znana mi osoba.
W tle, rzecz jasna, widok ze zbocza Śnieżki. Kto rozpoznał, może sobie wpisać plusika.
Jako że na górze pizgało, dawało mocno po oczach i w dodatku w czeskim schronisku nie można było płacić złotówkami, postanowiliśmy mykać spowrotem do DOmu Śląskiego, gdzie (jakże sprytnie) pozostawiliśmy plecaki.
Cóż, ego zostało nasycone szybkim wejściem, widoki znaliśmy już od dawna, więc nie pozostało nic innego, jak propagować nasze szanowne siedzenia ku 'chekpointowi' piwnemu (przypominam, że autor w żaden sposób nie pochwala życia w nietrzeźwości, bądź zachowań nieodpowiedzialnych; reasumując: prowadzisz, nie pij, wywalasz się w górach na trzeźwo, też nie pij).
A oto w jaki sposób mykaliśmy:
Towarzyszyły temu, rzecz jasna, odgłosy pokroju 'bziuuum, ziuuuum' i pochodne.
Niestety, posiliwszy się kapitalną kwaśnicą (pozdrowienia dla ekipy z Domu Śląskiego, dobre jedzonko), mieliśmy mniej kapitalny pomysł chekpointów co schronisko, a więc przejście jakiś 20 kilometrów ze Śnieżki do Schroniska 'Pod Łabskim Szczytem' zajęło nam trochę zbyt dużo czasu.
Sczególnie, że końcówkę pokonywalismy już po zmierzchu, przy bardzo niskiej temperaturze. i tragicznej widoczności.
Tutaj autor szczególnie chce podziękować firmie Petzl za robienie kapitalnych czołówek. Poważnie, bez nich byłoby ciężko :).
No i powiedzmy sobie szczerze, poza skręcającym kiszki głodem, brakiem muzyki oraz przenikliwym wiatrem, właśnie ta nocna część eskapady podobała mi się NIEZMIERNIE.
Trochę trudno jest mi wytłumaczyć, dlaczego przedzieranie się przez zaśnieżone górskie szlaki sprawia mi taką frajdę.
Wysiłek fizyczny, pokonywanie własnych słabości... nie mówię tutaj o jakimś ekstremalnych przekraczaniu barier, daleko mi do tego.
Niemniej jest coś oczyszczającego w tym zmęczeniu. W wyczekiwaniu kolejnego zakrętu, w determinacji do stawianiu kolejnych kroków, w tej ciszy i skrzypiącym śniegu. I w pięknych gwiazdach nad głową.
Cóż, można wtedy zapomnieć o wszystkich problemach i być przez chwilę sam z sobą.
Nie powiem, przydało mi się to, by zobaczyć, że jednak w środku mam też kilka działających części, zaś wnętrze mam nie aż tak zgniłe i czarne jak by się wydawało ;).
Tak czy inaczej, mniej więcej tutaj wiedzieliśmy już, że będziemy szli po ciemku. Czemu? Byliśmy jeszcze przed schroniskiem 'Odrodzenie' :). Jakieś... 3 godziny drogi od 'Łabskiego', czy też innej Szrenicy.
Naukę jazdy na biegówkach pozostawię bez komentarza, generalnie dostanie się na nich z Jakuszyc do Chatki Górzystów było dla mnie osobistą tragedią, ze wzgkędu na odmawiające posłuszeństwa prawe kolano.
Niestety, czasami determinacja i ambicja powodują, że pcham się gdzie nie powinienem i ryzykuję zdrowiem.
Cóż, w sumie nie żałuję. Wygląda na to, że nic poważnego się nie stało, zaś pobyt w 'Chatce Górzystów' w Górach Izerskch, bez prądu, opalanej kominkiej i niemalże wyłożonej książkami to coś kapitalnego.
Szczególnie z czeskim piwem za piątaka i opcją 'gleba na podłodze przy kominku' ;).
Ech, długo by opowiadać. Kto nie jest w stanie odnieść swoich przeżyć do powyższych sytuacji, traci wiele. Podobnie jak ja tracę wiele nie uprawiając sportów ekstremalnych ;).
Lecz cóż, nie do wszystkiego jest okazja, także nie wszystko jest dla każdego.
Ja na pewno nie żałuję tej wyprawy, co więcej, dołącza ona do zestawu wspomnień 'nie do zapomnienia'.
Co mnie cieszy, szczególnie że te wspomnienia będą na pewno pozbawione nostalgii i melancholii, której nawet ja, typowy bohater tragiczny z powołania i wyboru, mogę mieć przesyt ;).
No to... moi czytelnicy...
Do zobaczenia na szlaku?
M.
W pamiętny (przynajmniej dla mnie) czwartkowy poranek rozpoczęła się moja kolejna już tej zimy górska wyprawa.
Z tytułu łatwo wywnioskować nasz ogólny cel, dodam tylko, że zakończyliśmy w Górach Izerskich. A więc, działo się ;). Szczególnie, że w plecaku spoczywała sobie bezpiecznie butelczyna Old Krupnik.
Kto nie wie czym jest kilkudniowa łazęga po zasypanych śniegem górach, ten nie zrozumie towarzyszących mi emocji. Szczególnie, że w zależności od warunków panujących w docelowych terenach, doświadczenia związane z taką wyprawą mogą się diametralnie różnić.
Napiszę więc, zachowując typowo egocentryczny punkt widzenia, jakie wrażenia towarzyszyły mojej skromnej osobie.
A także - co autor miał na myśli ;).
Zacznijmy więc od tego, że pogoda była przewspaniała. Bezchmurne, niebieskie niebo, ostre słońce. Wyobraźcie więc sobie mnie, okutanego w ciepłe ubrania od stóp do głów, przecierającego co kilkadziesiąt metrów przeciwsłoneczne okulary ;).
Tak, było to zdecydowanie męczące, aczkolwiek wolałem widzieć cokolwiek, niż mrużyć oczy i iść na ślepo.
Aby nie pozostawać gołosłownym, oto poglądowa 'słitfocia z zakrytym rrrryjem', jak by to określiła pewna znana mi osoba.
W tle, rzecz jasna, widok ze zbocza Śnieżki. Kto rozpoznał, może sobie wpisać plusika.
Jako że na górze pizgało, dawało mocno po oczach i w dodatku w czeskim schronisku nie można było płacić złotówkami, postanowiliśmy mykać spowrotem do DOmu Śląskiego, gdzie (jakże sprytnie) pozostawiliśmy plecaki.
Cóż, ego zostało nasycone szybkim wejściem, widoki znaliśmy już od dawna, więc nie pozostało nic innego, jak propagować nasze szanowne siedzenia ku 'chekpointowi' piwnemu (przypominam, że autor w żaden sposób nie pochwala życia w nietrzeźwości, bądź zachowań nieodpowiedzialnych; reasumując: prowadzisz, nie pij, wywalasz się w górach na trzeźwo, też nie pij).
A oto w jaki sposób mykaliśmy:
Towarzyszyły temu, rzecz jasna, odgłosy pokroju 'bziuuum, ziuuuum' i pochodne.
Niestety, posiliwszy się kapitalną kwaśnicą (pozdrowienia dla ekipy z Domu Śląskiego, dobre jedzonko), mieliśmy mniej kapitalny pomysł chekpointów co schronisko, a więc przejście jakiś 20 kilometrów ze Śnieżki do Schroniska 'Pod Łabskim Szczytem' zajęło nam trochę zbyt dużo czasu.
Sczególnie, że końcówkę pokonywalismy już po zmierzchu, przy bardzo niskiej temperaturze. i tragicznej widoczności.
Tutaj autor szczególnie chce podziękować firmie Petzl za robienie kapitalnych czołówek. Poważnie, bez nich byłoby ciężko :).
No i powiedzmy sobie szczerze, poza skręcającym kiszki głodem, brakiem muzyki oraz przenikliwym wiatrem, właśnie ta nocna część eskapady podobała mi się NIEZMIERNIE.
Trochę trudno jest mi wytłumaczyć, dlaczego przedzieranie się przez zaśnieżone górskie szlaki sprawia mi taką frajdę.
Wysiłek fizyczny, pokonywanie własnych słabości... nie mówię tutaj o jakimś ekstremalnych przekraczaniu barier, daleko mi do tego.
Niemniej jest coś oczyszczającego w tym zmęczeniu. W wyczekiwaniu kolejnego zakrętu, w determinacji do stawianiu kolejnych kroków, w tej ciszy i skrzypiącym śniegu. I w pięknych gwiazdach nad głową.
Cóż, można wtedy zapomnieć o wszystkich problemach i być przez chwilę sam z sobą.
Nie powiem, przydało mi się to, by zobaczyć, że jednak w środku mam też kilka działających części, zaś wnętrze mam nie aż tak zgniłe i czarne jak by się wydawało ;).
Tak czy inaczej, mniej więcej tutaj wiedzieliśmy już, że będziemy szli po ciemku. Czemu? Byliśmy jeszcze przed schroniskiem 'Odrodzenie' :). Jakieś... 3 godziny drogi od 'Łabskiego', czy też innej Szrenicy.
Naukę jazdy na biegówkach pozostawię bez komentarza, generalnie dostanie się na nich z Jakuszyc do Chatki Górzystów było dla mnie osobistą tragedią, ze wzgkędu na odmawiające posłuszeństwa prawe kolano.
Niestety, czasami determinacja i ambicja powodują, że pcham się gdzie nie powinienem i ryzykuję zdrowiem.
Cóż, w sumie nie żałuję. Wygląda na to, że nic poważnego się nie stało, zaś pobyt w 'Chatce Górzystów' w Górach Izerskch, bez prądu, opalanej kominkiej i niemalże wyłożonej książkami to coś kapitalnego.
Szczególnie z czeskim piwem za piątaka i opcją 'gleba na podłodze przy kominku' ;).
Ech, długo by opowiadać. Kto nie jest w stanie odnieść swoich przeżyć do powyższych sytuacji, traci wiele. Podobnie jak ja tracę wiele nie uprawiając sportów ekstremalnych ;).
Lecz cóż, nie do wszystkiego jest okazja, także nie wszystko jest dla każdego.
Ja na pewno nie żałuję tej wyprawy, co więcej, dołącza ona do zestawu wspomnień 'nie do zapomnienia'.
Co mnie cieszy, szczególnie że te wspomnienia będą na pewno pozbawione nostalgii i melancholii, której nawet ja, typowy bohater tragiczny z powołania i wyboru, mogę mieć przesyt ;).
No to... moi czytelnicy...
Do zobaczenia na szlaku?
M.
środa, 23 lutego 2011
Warsztacik #5
To naprawdę dziwne uczucie, gdy nie obchodzi mnie otoczenie, a skupiony jestem tylko na tym, co dzieje się we mnie. Co się we mnie zepsuło.
Przymierzam do siebie, pogrążony w zdumieniu, kawałki tego, co na codzień tłucze się w mojej duszy. Wszystkie te ciche lub głośne, ale tak naprawdę w większości błache sprawy. Tak właściwie, to niemal żadne z nich nie ma znaczenia.
Każdy z moich problemów tak łatwo rozwiązać. Bądź zakończyć.
Z tej introspekcji wyrywa mnie czyjś głoś. Pytanie, które zrodziło się w podobnej formie w moim umyśle, łącząc mnie z rzeczywistością:
- Kim ty właściwie jesteś?
Odkładam ostrożnie tę układankę własnego 'ja' i wyglądam z siebie.
Przez chwilę muszę przyzwyczać oczy to nieznośnej, niemalże oślepiającej jasności i dopiero po pewnym czasie dostrzegam stojącego przede mną mężczyznę.
Nie jestem jednak w stanie odpowiedzieć. Nie wiem, jak dobyć z siebie głosu.
Nie wiem też, co mu odpowiedzieć.
Podać moje imię i nazwisko? Powiedzieć gdzie pracuję? A może starczy PESEL?
Patrzę więc na niego i powoli dostrzegam szczegóły.
Takie drobne, ludzkie detale. Pożółkłe lekko od tytoniowego dymu palce silnym męskich dłoni. Niedbale, pośpiesznie zawiązany krawat, zostawiający zbyt dużo miejsca pod szyją, by być eleganckim. W dodatku niedobrany do koszuli i marynarki.
Zagniecenia na mankietach, zarost na policzkach, podkrążone oczy.
Setki drobnych detali, takich jak zmarszczki, jak siwizna prósząca jego ciemne włosy.
No i w sumie pewnie bym wzruszył ramionami i na powrót zamknął się w sobie, gdybym nie napotkał jego spojrzenia.
Przepełnionego bólem i smutkiem spojrzenia szarych oczu. Innych, o zupełnie innym wyrazie, ale jednak tak podobnych.
Zamiast więc wzruszyć ramionami, otwieram usta... i nie mogę wykrztusić słowa. Gardło mam wysuszone, obolałe...
Machinalnie unoszę do ust kubek i upijam łyk wody. Mam wielką nadzieję, że nie poczyta mi tego za lekceważenie. Przełykam wodę, odkaszluję i odpowiadam:
- Co z nią?
Przez chwilę przez głowę przebiega mi myśl, czy zacisnął pięści z gniewu?
Ale nie, widzę jak wciąga powietrze i rozluźnia dłonie, wraz z wydechem. Wygląda na to, że mój nos zostanie cały.
- Operują - odpowiada - ale nie wygląda to dobrze.
Gdy siada obok mnie, wygląda jakby zeszło z niego całe powietrze. Sam nie należę do ułomków, acz przy nim wyglądam raczej kruchawo, ale teraz on sam wygląda jak porcelanowa rzeźba. Wystarczyłoby ruszyć palcem, by się rozpadł.
Powoli dociera do mnie, że nie jestem sam na świecie. Że są też inni, których to co widziałem może boleć wcale nie mniej.
Tylko właśnie, ja to widziałem...
Siedzę więc tak, starając się nie dopuścić by te obrazy zaczęły wracać do mojej pamięci. I staram się zmusić zwichrowany umysł by wymyślił jakiś delikatny sposób jak o to spytać.
O Jej imię...
Przymierzam do siebie, pogrążony w zdumieniu, kawałki tego, co na codzień tłucze się w mojej duszy. Wszystkie te ciche lub głośne, ale tak naprawdę w większości błache sprawy. Tak właściwie, to niemal żadne z nich nie ma znaczenia.
Każdy z moich problemów tak łatwo rozwiązać. Bądź zakończyć.
Z tej introspekcji wyrywa mnie czyjś głoś. Pytanie, które zrodziło się w podobnej formie w moim umyśle, łącząc mnie z rzeczywistością:
- Kim ty właściwie jesteś?
Odkładam ostrożnie tę układankę własnego 'ja' i wyglądam z siebie.
Przez chwilę muszę przyzwyczać oczy to nieznośnej, niemalże oślepiającej jasności i dopiero po pewnym czasie dostrzegam stojącego przede mną mężczyznę.
Nie jestem jednak w stanie odpowiedzieć. Nie wiem, jak dobyć z siebie głosu.
Nie wiem też, co mu odpowiedzieć.
Podać moje imię i nazwisko? Powiedzieć gdzie pracuję? A może starczy PESEL?
Patrzę więc na niego i powoli dostrzegam szczegóły.
Takie drobne, ludzkie detale. Pożółkłe lekko od tytoniowego dymu palce silnym męskich dłoni. Niedbale, pośpiesznie zawiązany krawat, zostawiający zbyt dużo miejsca pod szyją, by być eleganckim. W dodatku niedobrany do koszuli i marynarki.
Zagniecenia na mankietach, zarost na policzkach, podkrążone oczy.
Setki drobnych detali, takich jak zmarszczki, jak siwizna prósząca jego ciemne włosy.
No i w sumie pewnie bym wzruszył ramionami i na powrót zamknął się w sobie, gdybym nie napotkał jego spojrzenia.
Przepełnionego bólem i smutkiem spojrzenia szarych oczu. Innych, o zupełnie innym wyrazie, ale jednak tak podobnych.
Zamiast więc wzruszyć ramionami, otwieram usta... i nie mogę wykrztusić słowa. Gardło mam wysuszone, obolałe...
Machinalnie unoszę do ust kubek i upijam łyk wody. Mam wielką nadzieję, że nie poczyta mi tego za lekceważenie. Przełykam wodę, odkaszluję i odpowiadam:
- Co z nią?
Przez chwilę przez głowę przebiega mi myśl, czy zacisnął pięści z gniewu?
Ale nie, widzę jak wciąga powietrze i rozluźnia dłonie, wraz z wydechem. Wygląda na to, że mój nos zostanie cały.
- Operują - odpowiada - ale nie wygląda to dobrze.
Gdy siada obok mnie, wygląda jakby zeszło z niego całe powietrze. Sam nie należę do ułomków, acz przy nim wyglądam raczej kruchawo, ale teraz on sam wygląda jak porcelanowa rzeźba. Wystarczyłoby ruszyć palcem, by się rozpadł.
Powoli dociera do mnie, że nie jestem sam na świecie. Że są też inni, których to co widziałem może boleć wcale nie mniej.
Tylko właśnie, ja to widziałem...
Siedzę więc tak, starając się nie dopuścić by te obrazy zaczęły wracać do mojej pamięci. I staram się zmusić zwichrowany umysł by wymyślił jakiś delikatny sposób jak o to spytać.
O Jej imię...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


