Proszę państwa, dla mnie ta sytuacja jest nie do zaakceptowania.
Nie będę już nawet pastwił się nad nieadekwatnością cytowanego fragmentu, nad bulwarkowo chamskim wyrwaniem z kontekstu i zbrukaniem genialnego wiersza.
O czym to ja?
Wiadomo, o najpodlejszym ataku na poezję, jaki miał miejsce w tym wieku... a jedenaście lat to wcale nie mało.
Cóż, jeżeli ktoś dalej nie wie, 'o co autorowi chodzi', to odsyłam do piewszego z brzegu linka podpowiedzianego przez wujka Google.
http://www.wprost.pl/ar/240175/Kaczynski-cytowal-Herberta-Zona-poety-niezadowolona/
Mamy więc sytuację, w której rozgoryczony, ziejący niechęcią do wszystkiego co śmie myśleć inaczej niż on, insynuujący jakieś zamachy, spiski i afery człowieczek... cytuje Pana Cogito.
Panowie i waćpanny, toż to woła o pomstę do nieba.
Częścią przesłania owego cyklu wierszy jest właśnie... hmmm... może nie tyle pogarda, co wyraźna niechęć i dystansowanie się od politycznych machinacji, od instrumentalnego traktowania Człowieka.
Także to widzicie, prawda? Proszę, powiedzcie, że tak.
Jegomość Kaczyński, wystając ponad własne kompleksy jedynie znajomością jednego (a może i więcej, niech mu będzie) wiersza, dopuścił się podłego zawłaszczenia Idei.
Idei pięknej, wzniosłem i czystszej od czegokolwiek, co mógł w swoim życiu zrobić.
To śp. Zbigniew Herbert mógł pluć na innych, lecz tego nie zrobił.
Moim zdaniem, cytowanie przez Kaczyńskiego słów Herberta jest po prostu podłe. I tyle.
Pal licho, jednak, z cytowaniem.
Tak naprawdę żadne prawo nie zabrania tego. Jest to dobro kultury.
Niemniej, pani Katarzyna Herbert, żona owego wielkiego poety, poczuła się urażona tym zdarzeniem.
Nie dziwię się, w ogóle.
Jak sama stwierdziła:
Ten, kto instrumentalnie używa imienia, idei oraz spuścizny twórczej Zbigniewa Herberta do realizacji własnych celów politycznych ten, moim zdaniem, dopuszcza się nadużycia, a przez to okazuje brak szacunku mojemu mężowi i jego twórczości. Przeciwko takiemu postępowaniu wyrażam mój zdecydowany sprzeciw.
I jak zareagował ów mały człowieczek (wcale nie piję tu do wzrostu)?
Otóż tłumaczył się i kręcił.
Nie stać go było nawet na słowo PRZEPRASZAM, które to sam tak bardzo lubi słyszeć.
Łasy na czas telewizyjny, pchany jakimś masochistycznym parciem na szkło, rozdrapujący rany swej pokręconej psyche wykazał karygodny brak empatii.
Krzycząc i wytykając palcami, sam zapomniał, co to oznacza współczuć.
Proszę państwa, to żaden pragmatyzm, żaden makiawelizm.
Patrzycie na tandetnego, tępego pseudodemagoga, który pozbawiony jest elementarnej ludzkiej wrażliwości.
Zamiast stawić czoła sytuacji, przeprosić za nieporozumienie i dokonać parafrazy poprzednich słów... poszedł w zaparte.
Nisko. Badziewnie. Tak jak zwykle.
Aczkolwiek zgwałcił przy tym część naszej kultury.
I jest to kolejna rzecz któej temu 'panu' nie wybaczę.
Mam nadzieję, że Wy nie pójdziecie spać w takim wzburzeniu, w jakim ja się znajduję ;).
M.
piątek, 15 kwietnia 2011
środa, 13 kwietnia 2011
Siła słów
Poniższy filmik nie wymaga żadnego komentarza. A właśnie dla takiego przekazu powstał ten blog.
Dzięki Leokacy.
Dzięki Leokacy.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Dzień bez
Zwykły dzień, zwykła niedziela. Uczyńmy go takim pozytywnym dniem bez, co Wy na to?
Bezy są fajne. Można je nawet jeść!
Nie wiem czy pamiętacie, ale pewna Pierwsza Dama drugiej świeżości (czyżby teraz była Drugą Damą?), Jolanta K. (lepiej nie szarżować z personaliami) swego czasu uczyła Ciemny Lud, jak się to to je.
Na szczęście nie dotyczy to mnie, uczyła bowiem inne damy. Ja, jako że między nogami mam inne wyposażenie, a i cholery dostaję przy kupowaniu ubrań, damą nie jestem.
Fakt, za małolata chciałem się kiedyś bawić lalką Barbie, ale, hmmm, w bardziej okdrywczo-anatomicznych aspektach. Mea culpa.
Tak czy inaczej, bezy są 'cool'.
Takie białe i można coś z nim robić ustami. Hmmm... prawdopodobnie zabrzmiało to dwuznacznie. Ojej :).
Proszę państwa, strasznie staram się unikać pewnego tematu. Otóż 10 kwietnia jest datą strasznie smutną. Tego oto dnia, roku 1917 w wyniku eksplozji w fabryce amunicji pod Chester w Pensylwanii zginęły 133 osoby. Ale my Polacy, a to było dawno. Co nas to obchodzi, prawda? To w końcu 133 niemalże anonimowe osoby.
1963 rok... Na Atlantyku zatonął atomowy okręt podwodny USS Thresher. Zginęło 129 członków załogi .
w 1972r. w wyniku trzęsienia ziemi o sile 7,1 stopnia w skali Richtera w południowym Iranie zginęło ponad 5 tys. osób.
Straszna data, więc może dajmy sobie na wstrzymanie i pozwólmy wszelkim zainteresowanym rodzinom i osobom szczerze jeszcze rozpaczającym na przeżycie go w pełnej empatii samotności. Gdybym ja stracił kogoś bliskiego, nie chciałbym reporterów i wszelkiej maści hien i krzykaczy żerujących na mojej tragedii.
Poważnie, to niesmaczne.
Dlatego więc z okazji 'Dnia bez' zaproponuję pewne muzyczne doznanie. Zapewne prezentowałem już na łamach bloga francuską wokalistkę Emilie Simon, uważam jdnak, że warto jest wracać do tej przeuroczej osoby, gdy tylko jest ku temu okazja.
Jej muzyka jest naprawdę niezwykła, wymyka się zwykłej klasyfikacji.
Przede wszystkim jest przebogata, dopracowana w najmniejszych detalach.
Niesamowita i na swój sposób eteryczna. Sugestywna i subtelna.
No i sama wokalistka, ze sceniczną maską porcelanowej laleczki, takiej w którą można zapatrzeć się i zapomnieć o całym świecie.
Aby nie pozostawać gołosłownym, jedne z lepszych (moich zdaniem) jej dokonań na żywo:
Szczególnie plastyczna i niesamowita (choć polecam przy tym zasłonić okna) gra świateł i muzyki, utwór 'Swimming'.
A także, 'Desert' śpiewane w duecie:
Szczerze, jak to słyszę, to... cóż, przerwałem pisanie na czas trwania tego utworu. Coś jak ujarzmiony Cerber ;). Urzekające.
Ma owa pannica także stronę ździebko ostrzejszą, 'z pazurkiem'.
A może odrobina świeższego, bardziej nowatorskiego brzmienia? Ależ proszę, oto coś na pobudzenie ciekawości. I rozbudzenie ;) ?
Smacznego dnia bez!
M.
Bezy są fajne. Można je nawet jeść!
Nie wiem czy pamiętacie, ale pewna Pierwsza Dama drugiej świeżości (czyżby teraz była Drugą Damą?), Jolanta K. (lepiej nie szarżować z personaliami) swego czasu uczyła Ciemny Lud, jak się to to je.
Na szczęście nie dotyczy to mnie, uczyła bowiem inne damy. Ja, jako że między nogami mam inne wyposażenie, a i cholery dostaję przy kupowaniu ubrań, damą nie jestem.
Fakt, za małolata chciałem się kiedyś bawić lalką Barbie, ale, hmmm, w bardziej okdrywczo-anatomicznych aspektach. Mea culpa.
Tak czy inaczej, bezy są 'cool'.
Takie białe i można coś z nim robić ustami. Hmmm... prawdopodobnie zabrzmiało to dwuznacznie. Ojej :).
Proszę państwa, strasznie staram się unikać pewnego tematu. Otóż 10 kwietnia jest datą strasznie smutną. Tego oto dnia, roku 1917 w wyniku eksplozji w fabryce amunicji pod Chester w Pensylwanii zginęły 133 osoby. Ale my Polacy, a to było dawno. Co nas to obchodzi, prawda? To w końcu 133 niemalże anonimowe osoby.
1963 rok... Na Atlantyku zatonął atomowy okręt podwodny USS Thresher. Zginęło 129 członków załogi .
w 1972r. w wyniku trzęsienia ziemi o sile 7,1 stopnia w skali Richtera w południowym Iranie zginęło ponad 5 tys. osób.
Straszna data, więc może dajmy sobie na wstrzymanie i pozwólmy wszelkim zainteresowanym rodzinom i osobom szczerze jeszcze rozpaczającym na przeżycie go w pełnej empatii samotności. Gdybym ja stracił kogoś bliskiego, nie chciałbym reporterów i wszelkiej maści hien i krzykaczy żerujących na mojej tragedii.
Poważnie, to niesmaczne.
Dlatego więc z okazji 'Dnia bez' zaproponuję pewne muzyczne doznanie. Zapewne prezentowałem już na łamach bloga francuską wokalistkę Emilie Simon, uważam jdnak, że warto jest wracać do tej przeuroczej osoby, gdy tylko jest ku temu okazja.
Jej muzyka jest naprawdę niezwykła, wymyka się zwykłej klasyfikacji.
Przede wszystkim jest przebogata, dopracowana w najmniejszych detalach.
Niesamowita i na swój sposób eteryczna. Sugestywna i subtelna.
No i sama wokalistka, ze sceniczną maską porcelanowej laleczki, takiej w którą można zapatrzeć się i zapomnieć o całym świecie.
Aby nie pozostawać gołosłownym, jedne z lepszych (moich zdaniem) jej dokonań na żywo:
Szczególnie plastyczna i niesamowita (choć polecam przy tym zasłonić okna) gra świateł i muzyki, utwór 'Swimming'.
A także, 'Desert' śpiewane w duecie:
Szczerze, jak to słyszę, to... cóż, przerwałem pisanie na czas trwania tego utworu. Coś jak ujarzmiony Cerber ;). Urzekające.
Ma owa pannica także stronę ździebko ostrzejszą, 'z pazurkiem'.
A może odrobina świeższego, bardziej nowatorskiego brzmienia? Ależ proszę, oto coś na pobudzenie ciekawości. I rozbudzenie ;) ?
Smacznego dnia bez!
M.
środa, 6 kwietnia 2011
Warsztacik #8
Dopiero gdy pakuję ostatnie kilka rzeczy widzę, jak pusty jest ten pokój. Jak wiele nazbierałem tu śmieci, jak mało znaczą rzeczy które zostawiam za sobą.
Bez żalu.
Żal kieruję w inne miejsce. Żal i przebijający się przez poczucie winy strach, taki pierwotny, przejmujący, wywołujący fizyczny ból strach.
Czuję, że dzieje się coś naprawdę złego, ale wszystko co robię jest mechaniczne, niemalże podświadome. Zarzucam mózg doznaniami tego, co opuszczam tutaj, dostrzegam każdy odprysk tynku z sufitu, każdą nierówność wykładziny, brud w zakamarkach, każdą nudną pamiętkę codzienności, którą zostawiam za sobą.
Wszystko to, by nie myśleć o kimś, kto najprawdopodobniej mnie teraz opuszcza, nie wypowiadając ani słowa. Ani razu. Po prostu wymieniwszy spojrzenie, być może ostatnie.
Zamykam się głęboko w sobie, by odciąć się od tych myśli i płynę w smutku i w mroku.
Takim właśnie zastaje mnie jeden z przyjaciół.
Nie wiem o co mnie pyta, nie zwracam uwagi na odpowiedzi, których mu udzielam.
Widzę tylko wyraz jego twarzy, skrajne niedwierzanie, zdziwienie.
I zmęczenie.
Prawdopodobnie to tylko moje złudzenia, spowodowane szokiem i chorymi myślami, ale dostrzegam w jego twarzy także ulgę.
No pewnie, zbierało się to we mnie od dawna, widać było gołym okiem.
Dobrze, że kończy się tak, a nie jeszcze gorzej.
Prawda?
Siedzimy u niego. Najpierw wypytał mnie dokładnie, czy byłem pod wpływem alkoholu.
Chyba dosyć długo nie wierzył w moją trzeźwość, ale trudno.
Potrafię byc, w tych rzadkich przypadkach, absolutnie przekonywujący.
Szczególnie gdy jest to szczerą prawdą.
Siedzimy więc i sączymy jakiś alkohol.
Hmmm....
Chyba drink. Gin z tonikiem?
Raczej tonik z ginem, biorąc pod uwagę że zazwyczaj podaje się nazwę tego, czego jest więcej.
Powiedzmy zaś sobei szczerze, że jest tego więcej. W cholerę więcej.
I bardzo dobrze, bo nic mi nie wychodzi z rozmowy.
Plotę coś trzy po trzy o tym, że nie mam siły, że nie mogę, że boli mnie wszystko.
Nie obchodzi mnie czy się zwolnię, czy nie, nie obchodzi mnie nic.
Poza jednym. Aby Ona żyła.
Przeniosę góry i zmienię świat, byleby tylko Ona przeżyła.
Gdy tak modlę się, jąkam i staram powstrzymać od histerii, od płaczu, dzwoni mój telefon.
Nawet nie dostrzegam tego, nalewając sobie kolejnego drinka, zalewając każdy swój problem.
W sumie nie pamiętam, kiedy włączyłem komórkę spowrotem, pewnie to dokłada się do mojej obojętności.
W końcu to nie ja, lecz mój gospodarz odbiera, najpierw przyglądając się uważnie numerowi. Powoli dociera do mnie, że jest to numer nieznany.
I widzę jak podnosi komórkę do ucha, jak odbiera.
'Słucham... tak, nie, to znaczy... nie może chwilowo odebrać, w czym mogę... co mam...'
I ta cisza, gdy spogląda na mnie.
Nie musi nic mówić, bo już wiem wszystko...
I naprawdę nie wiem, czy powinienem pisać to dalej. Naprawdę zaczyna mnie to na swój sposób męczyć. Jest to fikcja, prawda. Na szczęście. Niemniej zawiera zbyt wiele wspomnień z prawdziwych przeżyć.
Na szczęście myśli zboczyły mi już na bardziej kreatywne tory. Kto wie? Może odgrzebię w końcu tę wielokrotnie przemalowaywaną książkę i wezmę się za nią. Książki w sumie, każda od zera pisana, heh.
No nic, dobranocnywieczór!
M.
Bez żalu.
Żal kieruję w inne miejsce. Żal i przebijający się przez poczucie winy strach, taki pierwotny, przejmujący, wywołujący fizyczny ból strach.
Czuję, że dzieje się coś naprawdę złego, ale wszystko co robię jest mechaniczne, niemalże podświadome. Zarzucam mózg doznaniami tego, co opuszczam tutaj, dostrzegam każdy odprysk tynku z sufitu, każdą nierówność wykładziny, brud w zakamarkach, każdą nudną pamiętkę codzienności, którą zostawiam za sobą.
Wszystko to, by nie myśleć o kimś, kto najprawdopodobniej mnie teraz opuszcza, nie wypowiadając ani słowa. Ani razu. Po prostu wymieniwszy spojrzenie, być może ostatnie.
Zamykam się głęboko w sobie, by odciąć się od tych myśli i płynę w smutku i w mroku.
Takim właśnie zastaje mnie jeden z przyjaciół.
Nie wiem o co mnie pyta, nie zwracam uwagi na odpowiedzi, których mu udzielam.
Widzę tylko wyraz jego twarzy, skrajne niedwierzanie, zdziwienie.
I zmęczenie.
Prawdopodobnie to tylko moje złudzenia, spowodowane szokiem i chorymi myślami, ale dostrzegam w jego twarzy także ulgę.
No pewnie, zbierało się to we mnie od dawna, widać było gołym okiem.
Dobrze, że kończy się tak, a nie jeszcze gorzej.
Prawda?
Siedzimy u niego. Najpierw wypytał mnie dokładnie, czy byłem pod wpływem alkoholu.
Chyba dosyć długo nie wierzył w moją trzeźwość, ale trudno.
Potrafię byc, w tych rzadkich przypadkach, absolutnie przekonywujący.
Szczególnie gdy jest to szczerą prawdą.
Siedzimy więc i sączymy jakiś alkohol.
Hmmm....
Chyba drink. Gin z tonikiem?
Raczej tonik z ginem, biorąc pod uwagę że zazwyczaj podaje się nazwę tego, czego jest więcej.
Powiedzmy zaś sobei szczerze, że jest tego więcej. W cholerę więcej.
I bardzo dobrze, bo nic mi nie wychodzi z rozmowy.
Plotę coś trzy po trzy o tym, że nie mam siły, że nie mogę, że boli mnie wszystko.
Nie obchodzi mnie czy się zwolnię, czy nie, nie obchodzi mnie nic.
Poza jednym. Aby Ona żyła.
Przeniosę góry i zmienię świat, byleby tylko Ona przeżyła.
Gdy tak modlę się, jąkam i staram powstrzymać od histerii, od płaczu, dzwoni mój telefon.
Nawet nie dostrzegam tego, nalewając sobie kolejnego drinka, zalewając każdy swój problem.
W sumie nie pamiętam, kiedy włączyłem komórkę spowrotem, pewnie to dokłada się do mojej obojętności.
W końcu to nie ja, lecz mój gospodarz odbiera, najpierw przyglądając się uważnie numerowi. Powoli dociera do mnie, że jest to numer nieznany.
I widzę jak podnosi komórkę do ucha, jak odbiera.
'Słucham... tak, nie, to znaczy... nie może chwilowo odebrać, w czym mogę... co mam...'
I ta cisza, gdy spogląda na mnie.
Nie musi nic mówić, bo już wiem wszystko...
I naprawdę nie wiem, czy powinienem pisać to dalej. Naprawdę zaczyna mnie to na swój sposób męczyć. Jest to fikcja, prawda. Na szczęście. Niemniej zawiera zbyt wiele wspomnień z prawdziwych przeżyć.
Na szczęście myśli zboczyły mi już na bardziej kreatywne tory. Kto wie? Może odgrzebię w końcu tę wielokrotnie przemalowaywaną książkę i wezmę się za nią. Książki w sumie, każda od zera pisana, heh.
No nic, dobranocnywieczór!
M.
piątek, 1 kwietnia 2011
Olać 1 kwietnia
Mało które kawały są śmieszne, zresztą wolę trochę uśmiechu w dzień powszedni, a nie tylko 'od święta'.
Także, moi państwo, Pirma Aprilis swoją drogą, ale jest piątek i marsz na miasto.
Albo w plener.
Ciepło, miło, wiosna, wino.
Wylezie ze mnie teraz Zgniły Chłopiec w tym oto wierszu J. A. Morsztyna:
Chłopcze, nalej mi wina
A niechaj tu przydzie dziewczyna.
Bacchus się z Wenerą nie wadzi,
Ta mię przy Marynie,
A tamten przy winie
Z jednakim zyskiem posadzi.
Rad się kocham, rad piję,
Aza na jednym z tych utyję,
A tak na przemiany zażyję:
Raz wysuszam garce,
Drugi raz Barbarce
Obłapiam udatną szyję.
Kupiec handluje głupie,
Co na jednym targu ma kupie,
Ja towar rozkładam na dwoje:
Raz przy Joanneczce,
Drugi raz przy beczce
Znajdując uciechy swoje.
Jeśli na jednym stracę,
To z drugiego sobie zapłacę.
Gdy mi wino konew rozsadzi,
To ja wskok do Jewki,
A zaś do konewki,
Gdy się Jewka ze mną powadzi.
Pozwolę sobie zdziebko przerobić pewien cytat: Póki kwitnie róży kwiat, póki młodość płynie w nas ;)
M.
Także, moi państwo, Pirma Aprilis swoją drogą, ale jest piątek i marsz na miasto.
Albo w plener.
Ciepło, miło, wiosna, wino.
Wylezie ze mnie teraz Zgniły Chłopiec w tym oto wierszu J. A. Morsztyna:
Chłopcze, nalej mi wina
A niechaj tu przydzie dziewczyna.
Bacchus się z Wenerą nie wadzi,
Ta mię przy Marynie,
A tamten przy winie
Z jednakim zyskiem posadzi.
Rad się kocham, rad piję,
Aza na jednym z tych utyję,
A tak na przemiany zażyję:
Raz wysuszam garce,
Drugi raz Barbarce
Obłapiam udatną szyję.
Kupiec handluje głupie,
Co na jednym targu ma kupie,
Ja towar rozkładam na dwoje:
Raz przy Joanneczce,
Drugi raz przy beczce
Znajdując uciechy swoje.
Jeśli na jednym stracę,
To z drugiego sobie zapłacę.
Gdy mi wino konew rozsadzi,
To ja wskok do Jewki,
A zaś do konewki,
Gdy się Jewka ze mną powadzi.
Pozwolę sobie zdziebko przerobić pewien cytat: Póki kwitnie róży kwiat, póki młodość płynie w nas ;)
M.
czwartek, 31 marca 2011
Wiosna, śledzie...
A M. rowerem gdzieś pojedzie.
Wybaczcie częstochowską rymowankę, ale robi się cieplej i od razu nie chce mi się myśleć. Tym bardziej zaś kontynuować 'warsztaciku', przynajmniej w tej formie.
Może czas na alternatywny? Jakiś bardziej pro-irlandzki? Zielony, podmokły, nietrzeźwy i generalnie pozytywny?
Nie taka głupia myśl. Zaś póki co, plan mam bardzo prosty, nie zabić się, ani nie wpaść na nikogo na rowerze.
Nie żebym był jakimś sierotą, który nie potrafi jeździć, co to, to nie.
Problemem tutaj jest polska płeć piękna, która wychodz pozowli z okowów zimowych kurtek i zaczyna wyglądać jak Bozia przykazała, czyli przystępniej dla oka.
Nie żeby tak wszystkie, wiadomo. Wyszło też pełno różu i innego emo. Co gorsza, w sklepach zaczynają sprzedawać rzeczy dla hipsterów. To już nawet nie rurki, czy inne emo-metr-homoniewiadomo.
Emo to taka nieumiejętna podróbka gotów, to co teraz zaczyna się robić popularne woła już o pomstę do nieba.
Nie dość, że to zniewieściałe, nosi jakieś róże, fiolety i inne zdechłe kotlety, to jeszcze boli po oczach. Niezależnie od płci.
Nie no, zgoda, ok, przynajmniej nie ma problemu z odróżnieniem płci u takiego indywiduum, ale proszę ja bardzo każdego, kto myśli się tak ubrać.
Nie rób tego!
Olej modę. To co jest modne, noszą wszyscy. Chcesz być wyjątkowy/a? Wyróżniać się? Noś coś innego.
Wreszcie mogę wrócić do mojego kaszkietu. Już, na szczęscie, coraz mniej ludzi z takim na ulicach widać.
Za to się rzucili na fedory, maturzysty i studenty jedne.
Won mnie od kapeluszy, wyglądacie w nich na większych pozerów niż ja :).
Ja przynajmniej noszę coś dlatego, że mi się podoba. Jeżeli jest to modne, to każdy śledź może to mieć.
I w tym sęk. Moda jest dla ludzi bez wyobraźni. Kopiuj/wklej, powiel. I tyle.
Taże, moi państwo, spójrzcie krytycznym krokiem na swoją szafę. Jeżeli macie tam coś, czego nie założylibyście rok temu, gdyż nie było 'w modzie', to wywalić w cholerę natychmiast.
Są rzeczy które zawsze będą dobrze wyglądały. Nie można ich nadużywać, fakt.
Ale dobrze ubrana fedora, prochowiec... czy klasyczna 'mała czarna' na odpowiednią okazję.
Zlitujcie się nad moimi biednymi oczyma. Jestem estetą.
Faceci... zacznijcie spowrotem wyglądać jak faceci, bo przychodzi mnie ochota na facepalm'a, jak widzę co niektóych.
Zaś dziewczęta... Mniej Dody, mniej Gagi, więcej sukienek, spódnic, więcej wiosennych kolorów. Więcej ciała, ale odkrytego, a nie przybytego ;).
Wiosna, cholera, do zmierzenia wzrokiem na ulicy ;).
Jak się oglądam, to znaczy, że naprawdę jest za kim ;).
M.
Wybaczcie częstochowską rymowankę, ale robi się cieplej i od razu nie chce mi się myśleć. Tym bardziej zaś kontynuować 'warsztaciku', przynajmniej w tej formie.
Może czas na alternatywny? Jakiś bardziej pro-irlandzki? Zielony, podmokły, nietrzeźwy i generalnie pozytywny?
Nie taka głupia myśl. Zaś póki co, plan mam bardzo prosty, nie zabić się, ani nie wpaść na nikogo na rowerze.
Nie żebym był jakimś sierotą, który nie potrafi jeździć, co to, to nie.
Problemem tutaj jest polska płeć piękna, która wychodz pozowli z okowów zimowych kurtek i zaczyna wyglądać jak Bozia przykazała, czyli przystępniej dla oka.
Nie żeby tak wszystkie, wiadomo. Wyszło też pełno różu i innego emo. Co gorsza, w sklepach zaczynają sprzedawać rzeczy dla hipsterów. To już nawet nie rurki, czy inne emo-metr-homoniewiadomo.
Emo to taka nieumiejętna podróbka gotów, to co teraz zaczyna się robić popularne woła już o pomstę do nieba.
Nie dość, że to zniewieściałe, nosi jakieś róże, fiolety i inne zdechłe kotlety, to jeszcze boli po oczach. Niezależnie od płci.
Nie no, zgoda, ok, przynajmniej nie ma problemu z odróżnieniem płci u takiego indywiduum, ale proszę ja bardzo każdego, kto myśli się tak ubrać.
Nie rób tego!
Olej modę. To co jest modne, noszą wszyscy. Chcesz być wyjątkowy/a? Wyróżniać się? Noś coś innego.
Wreszcie mogę wrócić do mojego kaszkietu. Już, na szczęscie, coraz mniej ludzi z takim na ulicach widać.
Za to się rzucili na fedory, maturzysty i studenty jedne.
Won mnie od kapeluszy, wyglądacie w nich na większych pozerów niż ja :).
Ja przynajmniej noszę coś dlatego, że mi się podoba. Jeżeli jest to modne, to każdy śledź może to mieć.
I w tym sęk. Moda jest dla ludzi bez wyobraźni. Kopiuj/wklej, powiel. I tyle.
Taże, moi państwo, spójrzcie krytycznym krokiem na swoją szafę. Jeżeli macie tam coś, czego nie założylibyście rok temu, gdyż nie było 'w modzie', to wywalić w cholerę natychmiast.
Są rzeczy które zawsze będą dobrze wyglądały. Nie można ich nadużywać, fakt.
Ale dobrze ubrana fedora, prochowiec... czy klasyczna 'mała czarna' na odpowiednią okazję.
Zlitujcie się nad moimi biednymi oczyma. Jestem estetą.
Faceci... zacznijcie spowrotem wyglądać jak faceci, bo przychodzi mnie ochota na facepalm'a, jak widzę co niektóych.
Zaś dziewczęta... Mniej Dody, mniej Gagi, więcej sukienek, spódnic, więcej wiosennych kolorów. Więcej ciała, ale odkrytego, a nie przybytego ;).
Wiosna, cholera, do zmierzenia wzrokiem na ulicy ;).
Jak się oglądam, to znaczy, że naprawdę jest za kim ;).
M.
niedziela, 20 marca 2011
Warzsztacik#7
(długo przyszło mi napisanej tej części, gdyż jest to nazbyt autobiograficzne, zbyt wiele z tego co tu opisałem zdarzyło się w ten, czy w inny sposbób... niestety...
Przede wszystkim widzę jej twarz. Tak naprawdę obejętną, nie ochodzi mnie wszak, co tak naprawdę robi. Ważne, żeby obchodziło mnie co ONA robiła. Nie robiła wszak NIC.
Powiedzmy sobie szczerze, czy to ważne, że nie ruszyło się dzisiaj sprzed komputera? Że nie wyniosła talerzy po dzisiejszym śniodaniu? Po wczorajszej kolacji?
To napradę nic dziwnego. Sam jej codzień.
To spojrzenie, pełne winny i pełne kłamstwa, tak bliskie i znajome, wszak sam sam zne je doskonale. Sam je ... zakładałem... tak często.
Właśniego dlatego nie obchodzi mnie ono nic a nic.
Mam gdzieś to, co mówi.
Wymówki, jej racje, jej zdanie.
Dzisiaj, te kilka minut, kilka godzin, to całe życie temu, oto właśnie co przestało się liczyć.
Mówi coś do mnie, ale nie obchodzi mnie nic, a nic.
Każdy dźwięk, który wydostaje się z jej ust ma tylko jedno jeden rezultat.
Irytuje mnie.
Działa destrukcyjnie na moje nerwy.
Umieram przez to, kolejny kawałek mnie odchodzi w niepamięć.
Słłyszę, że mówi coś do mnie.
Ten wyrzut w gosie.
To dziwne połączenie troski o mnie i myślenia tylko o swoim tyłku.
Przecież to ja zarabiam, a ona serdzi w domu i udaje, że jest do czegoś potrzebna, choć nie gotuje, nic nie kupuje, czasem jedynie posprząta.
Nawet nie udaje, że jest tu do czegoś potrzebna, że po powrocie do domu mam kilka minut na odetchnięcie. To tyle. Potem zapieprzaj, robaczku.
Po prostu po raz kolejny nakryłem ją na marnowaniu czasu.
Nie myślcie sobie że jestem lepszy, daleko mi od tego.
Sam jestem jednym z tych, którym brakuje pomysłu, którzy zawsze szukają czego więcaj.
Tylko, na wszystko co święte, przynajmniej tego nie kryłem.
Dlatego każde jej słowo wyprowadza mnie z równowagi. Każdy gest, okazenie wstydu, każdy najmniejszy ... słabości, wyprowadza mnie z równowagi.
Widzę ją taką jaka jest, jeszcze słabsza ode mnie, żerująca, pusta, nijaka.
Szara.
Taka, jakiej zawsze się bałej.
Im bardziej ją unikam, tym bardziej staje mi przed oczami.
Jednocześnie zaś, tym bardziej mnie przez to unika.
Tum mniej liczy się to co czuje, tym więcej jest w tym JEJ.
I usprawiedliwiam się przed samym sobą, przed jej oczami, przed tym co robię.
I w końcu nie wytrzymuję.
Gdy stoi przede mną, pluje na mnie jadem i nie potrafi nawet spojrzeć na mnie, upadam ostatecznie, tak nisko, jak nie wyobrażałem sobie nawet tego wcześniej.
Uderzam ją... i nie wiem przez chwilę, co też właśnie się stało.
Czy to co widzę w jej oczach to strach, czy to koniec.
Czy upadłem, czy też odżyłem.
Ja w każdym razie przekroczyłem pewną granicę, znad której nie ma powrotu.
Dlatego nie wiem, czy iść po przygotowany od dawna plecak, czy też przepraszać.
A przede wszystkim... czy jest po co przepraszać...
I tym na dziś zakończymy...
M.
Przede wszystkim widzę jej twarz. Tak naprawdę obejętną, nie ochodzi mnie wszak, co tak naprawdę robi. Ważne, żeby obchodziło mnie co ONA robiła. Nie robiła wszak NIC.
Powiedzmy sobie szczerze, czy to ważne, że nie ruszyło się dzisiaj sprzed komputera? Że nie wyniosła talerzy po dzisiejszym śniodaniu? Po wczorajszej kolacji?
To napradę nic dziwnego. Sam jej codzień.
To spojrzenie, pełne winny i pełne kłamstwa, tak bliskie i znajome, wszak sam sam zne je doskonale. Sam je ... zakładałem... tak często.
Właśniego dlatego nie obchodzi mnie ono nic a nic.
Mam gdzieś to, co mówi.
Wymówki, jej racje, jej zdanie.
Dzisiaj, te kilka minut, kilka godzin, to całe życie temu, oto właśnie co przestało się liczyć.
Mówi coś do mnie, ale nie obchodzi mnie nic, a nic.
Każdy dźwięk, który wydostaje się z jej ust ma tylko jedno jeden rezultat.
Irytuje mnie.
Działa destrukcyjnie na moje nerwy.
Umieram przez to, kolejny kawałek mnie odchodzi w niepamięć.
Słłyszę, że mówi coś do mnie.
Ten wyrzut w gosie.
To dziwne połączenie troski o mnie i myślenia tylko o swoim tyłku.
Przecież to ja zarabiam, a ona serdzi w domu i udaje, że jest do czegoś potrzebna, choć nie gotuje, nic nie kupuje, czasem jedynie posprząta.
Nawet nie udaje, że jest tu do czegoś potrzebna, że po powrocie do domu mam kilka minut na odetchnięcie. To tyle. Potem zapieprzaj, robaczku.
Po prostu po raz kolejny nakryłem ją na marnowaniu czasu.
Nie myślcie sobie że jestem lepszy, daleko mi od tego.
Sam jestem jednym z tych, którym brakuje pomysłu, którzy zawsze szukają czego więcaj.
Tylko, na wszystko co święte, przynajmniej tego nie kryłem.
Dlatego każde jej słowo wyprowadza mnie z równowagi. Każdy gest, okazenie wstydu, każdy najmniejszy ... słabości, wyprowadza mnie z równowagi.
Widzę ją taką jaka jest, jeszcze słabsza ode mnie, żerująca, pusta, nijaka.
Szara.
Taka, jakiej zawsze się bałej.
Im bardziej ją unikam, tym bardziej staje mi przed oczami.
Jednocześnie zaś, tym bardziej mnie przez to unika.
Tum mniej liczy się to co czuje, tym więcej jest w tym JEJ.
I usprawiedliwiam się przed samym sobą, przed jej oczami, przed tym co robię.
I w końcu nie wytrzymuję.
Gdy stoi przede mną, pluje na mnie jadem i nie potrafi nawet spojrzeć na mnie, upadam ostatecznie, tak nisko, jak nie wyobrażałem sobie nawet tego wcześniej.
Uderzam ją... i nie wiem przez chwilę, co też właśnie się stało.
Czy to co widzę w jej oczach to strach, czy to koniec.
Czy upadłem, czy też odżyłem.
Ja w każdym razie przekroczyłem pewną granicę, znad której nie ma powrotu.
Dlatego nie wiem, czy iść po przygotowany od dawna plecak, czy też przepraszać.
A przede wszystkim... czy jest po co przepraszać...
I tym na dziś zakończymy...
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)