wtorek, 28 maja 2013

Antylewacki fragment Faulknera

Dziś wieczór rozpocznę przynudnawym cytatem z Faulknera (przekład Jana Zakrzewskiego, PIW, 1965):

(...) Było to akurat wtedy, jak Buddy i reszta przestali uprawiać bawełnę. Pamiętam to dobrze. Właśnie wtedy rząd zaczął się wtrącać do tego, co co farmer ma robić na swojej farmie i ile siać bawełny. Nazywali to stabilizowaniem cen i upłynnianiem nadwyżek, dawali niby to rady i pomoc, czy człowiek chciał, czy nie chciał. Widział pan dzisiaj wszystkich chłopaków, co? Ciekawi ludzie, można powiedzieć. Pierwszego roku, kiedy pojawił się instruktor z okręgu i próbował farmerom wyłożyć ten nowy system, przyszedł też do Buddy'ego i próbował go namówić, żeby mniej siał, a rząd zapłaci mu różnicę, więc właściwie będzie mu lepiej, niż jak by robił to co dawniej bez żadnej pomocy i rady.
"Bardzo jesteśmy wdzięczni rządowi - powiada Buddy. - Ale nie potrzebujemy pomocy. Będziemy zbierali bawełnę tak, jak przedtem. Jeśli nam się zbiory nie udadzą, strata będzie nasza, następnym razem może się uda."
I nie chcieli podpisać żadnych papierów, ani zobowiązań, i niczego takiego. Dalej obsiewali pola i zbierali bawełnę, jak ich nauczył stary Anse, bo jakoś nie mogli uwierzyć, że rząd ma zamiar pomagać człowiekowi, czy on chce, czy nie chce, i że będzie pakował nos w to, ile człowiek wyciągnie ze swojej własnej ziemi własną ciężką pracą, zbierając bawełnę i przerabiając ją we własnej gręplarni, jak to robili na miejscu zawsze, a potem zawozili do miasta na sprzedaż aż do Jefferson. Więc zawieźli i tym razem, ale okazało się, że nic tam nie sprzedadzą po pierwsze dlatego, że za dużo jej mają, a po drugie, nie dostali takiej specjalnej karty, która pozwalała sprzedawać. (...) jak przyszedł następny rok, to też żadnych papierów nie wzięli. Po prostu dalej nie mogli uwierzyć, że koniecznie trzeba, dalej wierzyli w wolność i w prawo człowieka do robienia tego, co potrafi robić własnymi rękami i na co ma ochotę, i jego rzecz, czy mu się uda, czy nie, i wierzyli, że tę wolność gwarantuje im rząd (...)


No, powiedzcie mi, moi drodzy. Czyż to nie jest wybitnie anty-lewacki tekst?
Biurokracja, nadmiernie rozbudowane przepisy, obostrzenia i inne takie... ograniczenia wolności.
Ja rozumiem, ja współczuję, ja się, jako (częściowo) człowiek poczuwam do jakiejś solidarności społecznej, lecz dlaczego ma ona być na siłę?
Dlaczego koniecznie trzeba wciskać wszędzie te socjale, zamiast pozwolić człowiekowi, tak po ludzku (sic!) pracować na siebie, na swoją rodzinę, na bliskich.
Podejmować decyzje, ryzykować, wygrywać i przegrywać. Po prostu żyć.

Dzisiaj ludzie traktowani są jak bydło, jak bezwolna masa, którą należy trzymać w karbach i decydować za nich - są przecież zbyt głupi, by zadbać o siebie sami.

Dla mnie, osobiście, jest to obrzydliwe. Jest to powolne zezwierzącenie, pozbawianie tego, co jest w nas najważniejsze, najjaśniejsze - wolnej woli i wolności samej w sobie.

M.

piątek, 10 maja 2013

Konformizm?

Zastanawiam się, czy powoli nie zbliża mi się kryzys wieku średniego. W końcu coraz więcej siwych włosów na głowie, w srodku zaś – coraz głupsze pomysły.
Pomysły jednak pomysłami, dopada mnie także druga sprawa. A może to nie jest tak do końca? Pamiętacie poprzedni wpis? Cóż, zapewne nie – zbyt długo się z nowym zbierałem. Dotyczył on buntu jako takiego.

Także, moi drodzy (i drogie), balansuję ostatnio między energią, a stagnacją, między swego rodzaju buntem, a konformizmem. Stoję tak, po środku drogi, nie wiedząc co wybrać – a może nie dostrzegając, co tak naprawdę wybieram.
Na szczęście, nie jest to jedynie moja przypadłość. Wiele z otaczających mnie osób ma podobne, hmmm, skłonności. Nie nazwę tego problemami, gdyż zasadniczo ludzie lubią wybierać ciepło, spokój i posłuszeństwo.
Ot, fakt, lubimy uważać się za wyjątkowych, za osoby stawiające hardo czoło światu, przeciwnościom i wszelkiej głupocie (np. władzy). Tak myślimy, lecz czy jest tak na pewno?
Jak śpiewał kiedyś zespół Dezerter, w dodatku w utworze z 1989 roku:

Jesteśmy tacy sami
Mali, smutni, zarozumiali
Nasza rewolucja upadła
Możemy zasiąść do kolacji
Nasze drogi się rozchodzą
Każdy wreszcie " myśli "
Powtarzamy to co robią
Ludzie z których się śmialiśmy


Prawdziwe, czyż nie? I jednocześnie bardzo śmieszne, w taki auto-ironiczny sposób, gdy popatrzę w lustro i popadam w zdziwienie. Nie widzę siebie zbliżającego do trzydziestki. Nie widzę siebie, jako poważnego dorosłego, płacącego rachunki, rozliczającego się z podatków, zarabiającego w "poważnej" pracy.
A jednak tak jest. Jednocześnie jestem jednak także włóczęgą, który nigdzie nie czuje się tak dobrze, jak w trasie.
I jak to pogodzić? Z jednej strony, presja środowiska oraz naniesione przez kulturę wzorce wypaliły w głowie, cóż, chyba każdego, kilka "ciekawych" oczekiwań. Od siebie, od świata, od innych.
Czasem patrzę po zakładających rodziny znajomych i nie wiem, czy im zazdroszczę, czy nie. O, wiadomo, dobrze jest mieć kogoś, na kogo można liczyć. Dobrze jest mieć osobę, z którą idzie się przez życie.
Nie potrafię jednak pozbyć się wrażenia, że często jest to z wygodnictwa. Wiecie, tak jest łatwiej, więc to zrobię – wiecie, czas najwyższy. Prawda?
Cóż, dla mnie, nie do końca. Każdy ma swoją drogę. Jedni kończą ją wcześniej, inni dalej. Są ludzie, dla których zaczyna się ona dopiero wraz z założeniem rodziny. Widziałem, jak takie osoby rozkwitają, nabierają sił, mogąc się dla kogoś poświęcić.
Widziałem także, jak ludzie spalają się i gasną, przytłamszeni drugą osobą, nie potrafiąc odnaleźć się "na nowej drodze życia". Ba, wiem, gdyż sam pewną tego wersję przeżyłem.
Zastanawiam się więc, ile pozostało we mnie... mnie samego. Tego idealisty, zdolnego zachwycać się drobnymi rzeczami. Na pewno nie ma już we mnie tyle siły i energii, co niegdyś. Z pewnością zdarza mi się, coraz częściej, po pracy padać na kanapę i odpalać laptopa, gdyż odechciewa mi się wszystkiego.
Wiem, że w porównaniu do wielu, nie marnuję życia.
Pytanie tylko, czy wykorzystuję na tyle w pełni, by później nie żałować straconych okazji?

I z takim pytaniem pozostawiam też i Was, sam na sam z sobą :)

Va fail!

M.

wtorek, 16 kwietnia 2013

O bu(n)cie słów kilka.

Bunt, sprzeciw i rebelia – oto koncepty towarzyszące rodzajowi ludzkiemu od zarania dziejów. Tam, gdzie powstała idea posłuszeństwa, przyzwolenia, lecz i lojalności, od razu zrodziła się też druga strona monety.
Najstarsze z mitów, wierzeń i przypowieści traktują właśnie o tym wyzwaniu rzuconym posłuszeństwu, czy to świadomie i z wyboru, jak Prometeusz ze swymi szczytnymi pobudkami, czy też gdy pomyślimy o niejasnych korzeniach rajskiego kuszenia. Acz to ostatnie jest tematem na osobny wpis, tyle zawiera niuansów.

Nasza ukochana Wikipedia podaje tutaj uroczo prostą definicję:

"Bunt – pojęcie z zakresu nauk społecznych. W koncepcji Roberta Mertona oznacza sposób przystosowania jednostki poprzez odrzucenie celów społecznych grupy oraz społecznie uznawanych środków realizacji celów społecznych oraz zastąpienie ich własnymi celami i środkami ich osiągania. Zachowania tego typu pojawiać mogą się pod wpływem długotrwałej anomii, jak również w przypadku odrzucania kultury dominującej i zastępowania jej kontrkulturą."


Trudno się z nią nie zgodzić, lecz jednocześnie jest tak niepełna, niekompletna – i stanowczo za krótka. Mamy wszak z jednej strony absolutnie świadomy i dorosły bunt Prometeusza, z drugiej zaś pełne niejasności i subtelnego zwodzenia kuszenie Adama i Ewy. Sprzeciw rozumu skonfrontowany z tym, który wynika z niemożliwego do zaspokojenia pragnienia.

Mój ukochany William Blake miał tutaj dość nowatorskie podejście. W jego filozofii "moralności", istniały dwie siły rządzące światem – stagnacja i chaos. W swoich dziełach przewrotnie przypisał je dwóm odwiecznym przeciwieństwom, nieoderwanie związanych z korzeniami post-antycznej Europy – z chrześcijaństwem.
Otóż stagnacja to niezmienne, pełne praw i ładu "dobro", czyli Niebo. Chaos zaś to czysta, nieposkromiona energia – także twórcza.
Pomyślcie więc teraz sami, drodzy czytelnicy, czy człowiek tworząc, szukając i zadając pytania, które godzą bezpośrednio w Ład... może być nazwany "dobrym"?
Brak zgody na otaczający nas świat, na rządzące nim (i nami!) relacje, oto jest istota sprzeciwu, buntu, sama istota jego czystego symbolu, ikony – Lucyfera, Niosącego Światło.

Wielokrotnie zastanawiałem się, czy moje osobiste wierzenia nie idą zbytnio w stronę koncepcji dualistycznych. Rozdział zła od dobra, rozerwanie pierwotnego tworzywa – to wszak idee znajdujące się w wielu systemach wartości, w wielu religiach i przesłaniach.
W dodatku zaś, w człowieku zawsze było i będzie po równo dobra i po równo zła. Jak w owej starej historii o dwóch walczących w duszy każdego z nas wilkach. Wygra ten, którego karmimy.

I tutaj właśnie dochodzę powoli do sedna. Bunt i sprzeciw jest mi osobiście bliski. Jako introwertyk i silny indywidualista, zawsze odczuwałem potrzebę odcięcia się od mas, tłumu i szarości.
Ba, posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że pozostało mi to dalej. Często czuję się kompletnie oderwany od rzeczywistości, szczególnie, gdy obserwuję jak bardzo ludzkość wypacza się wygodnictwem i brakiem myślenia.
Często jest to jednocześnie absolutnie bezrefleksyjna, nastawiona na konsumpcję, egzystencja. Jako wariatowi z zacięciem mistycznym, takie coś wydaje mi się bardzo negatywne.

Bunt bywa także często agresją. Silną, niepowstrzymaną emocją, uniesioną pięścią, gniewem i żalem, wykrzykiwanym przez "skrzywdzonych". Bunt i sprzeciw mogą być kajdanami, które ludzie zakładają sami sobie, podążając za jakimś guru. Buntem było przecież ślepe posłuszeństwo Niemców względem (para)filozofii nazistowskiej.
Tylko silne poczucie krzywdy i niesprawiedliwości społecznej mogło zezwierzęcić jednostki ludzkie w tak silnym stopniu, że odrzucili część swego człowieczeństwa, by stać się tłumem.
Ja osobiście nie rozumiem, jak można zatracić się na tyle, by przestać myśleć i czuć samemu.
A Wy? Potrafilibyście przyjąć czyjąś ideologię i podążać za nią, fanatycznie, bez cienia zwątpienia?

Czasem bunt jest pokojowy i piękny. Czystym buntem był sposób, w jaki Gandhi sprzeciwił się kolonializmowi brytyjskiemu. Kolejnym przejawem buntu było poświęcenie Janusza Korczaka, czy też Maksymiliana Kolbego. Samo wspomnienie tego, jak można w bezinteresowny sposób oddać życie za kogoś, czy też za swoje ideały, przepełnia mnie skruchą i pokorą.
Powiedzmy sobie szczerze, nikt chyba nie może się nazwać odważniejszym, niż wspomniany powyżej Janusz Korczak. Chociaż mógł uratować życie, mógł skorzystać z łaski, poszedł jednak na śmierć, towarzysząc dwunastu sierotom, którymi się opiekował.
Choć mógł przeżyć, wybrał jedną, jedyną rzecz, której raz utraconej, nie da się odzyskać, bez której zaś żyć by nie potrafił – człowieczeństwo.

Sprzeciw jest w nas zapisany programowo. Jest on postępem, odwiecznym prawem młodych do szukania siebie, wyrażania siebie na nowo, na błądzenie, upadanie – i w końcu częściowy powód do "tradycyjnych" korzeni.
Nie da się zerwać z tym, co było, nie da się stworzyć nagle zupełnie nowej drogi życia. Tym bardziej, że zmieniamy się z każdym dniem, ba, czasem i godziną. Zmieniają się nasze pragnienia, marzenia i wartości, część jest jednak stała od dawna, w dodatku sprawdzona.
Część jest jednak typową "dulszczyzną", bezrefleksyjnym powielaniem schematów i błędów dziejów minionych.

Spójrzcie więc w głąb siebie i spytajcie sami (same) siebie – czy podążacie za kimś, czy za sobą? Jeżeli zaś za sobą, to czy za swym rozumem, czy za sercem?
Ja mam osobiście nadzieję znajdować tutaj złoty środek. Z mizernym skutkiem, wiadomo, lecz w końcu życie jest samo w sobie Drogą – cel poznamy dopiero, lub nawet wtedy nie, po śmierci :).

Namaarie,

M.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Przypadkowe perełki

W końcu się, jakoś, wykopałem z marazmu. Aż nie sądziłem, że posucha będzie trwała tak długo.
Och, moja droga nie zmieniła się, dalej idę sobie, nieśpiesznie, poboczem, po prostu pracowanie po 6 dni w tygodniu odcisnęło na mnie swe piętno.
Brrr.... kto by pomyślał, taki lekkoduch i niebieski ptak z odpowiedzialną, społeczną niemalże funkcją.
Aż strach, aż strach.

Ostatnio udało mi się odzyskać trochę sił dzięki regularnemu włóczeniu się po okolicach. Dotąd nie wierzę i nie rozumiem, dlaczego tak prosta rzecz działa na mnie tak mocno i zdecydowanie. Ba, mocniej nawet niż kawa w moim ulubionym wydaniu.

Także, nic nie przygotowało mnie na to, że wykańczające, właściwie (z częścią moich znajomych się nie da), wypady, często i gęsto zakrapiane po drodze, dadzą mi tyle radości. Dyć to już nawet nie chodzi o to, że odżywam, można by to z wiosną na horyzoncie powiązać (z perspektywą jej, znaczy, rzecz jasna).

Zresztą, głupie gadanie. Wiedziałem to od dawna, po prostu siedzenie na tyłku i poddawanie się zmęczeniu jest łatwiejsze. Jest to zaś taka bardzo negatywna spirala. Mądry człowiek po szkodzie, prawda? Wszak każdy zna takie coś z własnego życia - kto jednak jest w stanie się samemu wziąć za siebie (aż korci, by napisać po dolnośląsku - wziąść :) ), za fraki, dać sobie kopa we własną rzyć? Cóż... okazuje się, że ja, acz z niemal trzymiesięcznym opóźnieniem.

Tak czy siak, te moje krótko - w sumie - zasięgowe łazęgi nie przyniosły większych odkryć, poza kilkoma para-architektonicznymi perełkami. Mianowicie "uśmiechanym" domku oraz domku-zombie.

Pierwszy z nich jest odkrytym pokątnym cudem fragmentem jakiegoś starego folwarku, gdyż na PGR to raczej nie wyglądało. Wiecie, porządna cegła, budowa, sklepienia, łuki. Och i ach. No i ten rozbrajający uśmiech, który rzucił mi się w twarz z subtelnością rewolucji październikowej, bądź propagandy PiSu.

Osoby, które mnie znają, już te zdjęcie widziały. Całą resztę zaś zapraszam do uśmiechu. Oto on!



Zdjęcie te tak mocno kojarzy mi się z samym sobą (w końcu jestem egocentrykiem!), iż nie jest to już nawet śmieszne.
Ot, ruina, ale robiąca swoje i "idąca" przed siebie. Z uśmiechem, zmarszczkami mimicznymi na pół twarzy i generalnie starając się nie rozsypać za bardzo ;).

Domek-zombie zaś, och, nie jest już aż taką perełką. Jest jednak swoistym przeciwieństwem. Cichy, szary, smutny i siedzi z boku, zupełnie jak heteroseksualiści w holenderskim parlamencie. A może to pochodna przesadnej ilości oglądanych przeze mnie kiepskich horrorów? Tak, czy inaczej, oto "Trzeci dom na lewo od cmentarza":



No i w dodatku ten "ząbek" framugi (czy czego tam), w dolnym "oknie". Dyć to przecudne, w swym lekko turpistycznym zacięciu. Aż człowiekowi się chce wracać do własnego domu, jaki by nie był. Nawet, jeśli jest to tylko namiot. Ech, cały czas mam szansę zostać włóczęgą. Przecież to nie może być gorsze od bycia "ludziem pracy".

I na tych właśnie refleksjach skończę na dzisiaj. Jeśli wszystko wróci na dobrą drogę, niebawem dodam kilka nowych wpisów. Jeżeli zaś nie, to cóż, każda próba jest na swój sposób cenna. Byleby mieć wystarczająco twardy tyłek, spadając ;).

Pozdrawiam,

M.

czwartek, 31 stycznia 2013

Free

Człowiek ma wolne i od razu (przynajmniej w moim wypadku), do głowy przychodzą różne ciekawe myśli. Szczególnie, że podparte w tle dość specyficzną muzyką Omnii, zespołu... cóż, dość niebanalnego. Tyle można powiedzieć obiektywnie :).

Nie każdemu przypadnie do gustu taki styl uprawiania muzyki, zaznaczę z góry.
Dodatkowo zaś, sami siebie nazywają "a neoceltic paganfolk band'. Niestety, ta ich pogańskość może być określona dość lapidarnie stwierdzeniem: in your face! Subtelności akurat w tym jest mało. Czy to źle? Tak... i nie.
Jednocześnie jest to zespół niezwykle autentyczny, szczery, żywiołowy, energiczny i po prostu świeży. Odnaleźli swoją niszę, swoje brzmienie i wydają naprawdę zróżnicowane utwory, nie pozwalając jednak pomylić się z kimś innym (choć raz mnie zapytano, czy to czasem nie Blind Guardian ;) ).
Taki nie to eklektyzm, ni to synkretyzm, czyni ich wyjątkowymi, jednocześnie stawiając na cienkiej granicy. Jednych drażnią, drugich zachwycają, trzeci zaś przechodzą obojętnie.

Wiadomo, katobeton swoje, ateizol swoje, słucha(c)z RMFu swoje, a swoje :). Każdego zachwyci i zirytuje co innego. Mnie, jak zwykle, zachwyca poziom, na którym potrafią ukazać swoją fascynację życiem, naturą i pięknem, które otacza nas codziennie.
Niezależnie od tego, czego wymaga od nas świat, bliscy i dalsi, lubiani i nielubieni, Omnia zawsze przypomni Ci jedno, drogi/a czytelniku/czko: ciesz się chwilą. Koło czasu zatacza kręgi, raz jest lepiej, raz jest gorzej, kiedyś z niego wypadniesz, póki co, zaś, postaraj się zostawić za sobą dobry ślad.

Muszę przyznać, że pasuje mi to. Nie przeszkadza mi to nawet, gdy uparcie starają się przypominać o swoim wyznaniu, choć... przyznam, że ni w ząb nie wiem, w co tak naprawdę wierzą ;). W końcu Celtowie, Słowianie i inne "pogańskie" narody miały odmienne wierzenia. Omnia zaś... wydaje mi się, że chce po prostu zwracać uwagę na korzenie. Obojętnie jakie, po prostu aby przemyśleć na w pół zapomnianą przeszłość, a następnie przez jej pryzmat spojrzeć na to, co nas otacza. Następnie zaś na to, co może nastąpić.



Wiele rzeczy bierzemy za niezmienne. Wielu moich znajomych narzeka na swój los, na pracę, na żonę (tak, już jestem taki stary, że znajomi się żenią, vel wychodzą za mąż!), generalnie siedzi na czterech literach i nie chce zauważyć błogosławieństw, które ich otaczają.

Powyższy utwór zaś, to w zasadzie pieśń żałobna. Smutna, piękna i trafiająca (do mnie).
Jak mogłoby, w końcu, nie trafić do mnie:

Where's my pretty face?
And where's my holy place?
All have flowed away like water
Where's the summer sun?
And where have all the good times gone?
All have flowed away in time
(...)
Life is like a music hall
But you don't get a curtain call
The trees of youth have come to fall… asunder

And the wheel of time rolls on…

An empty space left in my bed
That's where you used to lay your head
But no 'good night, love' sweetly said… without you (...)


Tęsknota, melancholia, ale i przekłucie tego w coś pozytywnego, pięknego.
Tak sobie siedzę i myślę, jak wielu z nas (tak, wliczając mnie), brakuje takiego podejścia. Zwykłego, prostego zachwytu życiem. Mamy w końcu taką wygodę. Nie musimy przejmować się upolowaniem posiłku, dachem nad głową, utrzymaniem ognia.
Cywilizacja popchnęła nas do przodu, możemy więc zajmować się takimi pierdołami, jak polityka, bądź zarabianie pieniędzy (dla samego ich posiadania).
Wiadomo, najzdrowiej jest ze złotym środkiem, lecz... mi osobiście jest chyba bliżej do tych, którzy mają "bats in the belfry", którzy "are looking for their marbles", którzy mają "toys in the attic"



Widzicie, obojętnie w co oni wierzą, jest mi do nich bliżej niż do typowego Mohera. Ba, nie tylko mohera. Od dawna prawdziwą wolność czuję tylko w trasie. W górach, w lesie, chroniąc się przed desczem w namiocie, albo patrząc się nocą w gwiazdy, z dala od zgiełku, świateł, od wyścigu szczurów.
Takie włóczenie się. Ba, nawet rozbicie się na Woodstocku. Mimo tego, że nie lubię lubi, uważam nasz gatunek za głupi i pozbawiony zdrowego rozsądku... a jednak zawsze mnie zadziwiacie. Te napotkane osoby są pozytwne, pomocne, piękne (i nie mówię tutaj koniecznie o wyglądzie).
Może mam szczęście, może ciągnie swój do swego, może mój szczery, słowiański uśmiech czyni cuda...

Tak czy inaczej, życzę Wam, byście byli wolni, tak jak muzycy Omnii ;)



M.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Kilka postnoworocznych refleksji.

Tak, lubię długie słowa. Weinachtsbaumglasskugel dalej mnie rozczula, mimo iż teutońska mowa wywołuje u mnie wrodzoną i/lub wpojoną niechęć. Programową, niemal.

Żaden problem, jednak. Szczególnie, iż nie tego ma wpis dotyczyć. Przede wszystkim, chcę się w nim pośmiać z całej idei postanowień noworocznych, z nagonki na WOŚP, a także z egzaminów na prawo jazdy. Najprawdopodobniej uczynię to w takiej właśnie kolejności, lecz niekoniecznie.

Zaczynamy z wykopu. Wszyyyyyscy wraz z nastaniem pierwszego stycznia (kiedy on dla kogo nastał, kiedy kto wytrzeźwiał - nie osądzam) staliśmy się uczciwsi, szczuplejsi, skrupulatniejsi, no po prostu same ideały.
Politycy się kochają, hierarchowie przestali wygadywać pierdoły, a ja nie mam lenia w sprawach, które mnie nudzą. Żyć, nie umierać!

Miałem dwa postanowienia noworoczne. Wyzdrowieć (udało się... chyba) oraz zdać egzamin teoretyczny na prawo jazdy (1 błąd!). Myślę, że misja wykonana, mogę więc, bez wyrzutów sumienia, oddać się kontrolowanemu hedonizmowi. A co! Zasłużyłem sobie! Kto inny w tak krókim czasie spełnił swoje postanowienia, hmmm?

Z pewnością nie politycy. Oni, programowo, zgupieli. Argumentów podawać nie muszę. Rozbroili mnie także, zgodnie z przewidywaniami, przeróżni nawiedzeni "duchowni", z lubością obsmarowujący Jerzego Owsiaka i jego fundację.
Ja rozumiem, Caritas pomaga na o wielę większą skalę, lecz, humanitarne zachowanie powinno chyba zobligować do wyciągania ręki do drugiego człowieka, prawda?
Szczególnie gdy ów rozdaje raczej wędki, niż ryby - tak obrazowo opisując.

Najpiękniejsze były ukazujące się w Internecie paszkwile, wywodzące się, rzecz jasna, ze środowiska PiS'owskiego. Dziwić nie ma się czemu, wszak Mały Wódz lasuje mózg jak miło, prostując fałdy nawet relatywnie inteligentnym jednostkom, pokroju Ziemkiewicza. Cóż, miejmy nadzieję, że ów nie zbłądzi aż tak daleko na brunatno, by nie wrócić do prawicy, która mogłaby użyć jego pióro do szczytnych celów. Powiedzmy sobie wprost, że czasem pomysły to ma ów jegomość nawiedzone.

Prawdopodobnie powinienem jako postanowienie noworoczne założyć sobie... hmmmm... sam nie wiem co.
Jestem osobą relatywnie szczęśliwą. Względnie ustabilizowaną emocjonalnie. Ba, chyba nawet odpowiedzalną (na tyle, na ile mi się chce). W dodatku jestem jednostką wybitną, niepowtarzalną i skromną, więc nic, tylko czekać na nadchodzące szczęście. O! Już nawet wygląda zza horyzontu ;). Oby nie horyzontu zdarzeń, hyhy.

Nim to jednak nastanie, przede mną jeszcze jeden egzamin, taka niemalże matura. ba, egzamin przy którym i matura i magisterka to bzdura!
Egzamin, na którym można oblać z powodu śniegu, z powodu widzimisię, bądź chorego kolana :). Cóż, tak się zdarza, że przy zbyt częstym wciskaniu sprzęgła odrobinę wysiada mi lewe kolano (no, trudno żebym je naciskał prawym, eh).
Co tam jednak będę się żalił!

Połowa mojej grupy nie zdała egzaminu teoretycznego. Teoretycznie mam więc egzamin (praktyczny) zdany, a przynjamniej mam na to półroku. Ha! Może nawet zdąrzę przed wiosną i kursem na prawko na motor? Mmmmm, marzy mi się taki chopper, lub cruiser. Raczej chopper, już chyba wystarczająco zmężniałem, aby nie wyglądać na takiej maszynie jak szczyl :).

Zresztą, poważnie, połowa osób nie zdała egzaminu na którym popełniłem jeden błąd przez nieuwagę, do któego zaś przygotowywałem się przez jeden wieczór. Jednak rowerzyści znają się na ruchu drogowym, proszę państwa :).
Pamiętajcie więc o tym, gdy następnym razem będziecie na nich, lub na pieszych, wymuszać pierwszeństwo. Bądź, gdy będziecie jechać jak idioci, nie zwracając uwagi na nikogo, uprzywilejowani "zmotoryzowani".

Mam dla Was złą wiadomość, pędzący przed siebie panowie bez mózgu - wsyzstkie prawdziwe kobiety wiedzą, że rekompensujecie sobie małe członki :D.

Pozdrawiam tych, którzy wiedzą, kiedy przystanąć i powąchać kwiaty... a kiedy olać debilne przepisy sikiem prostym!

M.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Para-życzenia

Wigilia tuż tuż. Tradycyjnie, dla Polaków, najważniejsza część obecnych świąt. Tylko dla Polaków? Ano, nie do końca tylko, niektóre zasadniczo katolickie kraje także ją zauważają, jednak to nie to samo.
Polska tradycja zdominowała wigilią, karpiem, wódką i prezentami wszystko.
Mamy więc rodzinę, mamy zbyt małe mieszkania, w których przebywa nagle więcej ludzi, niż w przeciętnym M2 z okresu PRL, mamy stres, kłótnie i inne "tradycyjne" sprawy.

Akurat u mnie w tym roku, jak też w miarę zazwyczaj, względny spokój. Mała rodzina = mały kłopot. Także i ja, tradycyjnie, obijam się, jak mogę. Niby kilka osób na Wigilię przyjechało "do mnie", ale to same kobiety (taka rodzina), więc "tradycyjnie" nie robię nic. Pasuje mi? A pewnie. Aż taki przeciwko tradycji nie jestem :).

Głupotą jest zaś nasza, barejowska niemalże, "nowa świecka tradycja". A i stara też mnie, cóż, dziwi pokątnie.
Święta to święta. Mówcie co chcecie. Ja nawet swoją babcię gonię, że niby taka katoliczka, a jakoś tego okresu nie przeżywa.
Rodzina, jedzenie, prezenty, koniec.

Sekularyzacja totalna. Nie żebym chciał komuś narzucać mistyczne przeżycie świąt. Kto mnie zna, to wie, że mam jakieś para-chrześcijańsko-gnostyczno-niedookreślone duchowo odjazdy. Kto nie zna, właśnie się dowiedział(/a).

Ciekawą rzecz dzisiaj usłyszałem w radiu, przypadkiem. Rzadko radia słucham. Tutaj zaś, pewien ksiądz (chyba?) wypowiedział następujące słowa:
"Obecnie święta to jak tradycja spotykania się przy obiedzie z okazji urodzin prababki. Są buraczki, jest kompocik, tylko tej prababci przy stole jakby mniej."

Paradoksalnie, mówię tutaj OK. Samemu nie po drodze mi z katolicyzmem. Nie po drodze mi z masami, z rytuałem, z pustą, nic nie znaczącą dla cuchnących przetrawianych alkoholem wyć (czytaj: pieśni) na pasterce.
Cóż jednak przeszkadza mi przystanąć i zadumać się na chwilę?
Pomyśleć, dlaczego miałbym popadać w szał świątecznych zakupów, konsumpcjonizmu, życia na pokaz i na zastaw? Spojrzeć w lustro i przyznać się, że bałbym się otworzyć drzwi "zbłąkanemu rodakowi" i ugościć go przy wigilijnym stole.
Takie czasy, człowieka coraz mniej nie tylko naokoło. Także i we mnie.
Czy wstydzę się tego? Tak i nie, zarazem.
Wstydzę się, że nigdy nie dorównam swoim ideałom, że nigdy nie będę tak otwarty i dobry (cokolwiek by to miało znaczyć), jak bym sobie tego życzył.
Jednocześnie jednak odczuwam pewną ulgę. Zawitała we mnie, choć na chwilę, refleksja.

Myślę, zastanawiam się, staram się zmienić w sobie to, co czuję, że nie do końca do mnie "pasuje". Taki mały oddech Spiritus Mundi.
Podobno wieje on przez świat i dotyka każdego.

I tego właśnie, tak naprawdę życzę dzisiaj wszystkim. Nie dajcie się ogłupić, nikomu i dla żadnej sprawy. Po prostu odnajdźcie w sobie nową głębie. Teraz, na zawsze i codziennie na nowo!

M.