Proszę państwa, miało być o językach, będzie o czymś jedynie mocno pokrewnym...
Jakiś czas temu doszło do moich uszu, że tzw. Karta Nauczyciela trafiła do Trybunału Konstytucyjnego, w celu przyjrzenia się ewentualnym odstępstwom od normy.
Normą jest jak się okazuje, wybaczcie spowodowane podniesionym ciśnieniem sformułowanie, brak 'opierdalania się' reszty społeczeństwa.
Popatrzmy... Pracuję sobie w tej chwili dwadzieścia-dwie godziny w wymiarze tygodnia. Gdy musiałem w trybie doraźnym zastępować koleżankę która poszła na urlop macierzyński wyrabiałem dobre 32 godziny w tygodniu.
Jeżeli myślicie, że będąc nauczycielem kontraktowym (trzeci rok pracy) i posiadając dyplom magisterski chociaż zbliżyłem się do zarabiania niebagatelnej jak na Wrocław sumy dwóch tysięcy złotych , to... MYLICIE SIĘ.
Pozwólcie, że przedstawię kilka faktów:
- nauczyciele zarabiają na godzinę rzeczywistej pracy (nawet pomijając zapominaną dyspozycyjność w zakresie 40 godzin/tydzień - wywiadówki, sprawdzanie testów, dzienniki i inne pierdoły) mniej niż zarabia np. konduktor PKP (co wiem z pierwszej rynki - rozmowa z kuzynem);
- nauczyciele nie 'opieprzają' się w wakacje; spróbujcie kazać uczniom iść do szkoły między końcem czerwca a początkiem września, to spalą ten burdel na ul. Wiejskiej i będzie spokój... hmmm... zróbcie tak! Proszę!
- praca nauczyciela może sprawiać przyjemność i nawet często to robi... z tym że odsetek bydła z którym spotykamy się na co dzień zasługuje na więcej niż jakieś 1400 złotych na rękę (poza jakimś małym dodatkiem motywacyjnym, czy innymi śmiesznymi premiami jest to wynagrodzenie stałe dla każdego z takim stażem)
- czysty kretynizm MEN zrzuca na nasze barki tony pracy papierkowej zasięgem swej biurokratycznej bezmyślności zaczynający sięgać powoli Procesu Kafki
Co zaś teraz chciałby bardzo zrobić 'nasz kochany' TK?
Zmienić prawo, abyśmy podpisywali umowę o pracę, a nie kontrakt. Mówiąc szczerze jest mi to obojętne, radzę sobie w pracy i mam bardzo ładny poziom 'zdawalności' w swoich klasach maturalnych (a miałem tam bardzo zaniedbanych językowo uczniów - z powodu tego, że przez pewien czas nie miał ich kto uczyć )
Oczywiście (ocenzurowano) z gazetaprawa.pl mają nauczycielom za złe, cytuję:
(...)z góry określone zarobki, wiele dodatków do pensji, trzymiesięczne wakacje, roczne płatne urlopy na podratowanie zdrowia, a do tego wszystkiego 18-godzinny tydzień pracy(...)
Jakoś jeszcze nie widziałem pracy w której zarobki zmieniały by się z miesiąca na miesiąc, zaś rozliczamy się za każdą wypracowaną godzinę i nadgodzinę, więc jest to z (ocenzurowano) wyjęte.
Dodatki do pensji? Proszę państwa, są one śmiesznie małe. Z chęcią jednak z nich zrezygnuję, ponieważ często są uznaniowe i z jakiejś głupiej przyczyny mogą zostać nieprzyznane (zdarzyło mi się tak już dwa raz w trzyletniej karierze).
Preferowałbym wyższą pensję miesięczną, naprawdę.
TRZYMIESIĘCZNE wakacje?
Ciekawi mnie co za kretyn takie coś wymyślił? Po prostu słów brak. 26 czerwca mamy koniec roku szkolnego. 1 września zaś przypada w środę... czy ktoś widzi tutaj 90 dni wolnego? Czy może raczej jakaś ofiara nie potrafi liczyć?
O osiemnastogodzinnym tygodniu pracy nie będę się nawet wypowiadał. Z chęcią przyjąłbym, rzecz jasna, 40-godzinny tydzień pracy, tak jak jest na zachodzie.
Z tym że wszystko załatwiałbym podczas tzw. office hours, zaś po wypracowaniu pełnego etatu mógłbym pokazać gest Kozakiewicza każdemu, kto miałby do mnie sprawę.
Dlaczego? Ponieważ byłbym po pracy. O, piękna sprawa.
Że co, że niby 'niepedagogicznie'?
Niepedagogicznym nazwałbym wychowanie bezstresowe. Cały rok układam sobie jakoś klasy w technikum, dopiero pod koniec drugiego semestru zorientowali się, że przeklinanie na lekcji to zły pomysł. Proszę państwa, takie rzeczy wynosi się z domu...
Praca nauczyciela jest specyficzna. Jesteśmy niedopłacani, pracujemy na przestarzałym często sprzęcie, klasy są zbyt duże, rodzice mają zaś gdzieś zachowanie swoich uczniów.
Jeżeli mamy 'w porządku' dyrekcję, to da się przeżyć. Pracowałem zaś raz ze służbistką i przecierałem oczy ze zdumienia, jak owa dyrektorka potrafiła zachowywać się w stosunku do kadry pedagogicznej.
Niemniej... naprawdę nie zdziwcie się, jeżeli któregoś roku nie odbędą się matury.
Słyszeliście o strajku? Widzicie, nauczycielskie związki zawodowe to banda złodziei, którzy dbają tylko o swoje tyłki, jak zresztą każdy inny post-socjalistyczny relikt.
Niemniej nawet one nie mogą w nieskończoność trzymać głowy w piasku. Jeżeli nie będzie Karty Nauczyciela, to ich istnienie nie będzie miało już większego sensu.
I wtedy nie zrobimy tak, jak zrobili górnicy. Nie wyjdziemy na ulicę i nie podpalimy jakiegoś Bogu ducha winnego policjanta.
Po prostu zawalimy całemu kraju rok edukacji, ot takie wypięcie się pośladkami na tych, którzy wypinają się na nas.
Czego ani sobie, ani nikomu innemu nie życzę.
wtorek, 8 czerwca 2010
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Język sztuczny, język żywy
Język którego uczymy(-liśmy ;) ) się w szkole to język mocno skodyfikowany, formalny, nie podlegający większym zmianom. Wymaga on dużej poprawności, jest raczej sztywny (wiem z doświadczenia, iż używając kreatywnego podejścia do składni dostawałem burę za burą od polonistki... niesłusznie, moim zdaniem, gdyż były w pełni zrozumiałe).
Poza szkołą mówimy różnie. Inaczej w domu, inaczej z sąsiadami, w urzędzie, w pracy.
Zupełnie inaczej mówimy rozmawiając z przyjaciółmi, grając z nimi w piłkę, inaczej rozmawiamy w pubie.
Dodajmy jeszcze do tego żargony, dialekty, regionalne wariacje.
"Sialeństwo" ;)
Nawet tak banalny (poza wymową i pisownią ;) ) język jak angielski dzieli się nie tylko na odmiany z różnych krajów (w Irlandii, w Anglii i w USA brzmi on odmiennie).
Mamy też takie perełki jak mieszkańcy Baile Átha Cliath (Dublin) oraz Cork.
Problem jest taki, iż mieszkańcy obu miast ledwo rozumieją się nawzajem. W ramach jednego języka mamy naprawdę dużą różnorodność.
Po co, na co, dlaczego?
Dla mnie to jest piękno języka :).
Abstrahując już od tzw. języka wewnętrznego, a więc czegoś pomiędzy wyrażaniem słowami myśli oraz emocj, słownictwo, składnia oraz wszelkie inne aspekty mowy (jak na przykład akcent) wyrażają po prostu naszą indywidualność.
Dlatego właśnie nie cierpię 'kolesi spod bloku', których sposób wyrażania myśli zdradza wyraźnie... cóż, brak jakichkolwiek ciekawych myśli :).
Bynajmniej nie mówię przez to, że dobre i efektowne wysławianie się jest miarą inteligencji. Osoby nieśmiałe i introwertyczne zazwyczaj mają z tym problem.
Ja chociażby o wiele lepiej piszę niż mówię, chociaż upodobanie do dramy i takich tam wykazało we mnie niemały talent aktorski.
No i co ja teraz poradzę, że wielu ludzi odbiera mnie jako ekstrawertyka :) ?
Wracając jednak do języka, jego poprawności, a także badań nad nim...
Ja lubię się często i gęsto popisywać moją relatywną łatwością w formułowaniu myśli. Nie zawsze jest oczywiście cukierkowo, ale taką już mam przywarę ;).
Także wykształcenie i po części praca wyrobiły we mnie wielki szacunek oraz zainteresowanie zarówno praktycznym jak i teoretycznym aspektem języka (jak się komuś to głupio kojarzy, to gratuluję :D ).
Jednym z wyrazów tej fascynacji jest zainteresowanie językoznawstwem jako takim (nie żebym z tego w końcu pracę magisterską był napisał).
I właśnie jeżeli już o tym mówimy, to istnieją trzy rzeczy które wywołują u mnie ogromny podziw. Są to:
- esperanto, a więc stworzony przez Ludwika Zamenhofa język doskonale regularny; esperanto, będąc w istocie językiem niedokończonym pod względem leksykalnym, posiada jednak idealnie proste reguły gramatyki, składni i w zasadzie czegokolwiek co go dotyczy
- Sindarin i Quenya, a więc fikcyjne... wróć... sztuczne języki stworzone przez Tolkiena na potrzeby swojego projektu
- projekt Tolkiena, a więc monumentalne dzieło będące w istocie nowożytną mitologią spisaną na kanwie wyspiarskich legend, archetypów i mentalności; nie tylko pod względem językowym i literaturoznawczym, ale i właśnie archetypowym, tak zwana 'Trylogia' rozpaliła umysły wielu... niestety także naśladowników.
Podczas kolejnych wpisów postaram się przybliżyć przede wszystkim najciekawsze fakty związane z Sindarinem i Quenyą, a także powiem dlaczego książki Tolkiena są przereklamowane... z drugiej strony dlaczego nie doceniamy w nich tego, co naprawdę zasługuje na podziw.
Navaer!
Poza szkołą mówimy różnie. Inaczej w domu, inaczej z sąsiadami, w urzędzie, w pracy.
Zupełnie inaczej mówimy rozmawiając z przyjaciółmi, grając z nimi w piłkę, inaczej rozmawiamy w pubie.
Dodajmy jeszcze do tego żargony, dialekty, regionalne wariacje.
"Sialeństwo" ;)
Nawet tak banalny (poza wymową i pisownią ;) ) język jak angielski dzieli się nie tylko na odmiany z różnych krajów (w Irlandii, w Anglii i w USA brzmi on odmiennie).
Mamy też takie perełki jak mieszkańcy Baile Átha Cliath (Dublin) oraz Cork.
Problem jest taki, iż mieszkańcy obu miast ledwo rozumieją się nawzajem. W ramach jednego języka mamy naprawdę dużą różnorodność.
Po co, na co, dlaczego?
Dla mnie to jest piękno języka :).
Abstrahując już od tzw. języka wewnętrznego, a więc czegoś pomiędzy wyrażaniem słowami myśli oraz emocj, słownictwo, składnia oraz wszelkie inne aspekty mowy (jak na przykład akcent) wyrażają po prostu naszą indywidualność.
Dlatego właśnie nie cierpię 'kolesi spod bloku', których sposób wyrażania myśli zdradza wyraźnie... cóż, brak jakichkolwiek ciekawych myśli :).
Bynajmniej nie mówię przez to, że dobre i efektowne wysławianie się jest miarą inteligencji. Osoby nieśmiałe i introwertyczne zazwyczaj mają z tym problem.
Ja chociażby o wiele lepiej piszę niż mówię, chociaż upodobanie do dramy i takich tam wykazało we mnie niemały talent aktorski.
No i co ja teraz poradzę, że wielu ludzi odbiera mnie jako ekstrawertyka :) ?
Wracając jednak do języka, jego poprawności, a także badań nad nim...
Ja lubię się często i gęsto popisywać moją relatywną łatwością w formułowaniu myśli. Nie zawsze jest oczywiście cukierkowo, ale taką już mam przywarę ;).
Także wykształcenie i po części praca wyrobiły we mnie wielki szacunek oraz zainteresowanie zarówno praktycznym jak i teoretycznym aspektem języka (jak się komuś to głupio kojarzy, to gratuluję :D ).
Jednym z wyrazów tej fascynacji jest zainteresowanie językoznawstwem jako takim (nie żebym z tego w końcu pracę magisterską był napisał).
I właśnie jeżeli już o tym mówimy, to istnieją trzy rzeczy które wywołują u mnie ogromny podziw. Są to:
- esperanto, a więc stworzony przez Ludwika Zamenhofa język doskonale regularny; esperanto, będąc w istocie językiem niedokończonym pod względem leksykalnym, posiada jednak idealnie proste reguły gramatyki, składni i w zasadzie czegokolwiek co go dotyczy
- Sindarin i Quenya, a więc fikcyjne... wróć... sztuczne języki stworzone przez Tolkiena na potrzeby swojego projektu
- projekt Tolkiena, a więc monumentalne dzieło będące w istocie nowożytną mitologią spisaną na kanwie wyspiarskich legend, archetypów i mentalności; nie tylko pod względem językowym i literaturoznawczym, ale i właśnie archetypowym, tak zwana 'Trylogia' rozpaliła umysły wielu... niestety także naśladowników.
Podczas kolejnych wpisów postaram się przybliżyć przede wszystkim najciekawsze fakty związane z Sindarinem i Quenyą, a także powiem dlaczego książki Tolkiena są przereklamowane... z drugiej strony dlaczego nie doceniamy w nich tego, co naprawdę zasługuje na podziw.
Navaer!
niedziela, 6 czerwca 2010
Enneagram
Panie i panowie, jednodniowa przerwa we wpisach (a już tak ładnie się zaczynało ;) ) spowodowana jest przyczyną niezmiernie prozaiczną.
Wieczór kawalerski, choć nie mój (tak jestem wolny i do wzięcia ;) ), potrafi być dość absorbujący i wymagający.
Aczkolwiek jakoś już jego uczestnicy, łącznie ze skromnym i nie słodzącym sobie autorem tego bloga, dochodzą do siebie. Powoli, czasem z kłopotami, lecz najważniejsze iż skutecznie.
Dzisiejszy wpis nie będzie jednak dotyczył wieczorów kawalerskich, gdyż jakoś nie mam specjalnych komentarzy na temat takowych wydarzeń. Cóż, a przynajmniej nie mam komentarzy związanych z tematyką mojego bloga ;). Reszta pozostanie milczeniem ;).
Zaś nawiązując do dzisiejszego tematu; enneagram to test psychologiczny, którego ostatnia wersja została opracowana przez psychologów Don'a Richard'a Riso oraz Russ'a Hudson'a. (na marginesie - skłaniam się do stosowania odmiany imion i nazwisk cudzoziemskich z zastosowaniem apostrofu świadomie, aby nie utrudniać czytelnikom wyszukiwania informacji na własną rękę)
Owa dwójka opracowała nowy (relatywnie) sposób na odczytywanie połączeń i zależności pomiędzy dziewięcioma typami ludzkich charakterów, opartych na... aj, co się będę rozpisywał? Wszystko to jest całkiem zgrabnie rozpisane na stronie http://www.enneagram.pl/
Zainteresowanych tam odsyłam po więcej informacji, za to teraz napiszę dlaczego warto poświęcić kwadrans na zrobienie owego testu oraz zapoznanie się z wynikiem.
Otóż enneagram, przynajmniej w zaprezentowanej w powyższej wersji formie, jest kolejnym sposobem na pełniejsze zapoznanie się z samym (czy samą sobą).
Przy okazji nie jest to żaden horoskop, żadne tam pseudo-mistyczne pitu-pitu rodem z "Przyjaciółki", czy też "Bravo".
Enneagram daje wiele podpowiedzi na temat tego, jak postrzegamy świat, siebie i innych. U mnie sprawdza się to w sposób przerażająco wręcz dokładny.
Cóż, każdy kto mnie zna i wie co nieco o mnie, z łatwością przyzna że łatka 4w6 ("włóczęgi" ;) ) pasuje do mnie jak ulał.
Nie każdy ma takie odczucia co do wyniku, rzecz jasna!
Jest to w końcu tylko i wyłącznie test psychologiczny, nie zaś wyrocznia.
Enneagram opisuje, a przynajmniej moim zdaniem, raczej potencjał wrodzonej osobowości, niźli efekt końcowy przemnożony przez nasze doświadczenia życiowe.
Jako pomoc w zrozumieniu siebie jest więc niezmiernie przydatnym narzędziem. Nie należy jednak podchodzić do tego bezkrytycznie, czy też wierzyć mu ślepo.
Inaczej nie będziemy się różnić od wypranych z rozumu scjentologów ;).
Tak czy inaczej, polecam enneagram gorąco, gdyż wszystko co pomaga nam się rozwijać (szczególnie gdy nie wiążę się to z wielkim kosztem) jest niezmiernie i niezmiennie warte promowania.
Explore thyself ;)
Wieczór kawalerski, choć nie mój (tak jestem wolny i do wzięcia ;) ), potrafi być dość absorbujący i wymagający.
Aczkolwiek jakoś już jego uczestnicy, łącznie ze skromnym i nie słodzącym sobie autorem tego bloga, dochodzą do siebie. Powoli, czasem z kłopotami, lecz najważniejsze iż skutecznie.
Dzisiejszy wpis nie będzie jednak dotyczył wieczorów kawalerskich, gdyż jakoś nie mam specjalnych komentarzy na temat takowych wydarzeń. Cóż, a przynajmniej nie mam komentarzy związanych z tematyką mojego bloga ;). Reszta pozostanie milczeniem ;).
Zaś nawiązując do dzisiejszego tematu; enneagram to test psychologiczny, którego ostatnia wersja została opracowana przez psychologów Don'a Richard'a Riso oraz Russ'a Hudson'a. (na marginesie - skłaniam się do stosowania odmiany imion i nazwisk cudzoziemskich z zastosowaniem apostrofu świadomie, aby nie utrudniać czytelnikom wyszukiwania informacji na własną rękę)
Owa dwójka opracowała nowy (relatywnie) sposób na odczytywanie połączeń i zależności pomiędzy dziewięcioma typami ludzkich charakterów, opartych na... aj, co się będę rozpisywał? Wszystko to jest całkiem zgrabnie rozpisane na stronie http://www.enneagram.pl/
Zainteresowanych tam odsyłam po więcej informacji, za to teraz napiszę dlaczego warto poświęcić kwadrans na zrobienie owego testu oraz zapoznanie się z wynikiem.
Otóż enneagram, przynajmniej w zaprezentowanej w powyższej wersji formie, jest kolejnym sposobem na pełniejsze zapoznanie się z samym (czy samą sobą).
Przy okazji nie jest to żaden horoskop, żadne tam pseudo-mistyczne pitu-pitu rodem z "Przyjaciółki", czy też "Bravo".
Enneagram daje wiele podpowiedzi na temat tego, jak postrzegamy świat, siebie i innych. U mnie sprawdza się to w sposób przerażająco wręcz dokładny.
Cóż, każdy kto mnie zna i wie co nieco o mnie, z łatwością przyzna że łatka 4w6 ("włóczęgi" ;) ) pasuje do mnie jak ulał.
Nie każdy ma takie odczucia co do wyniku, rzecz jasna!
Jest to w końcu tylko i wyłącznie test psychologiczny, nie zaś wyrocznia.
Enneagram opisuje, a przynajmniej moim zdaniem, raczej potencjał wrodzonej osobowości, niźli efekt końcowy przemnożony przez nasze doświadczenia życiowe.
Jako pomoc w zrozumieniu siebie jest więc niezmiernie przydatnym narzędziem. Nie należy jednak podchodzić do tego bezkrytycznie, czy też wierzyć mu ślepo.
Inaczej nie będziemy się różnić od wypranych z rozumu scjentologów ;).
Tak czy inaczej, polecam enneagram gorąco, gdyż wszystko co pomaga nam się rozwijać (szczególnie gdy nie wiążę się to z wielkim kosztem) jest niezmiernie i niezmiennie warte promowania.
Explore thyself ;)
piątek, 4 czerwca 2010
Gwiazdy
Proszę państwa, dwoje obserwatorów jawnych, komentarz przy jednym z wpisów oraz anonimowa osoba, która, być może, będzie czytała ten blog.
Powoli robię się sławny ;).
No nic, żarty żartami, a pora coś naskrobać.
Pomysł, dość przypadkowo i raczej nieświadomie, nasunęła mi pewna znajoma osoba, której to nie omieszkam właśnie pozdrowić... ot taki przywilej "autora" ;).
Bonsoir, Mademoiselle.
Prywatę więc zakańczając, uspokoję pisać będę nie o celebrytach (że też mi takie brzydkie słowa przez, eee, palce przechodzą ;) ), lecz o ciałach niebieskich, towarzyszących nam w nocy, świecących na bezchmurnym niebie.
No cóż, przynajmniej tak być powinno.
Niestety już dawno nie miałem okazji widzieć nad sobą rozgwieżdżonego, srebrzystego nocnego nieba.
W miastach, obojętnie czy małych, czy też dużych, jest... sami wiecie jak.
Pomarańczowy poblask na szarym niebie ma czasem swój urok.
Pasuje, gdy miasto nie śpi, a człowiek idzie jego ulicami, wsłuchując się w puls zabawy.
Czasem bywa zdrowy, czasem chory.
Raz mnie wciąga, raz drażni.
Nigdy jednak nie jest naturalny.
Nigdy nie zastąpi mi gwiazd.
Parę razy zdarzało mi się sypiać pod gołym niebem.
Niesamowite przeżycie, szczególnie dookoła jest cisza, spokój, w koronach pobliskich drzew szumi wiatr...
A ja jestem sam na sam z czymś nieogarnionym. Niektórych z tych gwiazd być może już nawet nie ma. Ich światło podróżuje przecież, no, z teoretycznie maksymalną możliwą prędkością, lecz i tak odległości te są ogromne.
W dodatku każdy z takich punkcików to inny 'układ słoneczny'.
W naszym planet mamy...hmmm... no to kwestia technicznie rzecz biorąc sporna ;).
Powiedzmy, że osiem.
Ogrom, dla mnie nieprzeliczony i nie dający się opisać.
Ledwo daję sobie radę ze zrozumieniem Ziemi, a cóż dopiero mam myśleć o Kosmosie?
Nie myślę więc, lecz czuję. Taka jest więc moja reakcja... prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, dlaczego świat (i wszechświat) działa tak, jak działa (zresztą nawet z tym ostatnim mamy kłopoty ;) ).
Nie przeszkodzi mi to jednak zachwycać się jego pięknem.
A zakończę wierszem wierszem Williama Blake'a, gdyż czemuż by nie ;) ? Tytuły nie podam i to z premedytacją, wynika on jednak bardzo jasno z samego utworu :).
Thou fair-hair'd angel of the evening,
Now, whilst the sun rests on the mountains, light
Thy bright torch of love; thy radiant crown
Put on, and smile upon our evening bed!
Smile on our loves, and while thou drawest the
Blue curtains of the sky, scatter thy silver dew
On every flower that shuts its sweet eyes
In timely sleep. Let thy west wind sleep on
The lake; speak silence with thy glimmering eyes,
And wash the dusk with silver. Soon, full soon,
Dost thou withdraw; then the wolf rages wide,
And then the lion glares through the dun forest:
The fleeces of our flocks are cover'd with
Thy sacred dew: protect them with thine influence!
Powoli robię się sławny ;).
No nic, żarty żartami, a pora coś naskrobać.
Pomysł, dość przypadkowo i raczej nieświadomie, nasunęła mi pewna znajoma osoba, której to nie omieszkam właśnie pozdrowić... ot taki przywilej "autora" ;).
Bonsoir, Mademoiselle.
Prywatę więc zakańczając, uspokoję pisać będę nie o celebrytach (że też mi takie brzydkie słowa przez, eee, palce przechodzą ;) ), lecz o ciałach niebieskich, towarzyszących nam w nocy, świecących na bezchmurnym niebie.
No cóż, przynajmniej tak być powinno.
Niestety już dawno nie miałem okazji widzieć nad sobą rozgwieżdżonego, srebrzystego nocnego nieba.
W miastach, obojętnie czy małych, czy też dużych, jest... sami wiecie jak.
Pomarańczowy poblask na szarym niebie ma czasem swój urok.
Pasuje, gdy miasto nie śpi, a człowiek idzie jego ulicami, wsłuchując się w puls zabawy.
Czasem bywa zdrowy, czasem chory.
Raz mnie wciąga, raz drażni.
Nigdy jednak nie jest naturalny.
Nigdy nie zastąpi mi gwiazd.
Parę razy zdarzało mi się sypiać pod gołym niebem.
Niesamowite przeżycie, szczególnie dookoła jest cisza, spokój, w koronach pobliskich drzew szumi wiatr...
A ja jestem sam na sam z czymś nieogarnionym. Niektórych z tych gwiazd być może już nawet nie ma. Ich światło podróżuje przecież, no, z teoretycznie maksymalną możliwą prędkością, lecz i tak odległości te są ogromne.
W dodatku każdy z takich punkcików to inny 'układ słoneczny'.
W naszym planet mamy...hmmm... no to kwestia technicznie rzecz biorąc sporna ;).
Powiedzmy, że osiem.
Ogrom, dla mnie nieprzeliczony i nie dający się opisać.
Ledwo daję sobie radę ze zrozumieniem Ziemi, a cóż dopiero mam myśleć o Kosmosie?
Nie myślę więc, lecz czuję. Taka jest więc moja reakcja... prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, dlaczego świat (i wszechświat) działa tak, jak działa (zresztą nawet z tym ostatnim mamy kłopoty ;) ).
Nie przeszkodzi mi to jednak zachwycać się jego pięknem.
A zakończę wierszem wierszem Williama Blake'a, gdyż czemuż by nie ;) ? Tytuły nie podam i to z premedytacją, wynika on jednak bardzo jasno z samego utworu :).
Thou fair-hair'd angel of the evening,
Now, whilst the sun rests on the mountains, light
Thy bright torch of love; thy radiant crown
Put on, and smile upon our evening bed!
Smile on our loves, and while thou drawest the
Blue curtains of the sky, scatter thy silver dew
On every flower that shuts its sweet eyes
In timely sleep. Let thy west wind sleep on
The lake; speak silence with thy glimmering eyes,
And wash the dusk with silver. Soon, full soon,
Dost thou withdraw; then the wolf rages wide,
And then the lion glares through the dun forest:
The fleeces of our flocks are cover'd with
Thy sacred dew: protect them with thine influence!
czwartek, 3 czerwca 2010
For the Horde!
Proszę państwa, oto kolejny krótki i w dodatku raczej hermetyczny wpis.
Otóż popełniwszy wpis z okazji dnia dziecka, zawarłem tam wiadomość o pewnym prezencie.
I cóż, oto on ;)

Cóż li to jest? - zapyta zapewne większość z Was. Odpowiedź jest tyleż prosta, co niesatysfakcjonująca, jak mniemam ;)
Jest to po prostu 'kawał dobrego szydełkowania' ;).
Cóż zaś przedstawia? Bardzo w swym przekazie hermetyczny wyraz przywiązania do czegoś co nie istnieje :D.
Po prostu albo ktoś wie i mu (czy też jej) się to podoba, bądź...
BIĆ ALLUCHA :D
Tak czy inaczej polecam http://www.photoblog.pl/szydelkowanie , photoblog prowadzony przez Silvanis.
Jak widać czynność niemalże synonimiczna z nudą (choć, jak mnie poinformowano, powyższy symbol to efekt wyszywania vel haftowania) potrafi być nie tylko zajmująca, lecz i może mieć miejsce w XXI wieku, kiedy to pozornie 'szkoda' czasu na bardziej tradycyjne formy jego spędzania.
I jeszcze raz dzięki Silv :). Jest już na honorowym miejscu!
Al'diel sha'la.
Otóż popełniwszy wpis z okazji dnia dziecka, zawarłem tam wiadomość o pewnym prezencie.
I cóż, oto on ;)
Cóż li to jest? - zapyta zapewne większość z Was. Odpowiedź jest tyleż prosta, co niesatysfakcjonująca, jak mniemam ;)
Jest to po prostu 'kawał dobrego szydełkowania' ;).
Cóż zaś przedstawia? Bardzo w swym przekazie hermetyczny wyraz przywiązania do czegoś co nie istnieje :D.
Po prostu albo ktoś wie i mu (czy też jej) się to podoba, bądź...
BIĆ ALLUCHA :D
Tak czy inaczej polecam http://www.photoblog.pl/szydelkowanie , photoblog prowadzony przez Silvanis.
Jak widać czynność niemalże synonimiczna z nudą (choć, jak mnie poinformowano, powyższy symbol to efekt wyszywania vel haftowania) potrafi być nie tylko zajmująca, lecz i może mieć miejsce w XXI wieku, kiedy to pozornie 'szkoda' czasu na bardziej tradycyjne formy jego spędzania.
I jeszcze raz dzięki Silv :). Jest już na honorowym miejscu!
Al'diel sha'la.
NIECENZURALNE ;)
Panie i panowie, za późno dziś już na pełny wpis, szczególnie że kondycja chwilowo nadwyrężona ;).
Niemniej postanowiłem coś dzisiaj (a właściwie wczoraj) dodać, więc pojawia się temat zastępczy.
Temat ów jest jak najbardziej niecenzuralny, gdyż dotyczy on raczej mało znanej (przynajmniej nie słyszałem dotąd, aby ktoś o tym wcześniej słyszał) stronki z...
Hmmm...
Czymś co wymyka się racjonalnemu określeniu ;).
Generalnie link ów NIE JEST bezpieczny do oglądania w pracy, nie należy go pokazywać osobom wrażliwym na przaśne i raczej wulgarne poczucie humoru, kręcące się w dodatku wokół erotyki (bądź raczej prześmiewczej pseudo-pornografii :D ).
Niestety znajomość języka angielskiego jest wymagana by zrozumieć część żartów.
Niemniej kontekst powinien wystarczyć ;).
So without further ado...
http://oglaf.com/
Dystans do świata, seksualności oraz 'tabu' jest dla mnie wielkim wyznacznikiem nie tyle wrażliwości, co raczej dojrzałości.
Czujcie się więc ostrzeżeni ;)
Niemniej postanowiłem coś dzisiaj (a właściwie wczoraj) dodać, więc pojawia się temat zastępczy.
Temat ów jest jak najbardziej niecenzuralny, gdyż dotyczy on raczej mało znanej (przynajmniej nie słyszałem dotąd, aby ktoś o tym wcześniej słyszał) stronki z...
Hmmm...
Czymś co wymyka się racjonalnemu określeniu ;).
Generalnie link ów NIE JEST bezpieczny do oglądania w pracy, nie należy go pokazywać osobom wrażliwym na przaśne i raczej wulgarne poczucie humoru, kręcące się w dodatku wokół erotyki (bądź raczej prześmiewczej pseudo-pornografii :D ).
Niestety znajomość języka angielskiego jest wymagana by zrozumieć część żartów.
Niemniej kontekst powinien wystarczyć ;).
So without further ado...
http://oglaf.com/
Dystans do świata, seksualności oraz 'tabu' jest dla mnie wielkim wyznacznikiem nie tyle wrażliwości, co raczej dojrzałości.
Czujcie się więc ostrzeżeni ;)
wtorek, 1 czerwca 2010
Dzień dziecka
Dwadzieścia-pięć lat. W cholerę siwych włosów na skroniach, za to chłopięca uroda (podobno).
No to mam prawo do Dnia Dziecka, co nie?
Problem jest jeden, za to sporawy. Dzień dziecka muszę sobie zrobić samemu.
No więc zrobiłem. Prezenty dla samego siebie o w sumie jakieś 200 złociszy.
Dużo, mało?
A kogo to obchodzi?
Każdy jest czyimś dzieckiem, każdy miał prawo dziś/wczoraj (zależy o której skończę ;) ) do swojego prezentu.
Mogły być to książki, dobra kawa i spotkanie z przyjacielem - jak u mnie.
Mogło to być 'shopping spree', tak jak u pewnej mojej znajomej.
Inna osoba, której w życiu nie widziałem na żywo właśnie dzisiaj wysłała mi 'zamówiony' jakiś czas temu prezent.
Przypadek?
Nawet jeśli, to mam to gdzieś.
Gdzieś miałem dzisiaj pracę. Gdzieś miałem dzisiaj obowiązki.
W pierwszej się pojawiłem. Drugie wypełniłem
Reszta była moja.
Taki dzień dla siebie. Wydałem sporą część pensji.
Jak się czuję? Nijak.
Dalej mam nadzieję na przyszłość. Dalej mam w stosunku do niej obawy. Dalej nie wiem co zrobić po wakacjach.
Niemniej ten dzień był tylko dla mnie (co dla skrajnego egocentryka jest to zbawienne w świecie, w którym każdy czegoś wymaga).
Także jeżeli dzisiaj tego nie zrobiliście, to zorganizujcie sobie dzień dziecka jutro.
Indywidualnie lub grupowo, nie gra to roli.
Zróbcie coś dla siebie, lecz nie samolubnie, wciągnijcie w to kogoś jeszcze.
Tylko wtedy to ma sens.
Berek, teraz TY gonisz ;)
No to mam prawo do Dnia Dziecka, co nie?
Problem jest jeden, za to sporawy. Dzień dziecka muszę sobie zrobić samemu.
No więc zrobiłem. Prezenty dla samego siebie o w sumie jakieś 200 złociszy.
Dużo, mało?
A kogo to obchodzi?
Każdy jest czyimś dzieckiem, każdy miał prawo dziś/wczoraj (zależy o której skończę ;) ) do swojego prezentu.
Mogły być to książki, dobra kawa i spotkanie z przyjacielem - jak u mnie.
Mogło to być 'shopping spree', tak jak u pewnej mojej znajomej.
Inna osoba, której w życiu nie widziałem na żywo właśnie dzisiaj wysłała mi 'zamówiony' jakiś czas temu prezent.
Przypadek?
Nawet jeśli, to mam to gdzieś.
Gdzieś miałem dzisiaj pracę. Gdzieś miałem dzisiaj obowiązki.
W pierwszej się pojawiłem. Drugie wypełniłem
Reszta była moja.
Taki dzień dla siebie. Wydałem sporą część pensji.
Jak się czuję? Nijak.
Dalej mam nadzieję na przyszłość. Dalej mam w stosunku do niej obawy. Dalej nie wiem co zrobić po wakacjach.
Niemniej ten dzień był tylko dla mnie (co dla skrajnego egocentryka jest to zbawienne w świecie, w którym każdy czegoś wymaga).
Także jeżeli dzisiaj tego nie zrobiliście, to zorganizujcie sobie dzień dziecka jutro.
Indywidualnie lub grupowo, nie gra to roli.
Zróbcie coś dla siebie, lecz nie samolubnie, wciągnijcie w to kogoś jeszcze.
Tylko wtedy to ma sens.
Berek, teraz TY gonisz ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)