piątek, 23 marca 2012

Mała instrukcja obsługi

Podobno enneagramowe 4w5 już tak mają. Żyją w swoim własnym świecie. Wydaje mi się, że jest to prawda. Czasem jest to świat pustki i poczucia braku czegoś ważnego. W najlepszym zaś przypadku, głęboka melancholia. Cóż, taka już cena ogólnej wrażliwości.
Czy przeszkadza mi to? Bardzo, to chyba oczywiste. Taka osobowość ma jednak swoje plusy. Piszę te słowa bez chwalenia się, ale i bez zbytniego entuzjazmu. Bo i czymże się chwalić? Że dostrzegam i czuję więcej, niż przeciętna osoba, którą spotykam na swojej drodze? Też mi nowa. Poza tym spotykam także osoby ode mnie ciekawsze, kreatywniejsze. Ot, na tyle skromności jeszcze mnie stać.

Potrafię być twórczy i energiczny, lecz ma to także swoją ciemną stronę. Czasem potrafię sobie kogoś dosłownie owinąć wokół palca. Generalnie brakuje mi empatii. A może nie empatii? Bardziej zrozumienia tego, jak myślą inni. Empatię chyba faktycznie mam, dlatego często dość łatwo trafiam w czułe punkty. O ile nie skupiam się nad tym, co mnie boli, albo co mi doskwiera.

Śmieszna w sumie sprawa. Ktoś kiedyś powiedział (no tak, wiadomo, że mówię o przedstawicielce płci pięknej), że zazdrości mi głębi przeżywania i złożoności uczuć. Zazdrościła mi tego, że potrafię znaleźć piękno w każdej jednej rzeczy. I tutaj mamy pewien problem. Rzeczywiście to potrafię. Lecz gdy jestem w energetycznym dołku, to dostrzegam tyleż wad i skaz.

Wszystko zaś rozbija się wokół tego, czy właśnie przechodzę fazę twórczą, czy też spadam przez sferę bycia content ku melancholii i tęsknocie. To jest właśnie ta dziwna sprawa. Ilekroć przeżyję coś bardzo ważnego, rozwijam się, staję się pełniejszy, tak jak i cała reszta ludzkości. Problem jednak tkwi w tym, że sam jestem dziurawy, czy może raczej mam dziurawą duszę. Wyciekam przez te miejsca, gdzie świeci pustka.

I powiem Wam, że czasem naprawdę trudno jest nie tęsknić za jakąś pozostawioną w przeszłości chwilą. Nie dlatego, że była perfekcyjna. Dlatego, że przeżyłem wiele takich, których nie chciałem kończyć, które mogłyby trwać przez całą wieczność. Ich echa tkwią we mnie ciągle, drgając strunami wspomnień, lecz są już tylko tym. Wspomnieniem czegoś, co nigdy już się nie powtórzy. Cały czas stać mnie na równie piękne. A może piękniejsze? Lecz czy starczy mi sił, gdy tęsknota za nimi tak ciąży?

M.

PS. przepraszam za wybitnie 'emo' wpis, ale leżało mi to na duszy. Mały ekshibicjonizm zazwyczaj mi pomaga.

niedziela, 18 marca 2012

Prof. Stanisław Wiśniewski - m.in. o sztuce

Wywiad z poniższego linku po raz pierwszy przeczytałem w Angorze. Na szczęście Przegląd (a stamtąd ów przedruk pochodził) jest na tyle miły, że udostępnił go także online.

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/jak-malowac-dygnitarzy-rozmowa-prof-stanislawem-wisniewskim

Streszczać nie będę, kto potrafi czytać, ten sam przeczyta. Nie każdego musi tematyka interesować, choć sama rozmowa jest ciekawa. Uwypuklę więc te zdania, które mnie ujęły ;). Nie ma co ukrywać, myślę podobnie. Cóż, kiedy ktoś jest kierownikiem Katedry Kształcenia Ogólnoplastycznego w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, to nie jest zwykłym kmiotkiem z profilu plastycznego! Ja zaś mam o sobie strasznie wysokie mniemanie, ha!

O polskich 'elitach':

Nie brakuje wśród nich zwyczajnych durniów z cenzusem, nawet z tytułami naukowymi. Ot choćby ci, którzy nagle zaczęli mówić, że istnieje naród śląski. To zawracanie głowy. Jaki naród? Kiedy z plemienia powstaje naród? Gdy tworzy własną kulturę, gdy jest ona jego spoiwem. Tylko dlatego, że jakaś grupa koślawo mówi po polsku, zaraz jest narodem. Gdy Ślązacy mówią gwarą, to mi się podoba, ale żeby ich mowę zaraz stawiać na piedestał? Jest na to chyba takie żydowskie słowo – hucpa.

O podejściu do sztuki, tego co nią nie jest:

Nie można podnosić do rangi sztandaru czegoś, co jest chrome, a to jest ostatnio u nas w modzie. To samo widzimy w sztuce. Skończyliśmy z „talentyzmem”. W związku z czym „jest u nas palma w Warszawie, na której przelotne siadają żurawie”. To jest chore, to dowód głupoty. Inaczej tego nie można nazwać. Jeżeli jakiś zapiewajło w czasie koncertu wystawił goły tyłek w stronę siedzącego na widowni premiera, to była demonstracja, a nie żaden występ artystyczny. Gdy Constantin Brâncus¸i wyrzeźbił ogromne jajo i wystawił w Szwecji, gdzie myślą, że żyją na głębokiej prowincji, to też była demonstracja artystyczna. Jeśli ktoś uważa, że to jajo jest dziełem sztuki, jest po prostu głupi. Demonstracja artystyczna może być pożyteczna. Każda demonstracja może być pożyteczna, o czym mogliśmy się przekonać chociażby w sprawie ACTA. Ale demonstrować to znaczy myśleć. A z tym u nas nie jest najlepiej i za dzieło sztuki bierzemy coś, co na to miano absolutnie nie zasługuje.

O sztuce, o tym, co nią może być:

W sztuce mówi się o formie, choć trudno określić, co to takiego jest w plastyce czy muzyce. W języku rosyjskim słowo forma oznacza mundur. Mundur nie jest taki istotny, ważne jest natomiast, kto go nosi. W okresie socrealizmu namalowano zupełnie niezłe obrazy (...) Teraz niemal każdy uznaje się za artystę. To pojęcie zrobiło się tak popularne, że właściwie już nie wiadomo, co znaczy. Tego, kim jest Doda, dowiedziałem się jakieś trzy miesiące temu. Zobaczyłem jej zdjęcie, pomyślałem, jak to się mówi na salonach, „ładna lala”. Jestem melomanem, więc posłuchałem, jak śpiewa. Śpiewa to dużo powiedziane. Takich niby-artystów mógłbym wymienić wielu. Są traktowani serio, wypowiadają się na różne tematy, polityczne, sportowe... A dlaczego oni się wypowiadają? Bo są znani z tego, że są znani.

Czyżby była to definicja celebryty? Czy raczej...

(...) kretyna, który co najwyżej jest popularny i nie rozumie, że wybitne rzeczy są dla elity i nie można się spodziewać, żeby prawdziwi artyści trafili pod strzechy (...) Chciałbym, (by sztuka zagościła pod strzechami) ale wiem, że to niemożliwe, przynajmniej do czasu, kiedy radykalnie nie podniesiemy przede wszystkim poziomu naszych szkół średnich. Na to jednak długo się nie zanosi.

Szczególnie spodobało mi się to, przed czym profesor ostrzega swoich studentów. Nie przed komercją, nie przed pieniędzmi. W końcu, po co? Pieniądze dają spokój, a to przecież dobre. Prof. Wiśniewski ostrzega przed taniochą. Nie mówię tutaj o różnicy między sztuką twórczą, by nie rzec górnolotnie, wyższą, a rzemiosłem. Rzemiosło wymaga umiejętności. Taka, np., sztuka ludowa. Wykorzystywane tam wzory są zakorzenione głęboko w naszej świadomości, są własnością kultury, a nie indywidualnego 'twórcy'. Właśnie, nie twórcy, a kogoś kto je powiela. Nawet wprowadzając małą zmianę, jest jednocześnie zamknięty w wybranej formie, oczekiwaniach. Nie tworzy, lecz replikuje. Każda modyfikacja jest tylko wariacją czegoś, co już istnieje. Wymaga to, niejednokrotnie, polotu i zdolności manualnych, lecz jednak jest rzemiosłem.
Tak samo z przeróżnymi stylami muzycznymi. Nie chcę zbytnio 'jechać' po hip-hopie, ale nie ma chyba obecnie bardziej wtórnej muzyki. Nie piszę tutaj o tekstach, wszak niektóre są całkiem niegłupie. Muzycznie jest to forma ekspresji stawiająca na podkład raczej, niż wyrażanie emocji dźwiękiem. To jest tło, podkreślenie swoistej melodeklamacji, melorecytacji, czy innej formy rapu.
I bardzo dobrze, w latach 80-ych to było nowatorskie i ciekawe. Dzisiaj ta forma jest jedną z podstawowych form wykorzystywanych w produkcji tandety.

Nie dotyczy to tylko hip-hopu. A sam metal, rock? Buntownicze rytmy i nuty gwałcone przez 'cosie' pokroju Tokio Hotel, czy inne takie post-Disney'owskie gwiazdki. Przecież, poprzez wykorzystanie pop-rockowej stylistyki, otrzymaliśmy niestrawną, skretyniałą papkę dla tych, którzy rzucają się na to co kolorowe, co jest po prostu prymitywne. I mamy tutaj drugą część problemu, wraz z tandetą 'artystyczną' idzie w parze tandeta umysłowa. Ludzie mają tendencję do szukania wzorców.
Jeżeli dla kogoś wzorcem jest Doda, to ja wysiadam.

Potrzymam więc kciuki za to, żeby więcej ludzi było w stanie samodzielnie myśleć i samodzielnie poznawać świat. Owszem, poznawanie odmiennego punktu widzenia jest ze wszach miar pozytywne: wzbogaca nas. Trudno jednak czasem (niektórym) ruszyć mózgownicą i to zrobić.

No nic, miłego ;).

M.

niedziela, 11 marca 2012

Gdy ktoś wierzy, że nie wierzy.

Skądinąd wspominałem już o podobnych przemyśleniach. W jednym z dawnych postów pojawił się wyraz mojego zdziwienia ludźmi określającymi siebie jako ateiści. Dziś, niejako przypadkiem, niejako nie, pora na rozwinięcie tematu.

Jedną z pierwszych rzeczy, których uczymy się od otoczenia i rodziny, to podejście do religii. Nie mówię tutaj o wierze, jako takiej. Jest to, ze swojej istoty, nauka sama w sobie, przyswajanie aksjomatów. Wiece, takie bezrefleksyjne chłonięcie innej formy 'Słowackiego, co wielkim poetą był'.
Gdy ktoś jest w miarę sprytny, to zadaje pytania. Czasem wcześniej, czasem później. Prowadzą one do wielu przemyśleń, chociażby takich, jak: 'Dlaczego kapłani niespecjalnie postępują tak jak głoszą, że powinni postępować?'
Nie trzeba tu być geniuszem by zauważyć, że łatwo w takim wypadku o swoisty kryzys, prowadzący do wielkiej pomyłki: utożsamiania religii z wiarą.
Ta pierwsza to zbiór zasad, nakazów i pouczeń. To tradycja i obrzędy, sposoby wspólnej celebracji, lub kontroli. Czasem przyjmują piękną formę, inspirują i dają natchnienie (a przynajmniej ja tak odbieram architekturę gotyckich kościołów). Niestety, jednocześnie potrafią być opresyjne, tłamsić i dusić (wypaczone formy fundamentalizmu).

Często słyszy się, że ktoś przechodzi kryzys wiary. Furda tam. Żaden kryzys wiary, co najwyżej światopoglądowy kryzys na temat tego, czego spodziewa się po religii, a tego, co widzi i otrzymuje.
Gdy patrzę na to, co wyprawiają kapłani przeróżnych religii na świecie, do czego wykorzystują swą 'władzę duchową', to pięści same mi się zaciskają. Robią to zaś z jednego, bardzo prostego powodu.
Otóż zostałem wychowany w tradycji rzymsko-katolickiej, jednak wyrosłem z tego. Dojrzałem na tyle, by świadomie uznać ją za zbyt krępującą. Jednocześnie miałem jednak na tyle inteligentną rodzinę, by zaszczepiono we mnie coś innego: mianowicie świadome dążenie do poznawania, nauki - oraz kontakt z uczuciami wyższymi.

Tutaj właśnie rozbija się moje zdumienie na ludzi, którzy 'przechodząc kryzys' odwracają się zupełnie od wszelkich duchowych wartości. Takie popadanie z jednej skrajności (wyznaję religię) w drugą (jestem ateistą), jest, moim zdaniem, śmieszne.
Co więcej, ktoś, kto bezrefleksyjnie podąża za pierwszą poznaną ścieżką (religią przekazaną przez rodzinę), jest moim zdaniem równie... dziwny. A w zasadzie śmieszniejszy, gdyż nie myśli :).

Najwięksi przywódcy duchowi od dawna powtarzają, jak mantrę, jedno: nie ma wiary bez wątpliwości. Ale wiara to jedno, zaś religia to drugie. Różnica jest bardzo subtelna, a jednocześnie bardzo jaskrawa. Niestety, jest również trudna do uchwycenia dla kogoś, kto tego nie poczuje sam.
Wszystko rozbija się o coś bardzo prostego - ja po prostu czuję, że świat i duchowość ludzi to sprawy o wiele bardziej skomplikowane niż suma atomów pomnożona przez matematykę.
Ateiści często powtarzają, że nie potrzebują religii. Wartości odnajdują w filozofii, w innych ludziach, dookoła siebie. Odrzucają tutaj wszelkie wartości duchowe, jako 'nielogiczne'.
Ja zaś powtarzam, również jak mantrę, wiary nie pojmiesz umysłem, to coś co czujesz. Potrzeby duchowe są w Tobie, lub ich nie ma. Myślę, że każdy może je obudzić. Dodatkowo, jak bardzo byś później nie upadał, lub upadała, na duchu, zdrowiu, czy po prostu na życiowej ścieżce, to gdy obudzisz się po raz pierwszy, tak naprawdę nie ma już odwrotu.

Dlatego właśnie śmieszy mnie ateizm jako taki. Sam mam poglądy antyklerykalne. I cóż z tego? Człowiek od dawna personifikuje boga, lub bogów, by przybliżyć sobie tę niepojętą siłę, która jest niemal namacalna, która zawsze umyka, gdy się do niej zwrócić. Jednak są tacy, którzy ją po prostu czują. Sam do nich należę.
Wybrałem drogę, która nigdy się nie skończy, ponieważ jest to droga poszukiwania. M.in. dlatego nie lubię zorganizowanych, fundamentalistycznych religii. Nie pozwalają na kontemplację, na własne poszukiwanie, na stawianie pytań. A przecież to właśnie szukanie odpowiedzi na swoje własne pytania są istotą prawdziwego poznania. Bez tego jesteśmy ślepi - i puści.

Nie ma jednej prawidłowej drogi. Każdy szuka swojej, każdy błądzi i każdy może jakoś się odnaleźć. Jednak ja nie rozumiem jednego, pustki w ludziach, którzy świadomie odrzucają wszelkie wartości i przeżycia duchowe. Bywa, że są im wręcz drodzy, traktują to wrogo, jak skazę. Nie rozumiem ich i im współczuję. Ponieważ każde pozytywne (a także i część negatywnych!) przeżyć oraz odczuć nie tylko nas kształtują, wzbogacają, lecz także i wzmacniają, sprawiają, że stajemy się pełniejsi.
Cóż z tego, że nigdy nie zapełnimy się cali? To nie cel jest ważny, ale droga :).

Powodzenia na szlaku.

M.

wtorek, 6 marca 2012

Kiedy w głowie cichosza.

Troszku przycichło mi na blogu. W sumie nie ma się czemu dziwić, ostatnio z mediów bije na kilometr taką nawałą głupoty i zwykłego, swojskiego skurwysyństwa, że nie chciałem wylewać tutaj żółci.

No, powiedzcie sami. O czym tutaj pozytywnym pisać, kiedy wśród polityków jak nie 'ministra' z połową działającego mózgu, to jakiś inny oszołom defraudujący pieniądze z budowy Stadionu Narodowego, czy tam po prostu swoją małością intelektualną przyczyniający się do pogłębienia idiotyzmów panujących w 'naszym kraju'.
W sumie nic nowego, ale męczy mnie to jakby bardziej, niż kiedyś.

W dodatku nóż się otwiera w kieszeni gdy myślę o skurwielach używających soli przemysłowej w produktach spożywczych. Tutaj to w sumie nie ma o czym mówić. W każdym cywilizowanym kraju wzięło by się to bydło, postawiło pod ścianą i rozstrzelało. Następnie pochowało w nieoznakowanym grobie, a rodzinę sprzedano do niewoli.
Są po prostu granice, po których przekroczeniu nie pozostaje już nic. Świadome ryzykowanie czyimś zdrowiem i/lub życiem by zarobić, to jedna z największych podłości, jakich tylko można się dopuścić. To już nawet psychopata lub socjopata jest w jakiś sposób wytłumaczony... wróć, wyjaśniony. Tutaj włosy stają mi na karku, gdy myślę, że ktoś zrobił to w zimny, wyrachowany sposób. Zaś oskarżą takie coś nie o działanie na szkodę zdrowia i życie, ale o przekręt finansowy.

Tym bardziej dziwi mnie, że ludzie na ulicy, tacy których mijam, ci, z którymi rozmawiam, są jakby, nie wiem, nie aż tak zgorzkniali, jak by się wydawało? Nie rozumiem tego i nie jestem tego w stanie pojąć.
Sam nie wiem, czy to stoicyzm, 'wsiomiwisizm', czy też może jakaś spontaniczna forma nowej fali pozytywizmu.

Dlatego mam w głowie cichoszę. Patrzę na siebie, na Polskę, ba, na świat z zadziwieniem. Moje narzekanie nic nie zmieni. Może gdyby było więcej ludzi myślących tak jak ja, to coś w końcu się dało zdziałać.
Nie żebym chciał takiej homogenizacji. Daleko mi do tego! Im więcej różnorodności, tym więcej pomysłów. Taki ze mnie, niemal, liberał. Po prostu nie lubię zakazów i nakazów. Nie dlatego, że uważam prawo za coś złego. Po prostu te postsocjalistyczne popłuczyny, które nazywamy tutaj systemem prawnym, wywołują we mnie odruchy wymiotne.

I oto jest dokładnie to, czego chciałbym uniknąć. Żółci, którą wzbieram się, gdy widzę, jak wiele głupoty otacza mnie na świecie.
Staram się dalej dostrzegać całe jego piękno, lecz nie jest to łatwe, oj nie.
Dlatego właśnie staram się, by w mojej duszy nie zapanowała cichosza. Swoją drogą, bardzo, bardzo mądry utwór. Niestety, dotąd aktualny - w dodatku coraz boleśniej.



Niech więc coś nam wszystkich w duszy gra, a damy radę. Nawet gdy człowiek człowiekowi burakiem.

M.

czwartek, 23 lutego 2012

Z perspektywy dekady.

Tak właściwie, z bliżej nie wyjaśnionej przyczyny, przypałętała mi się dzisiaj pewna refleksja. Cóż, właściwie to nie jedna, a całe ich mrowie. Otóż uświadomiłem sobie, że od czasu gdy dokonała się we mnie największa chyba przemiana na drodze między dzieciństwem, a dorosłością, czyli przełomu szesnastego i siedemnastego roku życia, minęła już cała dekada. Dziesięć lat. Ech, jak ten czas leci. A jednocześnie, jak też się wlecze.

Siedziałem sobie i dumałem, ile we mnie zostało z tego dziwnego marzyciela-idealisty. W sumie chyba tylko bycie odludkiem. No i marzenia. Wręcz: nadmiar onych.

Nadmiar? A czemuż to? - o narcystyczny autorze - zapytacie, być może. Ano, odpowiedź jest bardzo prosta. Część spełniłem. Część spełniam. Część chcę spełnić. Część zaś, zapewne, nigdy się nie spełni. "Problem" tkwi w tym, że w sumie poza tymi marzeniami, jak niegdyś, niespecjalnie mnie co innego obchodzi.

Podsumujmy, co też mogło się marzyć takiemu pokręconemu licealiście? Wolność. Muzyka. Podróże. No i kobiety :). Oczywiście każda z kategorii wymagałaby szerszego opisania, lecz czasu chyba na to nie starczy... a i ostatnia kategoria zbyt rozbijałaby się między jakąś dziwną wersją "Harlequina", a mniej lub bardziej perwersyjnym porno.

Kiedyś święcie wierzyłem, że za dziesięć lat będzie mi lepiej. Gdy teraz patrzę na to z perspektywy, to dochodzę do wniosku, że w zasadzie właśnie tak jest. Niekoniecznie w taki dziecinny, naiwny sposób, nie dokładnie tak, jak sobie zaplanowałem. Jednak duch i główne przesłanie pragnienia wolności (oraz innych mniej, lub bardziej duchowych zachcianek), pozostają takie same. Niezmienne. Czasem czyste, czasem brudne. Czasem idealistyczne, czasem pragmatyczne. Niemniej: są.

Fakt, kiedyś byłem naiwny i idealistyczny, jeżeli chodzi o związki. Wierzyłem że wystarczy płomienne uczucie, żeby się powiodło. Później myślałem o zaangażowaniu. A może o wspólnych pasjach? Za każdym razem, za każdym podejściem, mimo "roztrzaskanego zwierciadła duszy" (cytat z jednego z moich "pomrocznych" wierszy z czasów liceum :D ), dalej po prostu kocham płeć piękną trochę krzywozwierciadlano-oddaną miłością. Jak to rozumieć? Brzydki nie jestem i powodzenie w sumie mam, tylko zawsze jakieś takie niesymetryczne. Albo ja się bardziej zaangażuję, albo ktoś inny. Bądź jeszcze gorzej, coś zmienia się we mnie, bądź w niej. I tak nudzę się kimś, lub nie chcę się dla kogoś zmienić.

Pozostaję jednak sobą. Połatany, nieuczesany, czasem nieogolony. Z butelką whiskey, bądź whisky, albo z manierką wody. Zamknięty w sobie, lub medytujący gdzieś na górskim szlaku. I cieszę się każdym mijającym dniem.

Tylko, cholera, już teraz czuję, jak dni przelatują koło mnie, jak tracę chwile, których nie zdołam złapać, uchwycić. To jest jedyna rzecz, której naprawdę żałuję. Nie mogę zdobyć się (jeszcze!) na to marzenie, żeby rzucić cały świat wraz z jego oczekiwaniami w niepamięć i ruszyć na swój prywatny, duchowy walkabout. Tak odrobinie ascetycznie, a jednocześnie przyziemnie i grzesznie, gdy nadarzy się okazja. Mam tego namiastki. Te moje góry. Czy chociażby Norwegia. Wcześniej Irlandia. Tylko, że ciągle mi tego mało.

Wiem także, że tego będzie mi mało zawsze i wszędzie. Trudno jest mi znaleźć miejsce, do którego bym naprawdę należał - poza swoją głową, własnymi myślami. Przywiązuję się do emocji, do wspomnień, nie do miejsc, ani przedmiotów. Tyle zostało we mnie ze ślicznej, długowłosej dziewczynki, czyli licealisty o delikatnej urodzie i wrażliwej duszy. Mam też nadzieję, że i z tej duszy coś się ostało. Czasem bywało ciężko.

Jednak stoję i cieszę się każdym dniem. A jak tam z Wami? Jak patrzycie na przyszłość? Bądź jak spoglądacie na przeszłość?
Taka refleksja może być bardzo cenna, może wręcz zmienić życie. Oby na lepsze!

M.

sobota, 18 lutego 2012

Kultura, po prostu.

Dzisiejszy post będzie prosty. Taki zwykły, w zasadzie przyziemny. Taki o życiu i z życia wzięty. Mianowicie, będzie on o kulturze ludzi, o rozmowie i zachowaniu. Czy może raczej, o moim kompletnym zniesmaczeniu ich brakiem.
W sumie to dziwna sprawa. Jestem typowym outsiderem, mam gdzieś konwenanse społeczne i inne takie 'pierdoły'. Są po prostu rzeczy, których nie robię i sytuacje, w których nie potrafię się zachować jak cham i prostak.
Być może i brakuje mi empatii, nie potrafię jednak świadomie i bez powodu robić coś komuś na złość, bądź zachowywać się jak buc.

Jedna z pierwszych sytuacji: zwykłe poruszanie się na chodniku, czy tam dowolnej innej powierzchni przeznaczonej dla pieszych. Kojarzycie zapewne tych wszystkich śpieszących się cholera wie gdzie, przepychających się ludzi, prawda? Cóż, ja też mogę się śpieszyć, ale w życiu nie będę się przepychał. Nie wiem, po prostu... jakoś nie mogę nie spojrzeć z pogardą na jełopa, który nie potrafi tak się ustawić, żeby nie tamować pół nurtu. A jeszcze często idzie 'jak panisko' wymachując przeszczepami na prawo i lewo, co to to nie on. Heh. I łup z łokcia, jak mu ktoś nie ustępuje. Oj, zdziwił się nie jeden, jak dostał w ten sposób w nerkę. Samobójcą nie jestem, jak ktoś jest ode mnie o paręnaście kilogramów cięższy i generalnie wygląda na zabijakę, to sobie nie zawracam głowy, ale nie mam zamiaru ustępować chłoptasiowi o moim wzroście i rozmiarach. Nie ze mną te numery :).

Nie wiem, co takim chodzi po głowie. Nie wiem też, dlaczego te niektóre babcie przepychają się aż tak złośliwie. No dajcie spokój. Stoję sobie jakiś czas temu w autobusie, jadę do pracy. Ludzi pełno, czytam książkę, staram się nie wywrócić na zakrętach, wysiadam z autobusu przepuszczając ludzi na przystankach (stoją blisko wejścia). Ot, norma. A tu taka jedna stara prukwa z mordą na mnie wyskakuje, że ona wysiada i mam się przesunąć (chyba; miałem słuchawki w uszach). No i stoi, drze się i szturcha mnie w plecak. Popatrzyłem z politowaniem, poczekałem aż autobus się zatrzyma, przepuściłem to stare nieszczęście i dopiero wtedy powiedziałem: 'Miłego dnia życzę, bździągwo'. Pół autobusu w śmiech, babsko, całe czerwone, zostało na przystanku, coś tam pokrzykując i wyjątkowo rączo machając parasolką. No nie wiem, śmiać się, czy płakać.

Nie potrafię komuś, ot tak, wchodzić w drogę. Kiedy idę ulicą, to intuicyjnie wymijam ludzi. Pewnie dlatego, że nie cierpię naruszania mojej przestrzeni osobistej. Wolę kogoś ominąć idąc szybko, niż udawać uprzywilejowanego. Cóż, taki już mój urok i dobre serce. Złote, niemalże.
Głupia sprawa, w sumie. Narzekam tak, narzekam, a zaplątałem się w dygresje. Generalnie powinienem dawać jakieś argumenty za tym, że ludzie u nas są niewychowani. Problem w tym, że to nie jest do końca prawda.

Część osób, jak np. tamta stara bździągwa, to po prostu frustraci. Wie taka, że zmarnowała życie, że nie spotkało ją w nim nic pięknego, a na nowe odkrycia nie ma sił, ni chęci. Jest więc rozgoryczona i tak traktuje świat. Nie mogę nawet takich ludzi nienawidzić. Odczuwam wobec nich coś pośredniego miedzy litością, a pogardą.
Inni są agresywni. Tak zostali wychowani. Liczy się dla nich siła i wynikający z nich fałszywy szacunek. No i co ja tu mogę powiedzieć? Według mojej osobistej teorii ludzkiej psychiki, a w zasadzie jej wyjątku, to ludzie na odstrzał. Po prostu niereformowalni prostaczkowie, którym gnój przerzucać łopatą, a nie wchodzić w część społeczeństwa. Jakiś czas temu wyczytałem w pewnym czasopiśmie, że otoczka naszej cywilizacji jest bardzo cienka i pozorna. Tak naprawdę większość z 'obywateli' jest nieprzystosowana do życia w czymś innym, niźli stado. Potrzebują jasnej hierarchii i zamordyzmu. Inaczej im odbija. Myśl przerażająca, lecz wcale nie nieprawdopodobna.

Nie chcę jednak okazać się fatalistą. Jest w okół nas wielu wspaniałych ludzi, których spotkanie nastraja pozytywnie. Jest tez wielu innych, takich trzymających się z dala od zgiełku i nie mieszających się w sprawy innych. Jak bardzo bym nie chciał wydawać się wyjątkowy, to właśnie jestem jednym z nich. Taki szary, nie dostrzegany przez innych człowiek. Czasem uśmiechnę się do kogoś, czasem to ktoś się uśmiechnie do mnie. Robię to, co uważam za słuszne. Mam takie, a nie inne wychowanie, więc przepuszczam kobiety drzwiami. Nie uważam jednak, że to im się należy. Po prostu moja rodzina to niemal same kobiety. Odkąd tylko podrosłem to wiadome było, że będą mnie rozpieszczać, ale też, jak coś trzeba przenieść, zrobić, albo się ubrudzić, to od tego jestem.
Także, o ile kobiet jako takich nie rozumiem, radzę sobie z nimi nie najgorzej :). A i czasem w okół palca owinę, tak samo jak i zresztą one mogą to łatwo zrobić. W końcu jestem facetem, dużo do tego nie trzeba!

Wszystko rozbija się o to, ile jest w nas człowieczeństwa. Czy w sytuacji konfliktowej potrafimy zachować się w sposób cywilizowany i rozpocząć dialog. I mówię tutaj o każdej sytuacji. Byle idiota potrafi zostać wytresowany do całowania kobiet w rękę. Mało kto jednak wie jak to zrobić - i co ten gest oznacza.
Mało kto potrafi pamiętać o tym, że osoba na przeciwko także ma jakieś uczucia i że ja, egocentryk, wcale nie jestem ważniejszy. Nie przychodzi mi to łatwo, ale jestem tego świadomy.
W końcu mało kto jest w stanie przeciwstawić się skurwysyństwu, które napotyka na swojej drodze. Skurwysyństwu, chamstwu i zwykłej, ludzkiej podłości, że o agresji nie wspomnę. Nigdy nie będę agresywny jako pierwszy, jest to, moim zdaniem, poniżej ludzkiej godności. Problem w tym, że z burakami inaczej nie można.

I tylko marzy mi się, żeby kiedyś wynaleziono pigułkę uczłowieczającą. Kiedyś imć Papcio Chmiel rysował komiksy o Tytusie, narysowanej przez jego alter ego małpie, która ożyła i którą trzeba było uczłowieczyć. Wielokrotnie małpa ta była bardziej ludzka od napotykanych w komiksie ludzi. Była bardziej ludzka od prostaków, których mijam codziennie na ulicy.

Wiem, że sam ten post ich nie zmieni, zresztą nie w tym celu go piszę. Chcę po prostu powiedzieć, że na każdym z nas ciąży odpowiedzialność za całokształt naszego otoczenia. W skali mikro i makro. Brak reakcji to zgoda na różne negatywne działania. Nasze 'prawo' bardzo często jest bezsilne (odsyłam tu chociażby do sytuacji stojącej za fabułą filmu 'Lincz'). Nie mówię, by wziąć je w własne ręce, daleko mi do tego. Wspominam jeno, że to my tworzymy jutro. Nie tylko swoje.

I nie jesteśmy sami, choć czasem tak się wydaje.

M.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Sztuka, a Sztuka: na przykładzie.

Z przyjemnością typową dla osób o masochistycznych skłonnościach, ponownie poruszę temat ACTA, acz tylko pobocznie i nader wybiórczo. Rozchodzić się będzie mianowicie o samą istotę Sztuki i tego, kiedy można swe dzieła tak nazywać, zaś kiedy wypychamy coś, co do sztuki jeno inspiruje, a co autor ma czelność tym nazywać; i jeszcze kazać mu za to płacić.
W skrócie, to chodzi mi o Pedro Almodóvara (i jeszcze pokątniej o Dana Browna).

Aby nie pozostać gołosłownym, ni by sprawiać wrażenie, że czepiam się biednego Hiszpana, przedyskutuję po krótce pewien jego film. Mianowicie piję tu do 'Skóry w której mieszkam' (czy tam żyję).
Najpierw mała prywata: zapewnie film oglądałem nielegalnie, gdyż (o zgrozo!) nie ja go nabyłem, pożyczony był. Bijąc się w pierś, klęcząc w kącie na grochu i płacząc rzewnie krokodylimi łzami, stwierdzam wprost: nie zapłaciłem i płacić nie będę.
Po pierwsze: jeżeli ktoś udostępnia zakupioną przez siebie kopię filmu nie czerpiąc z tego korzyści materialnych, to pozamiatane. Nie obchodzą mnie tu żadne frazesy.
Po drugie: film jest kretyński. Właśnie tak. Kapitalny i pięknie nakręcony, no śliczny tak (w swej odrażającej brzydocie), że nic tylko onanizować się nim mentalnie. Problem w tym, że opowiedziana tam historia jest tak porażająco głupia, że opadają ręce. O czym poniżej.

OSTRZEŻENIE PRZED SPOILERAMI (kiedyś i gdzieś tam będą, jak skończę prywatne wycieczki).

Almodóvar ma, zdaje się, pewien fetysz, czy tam inny problem. Wychodzi na jedno. Generalnie uważa się za Artystę. Problem w tym, że Artystą był, faktycznie i bezsprzecznie. Proszę jednak zauważyć brawurowo użyty czas przeszły.
Drzewiej prawiono tak: "Znaj proporcjum, mocium panie".
Im ktoś sobie stawia wyżej poprzeczkę i im jest lepszy, tym gorsze szmiry wypuszcza, gdy następuje jedna z dwóch (nieuchronnych) faz:
a) wypalenie i pisanie/tworzenie tandety ("Żmija" Sapkowskiego, chociażby)
b) samogwałt a(u)(r)tystyczny, czyli debilne filmy/dzieła we wspaniałej otoczce (chyba nie muszę wspominać?).

Mamy, oczywiście, także sytuacje inne: Neil Gaiman z książkami słabszymi i lepszymi, wszystkie jednak trzymają poziom i są ŚWIEŻE. Widać w nich talent i pomysł.
Mamy także Dana Browna (oby po wsze czasy płonął na stosie zdrady literatury), który wiedząc, że nie sprzeda żadnej mądrej książki, przetrwonił talent na coś, czego nie da się nazwać inaczej, jak sprzedanie dupy mamonie i napisanie 'sensacyjnej' szmiry reklamowanej jako 'oparta na faktach'. Litości.

Almodóvar może w każdej chwili sprawić, że odwołam, ba!, odszczekam swoje zdanie na jego temat. Nie zanosi się jednak na to, gdyż uprzednio musiałby wyjąc głowę z własnej rzyci. Patrząc jednak na zbesztany przeze mnie powyżej (i poniżej) film, nie zanosi się na to.

Drodzy Czytelnicy. Gdybym film ów oglądał sam, mógłbym złożyć moją opinię na karb braku empatii. Problem w tym, że z kim rozmawiam, to mu się to to nie podoba. Gdyż i czemu miałoby? Że pięknie nakręcone? A jakie ma być? Przecież to nie dzieło amatora.
Że poraża scenami, brzydotą uczynków, jakimś mętnym przesłaniem? No poraża, ale nic z tego nie wynika. Film nie posiada lekkości, jego historia nie trzyma się kupy, zaś zachowanie występujących tam bohaterów nie ma sensu.
Równie dobrze można by oglądać nagrania pacjentów jakiegoś ciężkiego szpitala psychiatrycznego z oddziałem zamkniętym. Prawdopodobnie ich działania miałyby więcej spójności. Tam wiemy, że spodziewamy się wszystkiego. Tutaj zaś... spodziewamy się Almodóvara, dostajemy więc coś o jednostkach nieprzystosowanych do życia w jakichkolwiek warunkach, nie potrafiących podejmować sensownych decyzji, takich, które nie są w stanie podejść do czegokolwiek racjonalnie.

Cieszę się więc, że nie zapłaciłem za obejrzenie tego filmu nic złotówki. Fakt, idąc w gości kupiłem gościnnie piwo, ale to już moje Dobre Wychowanie (khrrr).
Nie wiem kto oglądałby ten film w całości, dla przyjemności.
Chociaż nie, w sumie to wiem. Ja. Pod wpływem substancji psychoaktywnych. O, byłoby ciekawe.
Jak jednak można się tym zachwycać, doszukiwać się tam czegoś głębszego? Zachowanie bohaterów filmu było atawistyczne. Niemalże zwierzęce. Pozbawione głębi i prawdziwych uczuć. Behawioralne odpowiedzi na bodźce, brak jakiejkolwiek refleksji. Ot epatujący kretynizmem obraz.

Za takie coś płacić nie będę. Co więcej, namawiałbym, każdego do ściągnięcia tego z jakiegoś torrenta, obejrzenia i napisania wprost: Pedro, ssiesz.
Oczywiście może się to komuś spodobać. Nie wiem czemu, ale przyjmuję jako możliwość. De gustibus est non disputandum.
Rzecz jasna musi to być poparte czymś innym niźli: Pedro Almodóvar wielkim artystą jest.
Moim zdaniem nie jest. Był, ale już nie jest. Nie zasługuje więc na uznanie krytyków, nie zasługuje na to, by płacić za jego filmy. Nie rozumiem dlaczego taką szmirę ktoś chce oglądać. Sam lubię horrory klasy B, bądź inne filmy na tyle tandetne, że kultowe (Ed Wood?). Almodóvar jednak tworzy na poważnie. On uważa to za sztukę i... miałby rację. Kręci dobrze, ba!, wspaniale. Jednak jego filmy są po prostu tępe, płytkie. Słabe merytorycznie, nie warsztatowo.

Do widzenia więc, Pedro. W kinie nigdy Twojego filmu nie zobaczę, gdyż na to nie zasługujesz. Będziesz przez to płakał po nocach? Nie będziesz, gdyż ja sam mało zdziałam, nie odczujesz, wiem. Ale może kiedyś ludzie przejrzą na oczy i przestaną płacić za tandetę. I wtedy zobaczymy, czy będziesz tworzył dla Sztuki... czy dla kasy.
Myślę, misiaczku, że dla kasy. Pokaż, że się mylę.

M.

P.S. Ona jest facetem! Buhahaha, SPOILER.