Cóż, post ten miał zawierać kolejne słowa i przemyślenia powiązane z dziennikarstwem, lecz znowu się z tego nie wywiążę. Wymówek mam kilka, a jakże.
Po pierwsze i w sumie najbardziej merytorycznie - nie ma po co dalej się tutaj rozpisywać na ten temat. Jak dziennikarstwo w Polsce i na świecie wygląda, każdy widzi.
Po drugie mam pełno spraw na głowie. Praca, projekt z Unii Europejskiej (czyli druga praca), kurs na prawo jazdy (w końcu się obudził, stary koń, heh) i różne takie towarzyskie sprawy. Nie było kiedy spokojnie usiąść i przelać myśli na cyfry.
Po trzecie zaś... nie mam dzisiaj absolutnie głowy do niczego. Czeka mnie przynajmniej tydzień melancholii i to w najlepszym wypadku.
Tak to bywa, kiedy nagle wszystko traci barwy, smak i zapach.
Cóż, przez jakiś czas będzie tak ze mną.
W sumie śmieszna sprawa, prawda? Każdy postrzega szczęście inaczej, dąży do niego inną drogą, inaczej sobie ten cel wyobraża. Nie zaprzeczę, że u mnie to sama droga jest szczęściem, więc zdarza się, że nagle budzę się z ręką w nocniku.
Jest tak, gdy zdaję sobie sprawę, że zapędziłem się w kozi róg. Rozglądam się i widzę, że nagle to, co miało być tymczasowe i służyć czemuś w bliższej, lub dalszej przyszłości, teraz staje się miałkie i bez znaczenia.
Oto słyszę, jak w popiół
przemieniam się i kruszę.
I coraz mniejszy ciałem,
wierzę we własną duszę.
Tak to właśnie bywa, gdy po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że z otaczających mnie rzeczy nic tak naprawdę mnie nie interesuje. Tak wiele robię z przyzwyczajenia, lub z przymusu. Czy też z wygody.
A przecież tak naprawdę nie istnieje nic, poza tym co oddziałuje bezpośrednio na moją duszę. Nawet jeśli reszta jest namacalna, osiągalna i "rzeczywista", to są o tylko przedmioty, wcale nie niezbędne ułatwienia... lub przeszkody.
Także w moim życiu nadszedł czas na kolejne wypośrodkowanie siebie i swoich priorytetów. Być może także - na zastanowienie się, czy mam jakieś, bądź czy warto je mieć. Przyznaje się i przed Wami i przed samym sobą, że boję się tego.
Boję się, że za każdym takim razem zostaje mnie coraz mniej i coraz mniej mi zależy.
Oczywiście, że moje wnętrze się wzbogaca. Temu nie zaprzeczę. Jednak myślę, że to wzbogacenie zbyt introwertyczne, żeby wyszło mi na dobre.
Czasem chciałbym być zwykłym prostakiem i nie mieć rozterek duchowych.
Na szczęście szybko wtedy dochodzę do siebie.
Nie zamieniłbym mojej zwichrowanej duszy i poszarpanej nadziei na nic innego.
Pozdrawiam więc całą resztę Wędrowców, tyle jeszcze drogi przed nami, nim okaże się, czy mieliśmy rację, czy pobłądziliśmy na amen.
M.
niedziela, 28 października 2012
czwartek, 18 października 2012
Czwarta w(ł)adzia.
Dziennikarstwo to piękna rzecz.
Napisawszy te słowa, rzecz jasna, musiałem sam siebie spoliczkować. Nawet gdy przed samym sobą, a i przed Wami, mówię jasno: był to sarkazm.
Gdy myślę: dziennikarz, nie staje mi (khem khem) przed oczami obraz Kubusia ze "Złego" Tyrmanda. Niestety! Czasy nie te. Misja, powołanie i miłość do języka, o! Bezpowrotnie utracone ideały.
Włączam kochaną naszą TVP (nie mam serca wyrzucać telewizora, a czasem w kablówce coś się znajdzie na oglądanie przy obiedzie) i słyszę co... "tą sprawę".
No i szlag mnie trafia. Niedouczony patafian (czy patafianka; mamy równouprawnienie, kobiety też mogą być głupie!) nie potrafi się nawet wysłowić w ojczystym języku.
Co gorsza, nie tyle nie potrafi, co nie chce mu się.
Naprawdę nie chciałbym znęcać się nad tymi "harującymi" w pocie czoła przodownikami pracy, tytanami umysłu i znawcami kultury... stop. Za dużo sarkazmu.
Powiem Wam szczerze, od dziennikarzyków nie wymagam już nawet rzetelności, czy przekazywania w sposób przejrzysty i ciekawy informacji na tematy ważne, a nie sensacyjne. Wymagam od nich tylko jednego: żeby niebo nie zwaliło im się na głowę.
Niestety, za późno na to. Zwaliło im się (no dobrze, nie wszystkim, są chlubne wyjątki) i pozbawiło umiejętności poprawnego posługiwania się polszczyzną.
Żeby to tylko chodziło o telewizję. Wielokroć pismaki popełniają morderstwa na papierze, a jak nie na papierze, to po prostu na słowie pisanym.
Choć mam ostatnio straszne urwanie głowy przysiadłem dzisiaj do parakultury z czystego przypadku.
Lubię czasem odmóżdżyć się. Onety, o2 i inne takie popierdółkowe portale internetowe (nie mylić ze z dużymi luźnymi gaciami) wielokrotnie dostarczają mi taniej, acz przedniej zabawy. Utwardzają mnie też w przekonaniu, że dookoła jest tak dużo głupszych ode mnie istot, że faktycznie nie mogę być zwykłym przeciętniakiem.
Nieźle to podnosi samopoczucie, a i (w miarę zdrowo) buduje ego.
Dzisiaj jednak... słuchajcie tego.
onet.pl
Wiadomo, że tylko o szczebel wyżej poziomem od o2, generalnie jedyne co tam jest ciekawego, to wiadomości ze świata. Mało w nich komentarza. I dobrze, internetowe pismaki to najgorsze, co może spotkać ludzkość.
A nie? Patrzcie! Każdy idiota może założyć bloga, komentować, popisywać się malkontenctwem i wychodzić na nadętego bufona.
Dobrze, że ja taki nie jestem ;).
Przejdźmy do sedna, owej kropli przelewającej czarę goryczy.
Mały cytat ze strony głównej:
Chodzi o wazektomię. http://pl.wikipedia.org/wiki/Wazektomia - oczywiście polecam angielską wersję hasła; polska jest... uboga
Zacznijmy od tego, że najpewniejszą metodą antykoncepcji jest celibat. No, wybaczcie, tego się przebić nie da.
Mówienie także, że jest to najmniej inwazyjna metoda antykoncepcji dla kobiet, to jak powiedzieć, że dla mężczyzny najmniej inwazyjna jest dopochwowa spirala.
No... wiecie... mężczyźni nie mają pochwy. Z tego co mi wiadomo, żadnemu nie sprawdzałem, może żyję w innym świecie?
Nie będę negował (z doświadczeń swoich oraz osób mi znanych), że mężczyźni są wygodniccy. W sumie uznajemy niemal tylko prezerwatywę albo tabletki (oczywiście brane przez kobietę).
I co? Źle? Ano nie.
Ale antykoncepcja to coś, co można odstawić, co można przestać stosować. Wazektomia jest permanentną formą kontroli urodzin. Dobrze przeprowadzona jest nieodwołalna.
Nie ma zmiłuj, już zawsze postrzelasz ślepakami.
Czy więc to mężczyzna traci najwięcej? Chyba nie. Znowu, popierając się wywiadem środowiskowym, stwierdzam dobitnie - wśród moich znajomych panuje święte przekonanie, że "gumka" to jednak nie to. Jest to, jakby nie patrzeć, wypowiedź ze strony obu płci, więc "szanowne" feministki mogą "mnie skoczyć" ;).
Otóż w przypadku wazektomii traci para. Dwoje ludzi, którzy już nigdy nie będą mogli mieć ze sobą dzieci. Chyba, rzecz jasna, że zamrożą sobie kilka "strzałów" i później zapłodnią się in vitro. A pewnie, czemu nie?
Jednak strata jest po dwóch stronach i tego nie da się wywinąć ogonem.
Mała sprawa, błaha w sumie, prawda? A jednak tak działają dziennikarzyki. Wypisują dyrdymały, nie myśląc nawet, czy to co Bogu ducha winni ludzie będą czytać jest prawdą, czy też nie.
Najczęściej okazuje się, że nie.
Nasza czwarta władza to właśnie taka pani Władzia. Niedouczona, pretensjonalna i dość prymitywna. We mnie wzbudza pogardę, gdyż jej bożkiem jest oglądalność, bądź misja propagowania danej pseudo-idei.
Lecz o tym drugim następnym razem, na dziś już starczy tych wynurzeń ;).
Dobranoc!
M.
Napisawszy te słowa, rzecz jasna, musiałem sam siebie spoliczkować. Nawet gdy przed samym sobą, a i przed Wami, mówię jasno: był to sarkazm.
Gdy myślę: dziennikarz, nie staje mi (khem khem) przed oczami obraz Kubusia ze "Złego" Tyrmanda. Niestety! Czasy nie te. Misja, powołanie i miłość do języka, o! Bezpowrotnie utracone ideały.
Włączam kochaną naszą TVP (nie mam serca wyrzucać telewizora, a czasem w kablówce coś się znajdzie na oglądanie przy obiedzie) i słyszę co... "tą sprawę".
No i szlag mnie trafia. Niedouczony patafian (czy patafianka; mamy równouprawnienie, kobiety też mogą być głupie!) nie potrafi się nawet wysłowić w ojczystym języku.
Co gorsza, nie tyle nie potrafi, co nie chce mu się.
Naprawdę nie chciałbym znęcać się nad tymi "harującymi" w pocie czoła przodownikami pracy, tytanami umysłu i znawcami kultury... stop. Za dużo sarkazmu.
Powiem Wam szczerze, od dziennikarzyków nie wymagam już nawet rzetelności, czy przekazywania w sposób przejrzysty i ciekawy informacji na tematy ważne, a nie sensacyjne. Wymagam od nich tylko jednego: żeby niebo nie zwaliło im się na głowę.
Niestety, za późno na to. Zwaliło im się (no dobrze, nie wszystkim, są chlubne wyjątki) i pozbawiło umiejętności poprawnego posługiwania się polszczyzną.
Żeby to tylko chodziło o telewizję. Wielokroć pismaki popełniają morderstwa na papierze, a jak nie na papierze, to po prostu na słowie pisanym.
Choć mam ostatnio straszne urwanie głowy przysiadłem dzisiaj do parakultury z czystego przypadku.
Lubię czasem odmóżdżyć się. Onety, o2 i inne takie popierdółkowe portale internetowe (nie mylić ze z dużymi luźnymi gaciami) wielokrotnie dostarczają mi taniej, acz przedniej zabawy. Utwardzają mnie też w przekonaniu, że dookoła jest tak dużo głupszych ode mnie istot, że faktycznie nie mogę być zwykłym przeciętniakiem.
Nieźle to podnosi samopoczucie, a i (w miarę zdrowo) buduje ego.
Dzisiaj jednak... słuchajcie tego.
onet.pl
Wiadomo, że tylko o szczebel wyżej poziomem od o2, generalnie jedyne co tam jest ciekawego, to wiadomości ze świata. Mało w nich komentarza. I dobrze, internetowe pismaki to najgorsze, co może spotkać ludzkość.
A nie? Patrzcie! Każdy idiota może założyć bloga, komentować, popisywać się malkontenctwem i wychodzić na nadętego bufona.
Dobrze, że ja taki nie jestem ;).
Przejdźmy do sedna, owej kropli przelewającej czarę goryczy.
Mały cytat ze strony głównej:
Najpewniejsza metoda antykoncepcji. Dla kobiety, która nie chce mieć (więcej) dzieci jest najmniej inwazyjną i najpewniejszą metodą antykoncepcji. Ale mężczyźni mają do stracenia najwięcej...
Chodzi o wazektomię. http://pl.wikipedia.org/wiki/Wazektomia - oczywiście polecam angielską wersję hasła; polska jest... uboga
Zacznijmy od tego, że najpewniejszą metodą antykoncepcji jest celibat. No, wybaczcie, tego się przebić nie da.
Mówienie także, że jest to najmniej inwazyjna metoda antykoncepcji dla kobiet, to jak powiedzieć, że dla mężczyzny najmniej inwazyjna jest dopochwowa spirala.
No... wiecie... mężczyźni nie mają pochwy. Z tego co mi wiadomo, żadnemu nie sprawdzałem, może żyję w innym świecie?
Nie będę negował (z doświadczeń swoich oraz osób mi znanych), że mężczyźni są wygodniccy. W sumie uznajemy niemal tylko prezerwatywę albo tabletki (oczywiście brane przez kobietę).
I co? Źle? Ano nie.
Ale antykoncepcja to coś, co można odstawić, co można przestać stosować. Wazektomia jest permanentną formą kontroli urodzin. Dobrze przeprowadzona jest nieodwołalna.
Nie ma zmiłuj, już zawsze postrzelasz ślepakami.
Czy więc to mężczyzna traci najwięcej? Chyba nie. Znowu, popierając się wywiadem środowiskowym, stwierdzam dobitnie - wśród moich znajomych panuje święte przekonanie, że "gumka" to jednak nie to. Jest to, jakby nie patrzeć, wypowiedź ze strony obu płci, więc "szanowne" feministki mogą "mnie skoczyć" ;).
Otóż w przypadku wazektomii traci para. Dwoje ludzi, którzy już nigdy nie będą mogli mieć ze sobą dzieci. Chyba, rzecz jasna, że zamrożą sobie kilka "strzałów" i później zapłodnią się in vitro. A pewnie, czemu nie?
Jednak strata jest po dwóch stronach i tego nie da się wywinąć ogonem.
Mała sprawa, błaha w sumie, prawda? A jednak tak działają dziennikarzyki. Wypisują dyrdymały, nie myśląc nawet, czy to co Bogu ducha winni ludzie będą czytać jest prawdą, czy też nie.
Najczęściej okazuje się, że nie.
Nasza czwarta władza to właśnie taka pani Władzia. Niedouczona, pretensjonalna i dość prymitywna. We mnie wzbudza pogardę, gdyż jej bożkiem jest oglądalność, bądź misja propagowania danej pseudo-idei.
Lecz o tym drugim następnym razem, na dziś już starczy tych wynurzeń ;).
Dobranoc!
M.
czwartek, 4 października 2012
Biurokracja, a człowiek
Rozbroiło mnie ostatnio kilka rzeczy.
Niektóre pozytywnie, jak chociażby przedłużony wyjazd w góry, przełamany szlajaniem się po Wrocławiu. Oj, trzeba jakoś dwudziesty-ósmy rok życia uczcić, a jak lepiej, niż w złotych, jesiennych Karkonoszach? Zejście czerwonym szlakiem ze Śnieżki dołączyło do grona najlepszych wspomnień w życiu.
Między innymi dlatego, że przeżyłem, a mam swoisty lęk przestrzeni. Kto zaś tamtędy schodził, wie, o co chodzi. Istna masakra i tyle. Kozica by się ze strachu potentegowała :).
Ale ja nie o tym. Chociaż... nawet i tam spotkaliśmy się ze zwykłą, ludzką tępotą.
Pewna niezbyt rozgarnięta pani (na wyrost pisane) w pewnej pizzerii w Karpaczu, nie była w stanie objąć małym rozumkiem tego, że ktoś chciałby ot tak, wymienić sobie jakiś składnik na pizzy na inny. Za dopłatą, owszem. Ale zwykła wymiana? Bójcie się Boga, kto takie herezyje wymyśla?! Pewnie jakieś studenty i inne wagabundy :).
Przynajmniej sama pizza (choć inna niż chcieliśmy), była ze wszech miar pyszna. Wybitne ciasto - mała reklama, chodzi o Diabolo, czy tam Diavolo, nie pamiętam dokładnie. Polecam, ale za nic nie dawać napiwków.
Cóż tam dalej? Pierdoły z cyklu "pracował Pan u nas przed chwilą, ale niestety nie wiemy niczego o Panu, więc proszę jeszcze raz napisać oświadczenie, że pracował Pan u nas w ubiegłym roku". Przesadzam jeno odrobinę, przyjmowanie do pracy, tak w 100% legalnie i tak dalej, to musi być jakiś koszmar dla pracodawcy.
"Tony papierów, tony analiz". A przede wszystkim te druki, druczki, pierdoły.
Ludzie! Toniemy w bezsensownej kupie papierzysk. Biurokracja robi z nas idiotów, którzy nie potrafią i nie mogą myśleć inaczej, niż w odbiciu z szablonu.
Ja rozumiem, wolna Amerykanka i pełna swoboda to gwarantowany burdel. Obecnie, jednak, biurokracja rozszerza się cały czas - i to tylko po to, by urosnąć w siłę. By dać "miejsca pracy", a więc, by zabrać czas i pieniądze tym, którzy woleliby tych wszystkich pierdół uniknąć - i mieć święty spokój.
Ktoś mógłby powiedzieć (siema Radzio ;) ), że oto Polska właśnie. Nic bardziej mylnego! Cała Unia Europejska dąży do tego. Odhumanizowanie, zamienienie w numerek, w jednostkę pracującą, czy tam fizyczną. Przecież to już nie człowiek.
Sprowadzają nas do płatnika, podatnika i idioty. Ale, przecież tak trzeba. Co nie?
Słyszę to często powtarzane, jak mantrę. Trzeba mieć pieniądze.
Trzeba robić karierę. Trzeba piąć się w górę!
Trzeba wygrać w wyścigu szczurów!
Tylko, że... wiecie co? Ten, kto wygrywa w wyścigu szczurów, dalej pozostaje szczurem. A ja wolę zostać z boku i cieszyć się życiem.
Czego i Wam życzę!
M.
Niektóre pozytywnie, jak chociażby przedłużony wyjazd w góry, przełamany szlajaniem się po Wrocławiu. Oj, trzeba jakoś dwudziesty-ósmy rok życia uczcić, a jak lepiej, niż w złotych, jesiennych Karkonoszach? Zejście czerwonym szlakiem ze Śnieżki dołączyło do grona najlepszych wspomnień w życiu.
Między innymi dlatego, że przeżyłem, a mam swoisty lęk przestrzeni. Kto zaś tamtędy schodził, wie, o co chodzi. Istna masakra i tyle. Kozica by się ze strachu potentegowała :).
Ale ja nie o tym. Chociaż... nawet i tam spotkaliśmy się ze zwykłą, ludzką tępotą.
Pewna niezbyt rozgarnięta pani (na wyrost pisane) w pewnej pizzerii w Karpaczu, nie była w stanie objąć małym rozumkiem tego, że ktoś chciałby ot tak, wymienić sobie jakiś składnik na pizzy na inny. Za dopłatą, owszem. Ale zwykła wymiana? Bójcie się Boga, kto takie herezyje wymyśla?! Pewnie jakieś studenty i inne wagabundy :).
Przynajmniej sama pizza (choć inna niż chcieliśmy), była ze wszech miar pyszna. Wybitne ciasto - mała reklama, chodzi o Diabolo, czy tam Diavolo, nie pamiętam dokładnie. Polecam, ale za nic nie dawać napiwków.
Cóż tam dalej? Pierdoły z cyklu "pracował Pan u nas przed chwilą, ale niestety nie wiemy niczego o Panu, więc proszę jeszcze raz napisać oświadczenie, że pracował Pan u nas w ubiegłym roku". Przesadzam jeno odrobinę, przyjmowanie do pracy, tak w 100% legalnie i tak dalej, to musi być jakiś koszmar dla pracodawcy.
"Tony papierów, tony analiz". A przede wszystkim te druki, druczki, pierdoły.
Ludzie! Toniemy w bezsensownej kupie papierzysk. Biurokracja robi z nas idiotów, którzy nie potrafią i nie mogą myśleć inaczej, niż w odbiciu z szablonu.
Ja rozumiem, wolna Amerykanka i pełna swoboda to gwarantowany burdel. Obecnie, jednak, biurokracja rozszerza się cały czas - i to tylko po to, by urosnąć w siłę. By dać "miejsca pracy", a więc, by zabrać czas i pieniądze tym, którzy woleliby tych wszystkich pierdół uniknąć - i mieć święty spokój.
Ktoś mógłby powiedzieć (siema Radzio ;) ), że oto Polska właśnie. Nic bardziej mylnego! Cała Unia Europejska dąży do tego. Odhumanizowanie, zamienienie w numerek, w jednostkę pracującą, czy tam fizyczną. Przecież to już nie człowiek.
Sprowadzają nas do płatnika, podatnika i idioty. Ale, przecież tak trzeba. Co nie?
Słyszę to często powtarzane, jak mantrę. Trzeba mieć pieniądze.
Trzeba robić karierę. Trzeba piąć się w górę!
Trzeba wygrać w wyścigu szczurów!
Tylko, że... wiecie co? Ten, kto wygrywa w wyścigu szczurów, dalej pozostaje szczurem. A ja wolę zostać z boku i cieszyć się życiem.
Czego i Wam życzę!
M.
środa, 26 września 2012
Morloków pokłosie.
Dziś niespecjalnie był czas na głębsze refleksje - ot, siedzenie od rana w poczekalni (dwie książki, na zapas), drzemka, obiad, ponowna wizyta, tym razem już, na szczęście koniec. Miła niespodzianka w postaci czyiś odwiedzin. No i w sumie tyle, cały dzień przeleciał. Druga część nawet bardzo miło, ale ja nie o tym.
Znowuż spotkałem morloków! Tym razem już bardziej zaawansowanych, starszych. Ja tego nie rozumiem, moi drodzy. Wszystkie poczekalnie wypełnione są ludźmi, którzy nudzą się jak mopsy. Wszystkie poczekalnie w Polsce, a pewnie i na całym świecie.
Jeżeli poza Ziemią istnieje jeszcze jakieś życie, to pewnie i u nich ludzie w kolejkach się nudzą.
Więc czemu, powiedzcie mi, nie ma dżemu? Tfu, znaczy: czemu znowu tylko ja miałem książkę? Przecież to jest... chore. Nawet ludzie którzy czekali tam ze mną rano (nie tak trudno jest zapamiętać kilka z kilkunastu twarzy), nie poszli po rozum do głowy i nie przynieśli ze sobą... niczego. Przecież oni nawet nie bawili się komórkami. Siedzieli, czasem wymienili kilka słów. Generalnie jednak, banda zombie.
Prawie się bałem, że rzucą się na mój mózg. W końcu pracował, więc musiał smakowicie pachnieć!
Sytuację uratował i skomplikował pewien pan, który, co prawda, nie spodziewał się kolejki (hurraoptymista ;) ), lecz szybko zlokalizował na stojącym tam stoliku stertę czasopism. I to nie syfu pokroju "Twój Styl", lecz całkiem rzeczowego i konkretnego czasopisma "Angora" (jak ktoś nie wie - zbiór co ciekawszych przedruków z poprzedniego tygodnia + artykuły własne).
Dwie osoby, z dość głupimi minami, sięgnęło również po ową makulaturę. I to tyle.
Wyobrażacie sobie?
Kilkanaście osób (+ dobre parę, które już wcześniej wyszło), jednak książka, trzy czasopisma (dwa czytane, jedno tylko przeglądane - zapewne zbyt mało obrazków).
Można zżymać się, że młodzi nie czytają. Hulaj dusza, niechże zajmują się jakąś inną ambitną gałęzią kultury. Filmy? OK, czemu nie. Też zdarzają się wartościowe. Sam Internet to kapitalny temat na cały cykl wywodów (zwanych potocznie wynurzeniami, bądź wypocinami, he he). Czytanie to coś, co powinni zaszczepić dorośli. Rodzice. Nauczyciel może zachęcić, lecz czym skorupka za młodu nie nasiąknie, tym większa szansa, że na starość będzie trącić głąbem.
Niestety, mamy w kraju morloków, pozwalających wychowywać się nowym morlokom. Dlatego proszę, bardzo uniżenie zresztą: zawsze i wszędzie namawiajcie znajomych, sąsiadów i rodzinę do poszerzania horyzontów. Nie mówię tylko o książkach (pragmatyczny dorobkiewicz ma taki eskapizm za godny pogardy, trudno). Ale dobry film, teatr... ba! Nazwanie tego, co leci w radiu badziewiem i przedstawienie alternatywy. Może i nie jest to wyjście dyplomatyczne, lecz w końcu mamy wolność słowa, jo?
Skorzystajmy więc z niej. Ja korzystam :). I najchętniej wprowadziłbym plan trzyletni pod hasłem "Matoły do stodoły!", lecz obawiam się, że pozostaję tutaj w mniejszości. Cóż, mniejszość wcale jednak nie musi być cicha i niesłyszalna.
Pokażcie światu, że literatura i inne oblicza sztuki to coś, co warte jest poświęcenia czasu, a nawet i zachodu. Miarą cywilizacji jest nie to, ile energii wyciśniemy z kilograma danej materii, lecz jak podchodzimy do naszego miejsca w świecie, jak przeżywamy każdy dzień i jak odnajdujemy się na tej drodze ku nieznanemu.
Nie bądźmy więc ani morlokami, ani elojami.... ejolami... cholera, znajdźmy złoty środek. Chociaż tak dla siebie. I dla bliskich. Naprawdę warto, daję słowo!
M.
Znowuż spotkałem morloków! Tym razem już bardziej zaawansowanych, starszych. Ja tego nie rozumiem, moi drodzy. Wszystkie poczekalnie wypełnione są ludźmi, którzy nudzą się jak mopsy. Wszystkie poczekalnie w Polsce, a pewnie i na całym świecie.
Jeżeli poza Ziemią istnieje jeszcze jakieś życie, to pewnie i u nich ludzie w kolejkach się nudzą.
Więc czemu, powiedzcie mi, nie ma dżemu? Tfu, znaczy: czemu znowu tylko ja miałem książkę? Przecież to jest... chore. Nawet ludzie którzy czekali tam ze mną rano (nie tak trudno jest zapamiętać kilka z kilkunastu twarzy), nie poszli po rozum do głowy i nie przynieśli ze sobą... niczego. Przecież oni nawet nie bawili się komórkami. Siedzieli, czasem wymienili kilka słów. Generalnie jednak, banda zombie.
Prawie się bałem, że rzucą się na mój mózg. W końcu pracował, więc musiał smakowicie pachnieć!
Sytuację uratował i skomplikował pewien pan, który, co prawda, nie spodziewał się kolejki (hurraoptymista ;) ), lecz szybko zlokalizował na stojącym tam stoliku stertę czasopism. I to nie syfu pokroju "Twój Styl", lecz całkiem rzeczowego i konkretnego czasopisma "Angora" (jak ktoś nie wie - zbiór co ciekawszych przedruków z poprzedniego tygodnia + artykuły własne).
Dwie osoby, z dość głupimi minami, sięgnęło również po ową makulaturę. I to tyle.
Wyobrażacie sobie?
Kilkanaście osób (+ dobre parę, które już wcześniej wyszło), jednak książka, trzy czasopisma (dwa czytane, jedno tylko przeglądane - zapewne zbyt mało obrazków).
Można zżymać się, że młodzi nie czytają. Hulaj dusza, niechże zajmują się jakąś inną ambitną gałęzią kultury. Filmy? OK, czemu nie. Też zdarzają się wartościowe. Sam Internet to kapitalny temat na cały cykl wywodów (zwanych potocznie wynurzeniami, bądź wypocinami, he he). Czytanie to coś, co powinni zaszczepić dorośli. Rodzice. Nauczyciel może zachęcić, lecz czym skorupka za młodu nie nasiąknie, tym większa szansa, że na starość będzie trącić głąbem.
Niestety, mamy w kraju morloków, pozwalających wychowywać się nowym morlokom. Dlatego proszę, bardzo uniżenie zresztą: zawsze i wszędzie namawiajcie znajomych, sąsiadów i rodzinę do poszerzania horyzontów. Nie mówię tylko o książkach (pragmatyczny dorobkiewicz ma taki eskapizm za godny pogardy, trudno). Ale dobry film, teatr... ba! Nazwanie tego, co leci w radiu badziewiem i przedstawienie alternatywy. Może i nie jest to wyjście dyplomatyczne, lecz w końcu mamy wolność słowa, jo?
Skorzystajmy więc z niej. Ja korzystam :). I najchętniej wprowadziłbym plan trzyletni pod hasłem "Matoły do stodoły!", lecz obawiam się, że pozostaję tutaj w mniejszości. Cóż, mniejszość wcale jednak nie musi być cicha i niesłyszalna.
Pokażcie światu, że literatura i inne oblicza sztuki to coś, co warte jest poświęcenia czasu, a nawet i zachodu. Miarą cywilizacji jest nie to, ile energii wyciśniemy z kilograma danej materii, lecz jak podchodzimy do naszego miejsca w świecie, jak przeżywamy każdy dzień i jak odnajdujemy się na tej drodze ku nieznanemu.
Nie bądźmy więc ani morlokami, ani elojami.... ejolami... cholera, znajdźmy złoty środek. Chociaż tak dla siebie. I dla bliskich. Naprawdę warto, daję słowo!
M.
poniedziałek, 24 września 2012
Polskie morloki.
Uciąłem sobie ostatnio pogawędkę z mamą, polonistką (dla tych co nie wiedzą; ważna informacja). Rozmowa dotyczyła sztuki ogółem, a literatury w szczególności, była zaś pokłosiem artykułu dziennikarza Wyborczej, który popełnił w swoim życiu też kilka powieści, a przynajmniej książek.
Z artykuł ten, a więc, z konieczności, i rozmowa, dotyczył pewnego smutnego faktu. Wedle badań jakiegoś OBOP-u, czy podobnego tworu, ponad połowa Polaków nie sięgnęła w ubiegłym roku do książki. Co gorsza, nie zamierza.
Sam artykuł jakiś nowatorski nie był, ot, modnie wyśmiewał obecnego premiera (co miał dziadka w Wermachcie), iż ten woli grać "w gałę", niż zabrać swoich ministrów do księgarni.
Jako mnie samego to nie dziwi, w końcu sam bym bydła na salony nie prowadził. A i jaki pasterz, każdy widzi :).
Urzekło mnie jednak odwołanie do H. G. Wells'a i jego podziemnych morloków, zafascynowanych maszynami, wypaczonym postępem i tym co przyziemne, odrzucające piękno i to, co nie praktyczne. Żerujących zaś na ejolach... uhmmm... a może elojach? Dokładnie nie nazwy pamiętam i poprawę obiecuję, fakt, że żerowali w sposób bardzo bezpośredni (kanibalizm), zaś te, niegdyś bratnie, istoty, ze wszech miar przypominały niewykształcone dzieci, naiwne i nie potrafiące współpracować. Łatwe do zmanipulowania, by nie rzec, wypasu.
Obie grupy zaś nie czytały. I jedne i drugie były na to, na swój sposób, za głupie. Choć jedne z wrodzonej już niemalże indolencji, drugie zaś z powodu świadomej ignorancji, odrzucenia takich wartości.
Czemuż to mi przyszło do głowy, czemu o tym właśnie piszę? (świadomie używam tu czasu teraźniejszego, gwoli ścisłości)
Otóż siedziałem sobie dzisiaj chwilę niedługą w pobliskim centrum medycznym. Bywam tam w miarę regularnym gościem, ot, takie sprawy alergika.
Tym jednak razem zagnały mnie tam sprawy medycyny pracy. Wiecie, te badania i inne duperele. No i oba typy wizyt miały pewną wspólny mianownik.
Zawsze, ale to zawsze noszę ze sobą książkę.
Zdziwilibyście się, jak rzadko widzę kogokolwiek, kto by czytał, czekając, razem ze mną. Zrozumiem osoby czekające razem, zawsze można porozmawiać.
Lecz reszta? Siedzą, bądź stoją, mina cierpiętnicza, bądź chociaż znudzona, przygarbieni, puste spojrzenie. Tragedia, powiadam.
Tak samo było dzisiaj. Małym wyjątkiem było to, że cała poczekalnia była wypełniona młodzieżą szkolną i studentami, co mi trochę szyki pokrzyżowało, gdyż mogłem się tylko zarejestrować na jutro. Nic to. Chwilkę poczekałem (czytając "Ptaśka" - tak, tak, cicho, nadrabiam), nie omieszkałem jednak przyjrzeć się bacznie otoczeniu.
W poczekalni znajdowało się, poza mną, kilkanaście osób. Trzy dziewczyny zawzięcie między sobą trajkotały. Fair enough. Wizyta u dermatologa też ciekawa sprawa. Akurat średnio mnie interesowało, gdzie jedna z drugą mają krosty, ale to już insza inszość.
Prawdziwy problem leżał w tym, że byłem absolutnie jedyną osobą z książką.
Nie było wyjątku. Nie wiem, czy to pokłosie tego, że można "bawić się komórką", czy też brak doświadczenia w kwestii przebywania w słynnych "życiowych" kolejkach.
Tak, czy inaczej, ja od niepamiętnych czasów nie lubię marnować ten sposób czasu. Lubię się polenić, mieć czas wolny, nic nie robić. Bezczynność jednak... jest dla mnie męcząca, uciążliwa. Nie potrafię tak, słowo.
Na szczęście jako osoba do rejestracji byłem poza kolejką, szybko więc opuściłem naszą osowiałą gromadkę morloczków. Gnębi mnie jednak pewna myśl - czy był to przypadek, czy te osoby naprawdę nigdy nie sięgają po książkę?
Jeśli zaś prawdziwa jest ta druga opcja, to czy zamiłowanie do kultury mogą odnaleźć w cyfrowym świecie? Wiadomo, że ona tam jest. Internet (i peryferia) jest jednak strasznym śmietnikiem. Czy na pewno mogą trafić na to, co wartościowe?
I, co gorsza, czy chcą?
M.
Z artykuł ten, a więc, z konieczności, i rozmowa, dotyczył pewnego smutnego faktu. Wedle badań jakiegoś OBOP-u, czy podobnego tworu, ponad połowa Polaków nie sięgnęła w ubiegłym roku do książki. Co gorsza, nie zamierza.
Sam artykuł jakiś nowatorski nie był, ot, modnie wyśmiewał obecnego premiera (co miał dziadka w Wermachcie), iż ten woli grać "w gałę", niż zabrać swoich ministrów do księgarni.
Jako mnie samego to nie dziwi, w końcu sam bym bydła na salony nie prowadził. A i jaki pasterz, każdy widzi :).
Urzekło mnie jednak odwołanie do H. G. Wells'a i jego podziemnych morloków, zafascynowanych maszynami, wypaczonym postępem i tym co przyziemne, odrzucające piękno i to, co nie praktyczne. Żerujących zaś na ejolach... uhmmm... a może elojach? Dokładnie nie nazwy pamiętam i poprawę obiecuję, fakt, że żerowali w sposób bardzo bezpośredni (kanibalizm), zaś te, niegdyś bratnie, istoty, ze wszech miar przypominały niewykształcone dzieci, naiwne i nie potrafiące współpracować. Łatwe do zmanipulowania, by nie rzec, wypasu.
Obie grupy zaś nie czytały. I jedne i drugie były na to, na swój sposób, za głupie. Choć jedne z wrodzonej już niemalże indolencji, drugie zaś z powodu świadomej ignorancji, odrzucenia takich wartości.
Czemuż to mi przyszło do głowy, czemu o tym właśnie piszę? (świadomie używam tu czasu teraźniejszego, gwoli ścisłości)
Otóż siedziałem sobie dzisiaj chwilę niedługą w pobliskim centrum medycznym. Bywam tam w miarę regularnym gościem, ot, takie sprawy alergika.
Tym jednak razem zagnały mnie tam sprawy medycyny pracy. Wiecie, te badania i inne duperele. No i oba typy wizyt miały pewną wspólny mianownik.
Zawsze, ale to zawsze noszę ze sobą książkę.
Zdziwilibyście się, jak rzadko widzę kogokolwiek, kto by czytał, czekając, razem ze mną. Zrozumiem osoby czekające razem, zawsze można porozmawiać.
Lecz reszta? Siedzą, bądź stoją, mina cierpiętnicza, bądź chociaż znudzona, przygarbieni, puste spojrzenie. Tragedia, powiadam.
Tak samo było dzisiaj. Małym wyjątkiem było to, że cała poczekalnia była wypełniona młodzieżą szkolną i studentami, co mi trochę szyki pokrzyżowało, gdyż mogłem się tylko zarejestrować na jutro. Nic to. Chwilkę poczekałem (czytając "Ptaśka" - tak, tak, cicho, nadrabiam), nie omieszkałem jednak przyjrzeć się bacznie otoczeniu.
W poczekalni znajdowało się, poza mną, kilkanaście osób. Trzy dziewczyny zawzięcie między sobą trajkotały. Fair enough. Wizyta u dermatologa też ciekawa sprawa. Akurat średnio mnie interesowało, gdzie jedna z drugą mają krosty, ale to już insza inszość.
Prawdziwy problem leżał w tym, że byłem absolutnie jedyną osobą z książką.
Nie było wyjątku. Nie wiem, czy to pokłosie tego, że można "bawić się komórką", czy też brak doświadczenia w kwestii przebywania w słynnych "życiowych" kolejkach.
Tak, czy inaczej, ja od niepamiętnych czasów nie lubię marnować ten sposób czasu. Lubię się polenić, mieć czas wolny, nic nie robić. Bezczynność jednak... jest dla mnie męcząca, uciążliwa. Nie potrafię tak, słowo.
Na szczęście jako osoba do rejestracji byłem poza kolejką, szybko więc opuściłem naszą osowiałą gromadkę morloczków. Gnębi mnie jednak pewna myśl - czy był to przypadek, czy te osoby naprawdę nigdy nie sięgają po książkę?
Jeśli zaś prawdziwa jest ta druga opcja, to czy zamiłowanie do kultury mogą odnaleźć w cyfrowym świecie? Wiadomo, że ona tam jest. Internet (i peryferia) jest jednak strasznym śmietnikiem. Czy na pewno mogą trafić na to, co wartościowe?
I, co gorsza, czy chcą?
M.
niedziela, 23 września 2012
Podwójna reaktywacja (po raz n-ty)
Powrót do parakultury odkładałem od bardzo, bardzo dawna.
Cóż, "odkładałem", to dość nieszczęśliwe wyrażenie. Dojrzewał on we mnie, powoli i nieśpiesznie. Po prostu to, co popchnęło mnie do założenia tego bloga, przygasło. Nie zniknęło, broń Światłości. Ot, blog ów stracił świeżość i nie zawierał już tego, co chciałbym w nim przekazywać.
Potrzebowałem odpocząć, stąd milczenie.
Parakultura powraca więc, na kilka dni przez kolejnymi urodzinami. Moimi, nie jej, rzecz jasna :).
Czy odzyskałem świeżość i czy będę potrafił pisać przyjemne, odpowiednio zgryźliwe, lecz jednocześnie pozytywne teksty? Mam nadzieję.
Właśnie ta pozytywność jest tym, czego brakowało mi w ostatnich tekstach, bądź gdy myślałem, czy o czymś nie napisać. Powiem Wam, drodzy czytelnicy, że nie lubię wylewać jadu. Niestety zaś, wiele ze spraw, o których słuchać na co dzień, nie pozostawia nic innego.
Dlatego też dzisiejszy wpis traktować będzie o pewnym zjawisku, dzięki któremu takie pojęcie, jak (moja) parakultura w ogóle istnieje. Zjawisko owe zaś nosi miano Dead Can Dance (nie mylić z You Can Dance!). A cóż to takiego? – być może ktoś zapyta. Wujek Wiki zaś służy odpowiedzią:
(jest to) brytyjsko-australijska grupa muzyczna prezentująca alternatywne spojrzenie na world music, z wpływami gatunków zaliczanych do szeroko pojętego dark independent. Powstała 1981 r. w Melbourne z inicjatywy Brytyjczyka Brendana Perry'ego, do którego wkrótce dołączyła Australijka Lisa Gerrard[2]
Ot i tyle. Zespół ten zakończył działalność w 1998 roku, kapitalną płytą Spiritchaser, by niedawno odrodzić się, jak Feniks, własnym Anastasis. Odrodzić się, to dobre słowo, gdyż brzmią dokładnie tak, jak brzmieli niegdyś. Jakby te 14 lat ciszy było tylko kontemplacją, krótką pauzą w muzyce, która gra w ich duszach.
Moi drodzy, zapraszam w moją własną wycieczkę po tym, czym jest Dead Can Dance; po zjawisku, które re-definiuje wiele pojęć, dotykając bezpośrednio tego, co ulotne, duchowe i metafizyczne. A także niezaprzeczalnie piękne w ten kruchy, niekomercyjny sposób. Moja muzyczna ikona parakultury...
Jak sam Brandon śpiewa w otwierającym płytę utworze:
We are the children of the sun, our journey's just begun.
Tak, ich podróż dopiero się zaczyna, gdyż, podobnie jak i dla mnie, to podróż jest ważna, a nie cel. Podróż zaś zaczyna się codziennie na nowo. I tak ich muzyka towarzyszy mi już od dobrych kilku lat, w szczęściu i smutku. W domu i w podróży, cały czas jednak w sercu i w duszy.
Nie jestem pewien, czy będę potrafił opisać, jak bardzo ewoluuje we mnie sam odbiór ich utworów i ich przekazu. Tkwi w nich prawdziwa magia. Taka magia słów, dźwięków i aury.
Chyba ta ostatnia przemawia do mnie i działa na mnie najbardziej.
Wystarczy czasem, że zamknę oczy, by pojawił się we mnie obraz powiązany z jednym, lub drugim utworem. A też inaczej – stojąc gdzieś, w lesie, nad rzeką, czy też w górach, potrafię przypomnieć sobie jeden z ich utworów.
Ta muzyka przeniknęła mnie na wskroś, stała się częścią mnie. Po części wręcz stworzyła mnie, uczyniła ze mnie tego, kim jestem. To z niej, bezpośrednio z niej narodziła się parakultura.
Fakt, że ta idea wzrosła na podatnym gruncie. Zawsze byłem estetą, zawsze fascynowała mnie sztuka, piękno i poszukiwanie odpowiedzi, doznań, myśli.
Jednak dopiero Dead Can Dance pobudził to ziarno, które zakiełkowała we mnie literatura. Ot, takie uzupełnienie, gdyż człowiek bez różnorodnych bodźców nie ma szans na rozwój. Ja zaś nie mam zamiaru przestać się rozwijać. Górnolotny plan, cóż, lecz czasem bywam ambitny :).
Wróćmy jednak do ich nowej płyty. Zapraszam do mojej prywatnej i osobliwej minirecenzji. Mam nadzieję, że nią nie zanudzę!
Nim jednak zacznę, polecam puścić w tle następujący utwór - http://www.youtube.com/watch?v=J6aQEFzB3zQ a więc otwierające płytę Children of the Sun. Można dalej przy tym czytać, lecz nie radzę. Lepiej zamknąć oczy i się wsłuchać. Bądź znaleźć słowa tego utworu, by łatwiej zrozumieć, czym i dlaczego otwieramy płytę.
Przede wszystkim podkreślam, że ich nowa płyta nie jest wielkim krokiem naprzód, tak samo jak niczym przełomowym nie była ich pierwsza płyta. Z początku byli, jak to ładnie określono na wikipedii, dark independent. Wiecie, takie około-gotyckie granie. Przyjemne, ciekawe, intrygujące, a nawet i dość żywe (kto nie wierzy, tego odsyłam do The Trial http://www.youtube.com/watch?v=DggPe4KaD_c ).
Zmieniali się zaś z płyty na płytę, jednocześnie (i paradoksalnie) od drugiej pozostając tacy sami. Nie na darmo pojawiło się wśród osób zorientowanych określenie 'oni grają jak Dead Can Dance'. Potrafili zrobić... wszystko. Grali (grają!) muzykę z całego świata. Sięgali do brzmień egzotycznych, arabskich, irlandzkich i w zasadzie wszystkich innych. Płyta z 1998 roku, Spiritchaser, była niesamowicie szamańska, inspirowana etniczną muzyką Afryki.
Co więc ja znalazłem w DCD?
Przede wszystkim ich karnawał, a raczej pożegnanie z nich. Utwór tak pięknie nostalgiczny, że może być jednocześnie oswojeniem się z koncepcją śmierci, jak i kołysanką, dodającym otuchy i mówiącym o pięknie świata kocem, oddzielającym od wszystkiego, co zmęczyło nas w danym dniu.
Nie wiem jak opisać ten utwór słowami i pojęciami innymi, niż "doskonały", "kompletny", "magiczny", "hipnotyzujący".
Cała jego aranżacja, brzmienie, słowa, nawet teledysk... przepiękne i składające się w coś większego. O, właśnie tego szukałem. Jego suma jest większa, niż części składowe. Można go rozbierać na części, analizować i szukać w nim geniuszu. Jednak ów geniusz jest wszędzie, pomiędzy i jest nieuchwytny. Spotkać i znaleźć można go dopiero patrząc na całość, słuchając nie tylko uchem – też i duszą.
I właśnie... tutaj dochodzimy do sedna mojej minirecenzji. Muzycznie Dead Can Dance nie zmieniło się. Nadal są sobą i nadal trzymają poziom. Wielu ma im to za złe. Chcieli czegoś nowego. Lecz to jest jakby... zarzucać Paganiniemu, że to kapitalnie, iż wymyślił granie na skrzypcach niemal na nowo, ale teraz czekamy na coś nowego.
To nie tak, moi drodzy. Dead Can Dance to coś, co narodziło się w duszach pewnej dwójki, lecz co dojrzewa i kiełkuje w nas. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się tutaj... instrumentem.
Tak jak Brandon i Lisa jestem owym dzieckiem słońca, którego podróż dopiero się rozpoczyna. Tak jak i przez nich, tak i przeze mnie muzyka płynie i przedostaje się dalej. Kształtując mnie i świat.
Nie chciałbym, by to się zmieniło, zaś zbytnie eksperymentowanie mogłoby do tego doprowadzić.
Tak jak kiedyś Karnawał się zakończył, tak teraz rozpoczyna się na nowo. Inny, a jednak taki sam. Piękny i współtworzony przez to, jak go odbieramy.
To jest coś więcej niż rozrywka, coś więcej niż muzyka, coś więcej niż zwykła sztuka. To jest czysta parakultura, wykraczająca poza ramy, poza bariery, poza rzeczywistość.
Oto czym jest dla mnie Dead Can Dance.
A czym jest, lub może stać się dla Was? Odpowiedź można znaleźć tylko w jednym miejscu.
W Was.
Al'diel sha'la ;)
M.
Cóż, "odkładałem", to dość nieszczęśliwe wyrażenie. Dojrzewał on we mnie, powoli i nieśpiesznie. Po prostu to, co popchnęło mnie do założenia tego bloga, przygasło. Nie zniknęło, broń Światłości. Ot, blog ów stracił świeżość i nie zawierał już tego, co chciałbym w nim przekazywać.
Potrzebowałem odpocząć, stąd milczenie.
Parakultura powraca więc, na kilka dni przez kolejnymi urodzinami. Moimi, nie jej, rzecz jasna :).
Czy odzyskałem świeżość i czy będę potrafił pisać przyjemne, odpowiednio zgryźliwe, lecz jednocześnie pozytywne teksty? Mam nadzieję.
Właśnie ta pozytywność jest tym, czego brakowało mi w ostatnich tekstach, bądź gdy myślałem, czy o czymś nie napisać. Powiem Wam, drodzy czytelnicy, że nie lubię wylewać jadu. Niestety zaś, wiele ze spraw, o których słuchać na co dzień, nie pozostawia nic innego.
Dlatego też dzisiejszy wpis traktować będzie o pewnym zjawisku, dzięki któremu takie pojęcie, jak (moja) parakultura w ogóle istnieje. Zjawisko owe zaś nosi miano Dead Can Dance (nie mylić z You Can Dance!). A cóż to takiego? – być może ktoś zapyta. Wujek Wiki zaś służy odpowiedzią:
(jest to) brytyjsko-australijska grupa muzyczna prezentująca alternatywne spojrzenie na world music, z wpływami gatunków zaliczanych do szeroko pojętego dark independent. Powstała 1981 r. w Melbourne z inicjatywy Brytyjczyka Brendana Perry'ego, do którego wkrótce dołączyła Australijka Lisa Gerrard[2]
Ot i tyle. Zespół ten zakończył działalność w 1998 roku, kapitalną płytą Spiritchaser, by niedawno odrodzić się, jak Feniks, własnym Anastasis. Odrodzić się, to dobre słowo, gdyż brzmią dokładnie tak, jak brzmieli niegdyś. Jakby te 14 lat ciszy było tylko kontemplacją, krótką pauzą w muzyce, która gra w ich duszach.
Moi drodzy, zapraszam w moją własną wycieczkę po tym, czym jest Dead Can Dance; po zjawisku, które re-definiuje wiele pojęć, dotykając bezpośrednio tego, co ulotne, duchowe i metafizyczne. A także niezaprzeczalnie piękne w ten kruchy, niekomercyjny sposób. Moja muzyczna ikona parakultury...
Jak sam Brandon śpiewa w otwierającym płytę utworze:
We are the children of the sun, our journey's just begun.
Tak, ich podróż dopiero się zaczyna, gdyż, podobnie jak i dla mnie, to podróż jest ważna, a nie cel. Podróż zaś zaczyna się codziennie na nowo. I tak ich muzyka towarzyszy mi już od dobrych kilku lat, w szczęściu i smutku. W domu i w podróży, cały czas jednak w sercu i w duszy.
Nie jestem pewien, czy będę potrafił opisać, jak bardzo ewoluuje we mnie sam odbiór ich utworów i ich przekazu. Tkwi w nich prawdziwa magia. Taka magia słów, dźwięków i aury.
Chyba ta ostatnia przemawia do mnie i działa na mnie najbardziej.
Wystarczy czasem, że zamknę oczy, by pojawił się we mnie obraz powiązany z jednym, lub drugim utworem. A też inaczej – stojąc gdzieś, w lesie, nad rzeką, czy też w górach, potrafię przypomnieć sobie jeden z ich utworów.
Ta muzyka przeniknęła mnie na wskroś, stała się częścią mnie. Po części wręcz stworzyła mnie, uczyniła ze mnie tego, kim jestem. To z niej, bezpośrednio z niej narodziła się parakultura.
Fakt, że ta idea wzrosła na podatnym gruncie. Zawsze byłem estetą, zawsze fascynowała mnie sztuka, piękno i poszukiwanie odpowiedzi, doznań, myśli.
Jednak dopiero Dead Can Dance pobudził to ziarno, które zakiełkowała we mnie literatura. Ot, takie uzupełnienie, gdyż człowiek bez różnorodnych bodźców nie ma szans na rozwój. Ja zaś nie mam zamiaru przestać się rozwijać. Górnolotny plan, cóż, lecz czasem bywam ambitny :).
Wróćmy jednak do ich nowej płyty. Zapraszam do mojej prywatnej i osobliwej minirecenzji. Mam nadzieję, że nią nie zanudzę!
Nim jednak zacznę, polecam puścić w tle następujący utwór - http://www.youtube.com/watch?v=J6aQEFzB3zQ a więc otwierające płytę Children of the Sun. Można dalej przy tym czytać, lecz nie radzę. Lepiej zamknąć oczy i się wsłuchać. Bądź znaleźć słowa tego utworu, by łatwiej zrozumieć, czym i dlaczego otwieramy płytę.
Przede wszystkim podkreślam, że ich nowa płyta nie jest wielkim krokiem naprzód, tak samo jak niczym przełomowym nie była ich pierwsza płyta. Z początku byli, jak to ładnie określono na wikipedii, dark independent. Wiecie, takie około-gotyckie granie. Przyjemne, ciekawe, intrygujące, a nawet i dość żywe (kto nie wierzy, tego odsyłam do The Trial http://www.youtube.com/watch?v=DggPe4KaD_c ).
Zmieniali się zaś z płyty na płytę, jednocześnie (i paradoksalnie) od drugiej pozostając tacy sami. Nie na darmo pojawiło się wśród osób zorientowanych określenie 'oni grają jak Dead Can Dance'. Potrafili zrobić... wszystko. Grali (grają!) muzykę z całego świata. Sięgali do brzmień egzotycznych, arabskich, irlandzkich i w zasadzie wszystkich innych. Płyta z 1998 roku, Spiritchaser, była niesamowicie szamańska, inspirowana etniczną muzyką Afryki.
Co więc ja znalazłem w DCD?
Przede wszystkim ich karnawał, a raczej pożegnanie z nich. Utwór tak pięknie nostalgiczny, że może być jednocześnie oswojeniem się z koncepcją śmierci, jak i kołysanką, dodającym otuchy i mówiącym o pięknie świata kocem, oddzielającym od wszystkiego, co zmęczyło nas w danym dniu.
Nie wiem jak opisać ten utwór słowami i pojęciami innymi, niż "doskonały", "kompletny", "magiczny", "hipnotyzujący".
Cała jego aranżacja, brzmienie, słowa, nawet teledysk... przepiękne i składające się w coś większego. O, właśnie tego szukałem. Jego suma jest większa, niż części składowe. Można go rozbierać na części, analizować i szukać w nim geniuszu. Jednak ów geniusz jest wszędzie, pomiędzy i jest nieuchwytny. Spotkać i znaleźć można go dopiero patrząc na całość, słuchając nie tylko uchem – też i duszą.
I właśnie... tutaj dochodzimy do sedna mojej minirecenzji. Muzycznie Dead Can Dance nie zmieniło się. Nadal są sobą i nadal trzymają poziom. Wielu ma im to za złe. Chcieli czegoś nowego. Lecz to jest jakby... zarzucać Paganiniemu, że to kapitalnie, iż wymyślił granie na skrzypcach niemal na nowo, ale teraz czekamy na coś nowego.
To nie tak, moi drodzy. Dead Can Dance to coś, co narodziło się w duszach pewnej dwójki, lecz co dojrzewa i kiełkuje w nas. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się tutaj... instrumentem.
Tak jak Brandon i Lisa jestem owym dzieckiem słońca, którego podróż dopiero się rozpoczyna. Tak jak i przez nich, tak i przeze mnie muzyka płynie i przedostaje się dalej. Kształtując mnie i świat.
Nie chciałbym, by to się zmieniło, zaś zbytnie eksperymentowanie mogłoby do tego doprowadzić.
Tak jak kiedyś Karnawał się zakończył, tak teraz rozpoczyna się na nowo. Inny, a jednak taki sam. Piękny i współtworzony przez to, jak go odbieramy.
To jest coś więcej niż rozrywka, coś więcej niż muzyka, coś więcej niż zwykła sztuka. To jest czysta parakultura, wykraczająca poza ramy, poza bariery, poza rzeczywistość.
Oto czym jest dla mnie Dead Can Dance.
A czym jest, lub może stać się dla Was? Odpowiedź można znaleźć tylko w jednym miejscu.
W Was.
Al'diel sha'la ;)
M.
wtorek, 12 czerwca 2012
Nie o EURO
A przynajmniej, nie w zasadniczej części wpisu.
Wiadomo, że rzetelność dziennikarska (ach, ten mój przeuroczy sarkazm) wymaga ode mnie poświęcenia tematowi kilku słów.
Zacznijmy od tematu bliskiego memu sercu, czyli tematowi cycków, domyślnie - ukraińskich. Otóż w ostatnim poście rozpisałem się na temat krasnych biustów ukraińskich feministek. Niestety, spotkał mnie srogi zawód. W ostatnich manifestacjach udział wzięły niewiasty raczej średnio ciekawe. Pal licho twarz, wiadomo, że wychodziła z nich złość. Złość na co? Nie wiem. Szczerze wątpię, żeby na Ukrainie mafia robiła regularne łapanki i zmuszała tamtejsze dziewuchy do nierządu.
No a co feministkom do cichodajek? To tak, jakby kury domowe protestowały przeciwko 'kobietom sukcesu'. I jedne i drugie mają nie po kolei w głowie, więc nie pozostaje nic innego, jak plasnąć się w czoło i oglądać mecze. Albo i nie, jak kto woli. Na tym polega wolność :).
Także Fe-menki mogły nawet mieć dobry pomysł na swój protest.
- Patrzcie - zdają się mówić - u nas wcale nie takie ładne kobiety, nie ma po co seksturystyki uprawiać.
No, powiedzcie sami, tak szczerze, z ręką na sercu... Być może chodzi tu o ekspresję i zniekształcenie (w innym przypadku przyjemnych dla oka) rysów twarzy, ale te przedstawicielki płci PIĘKNEJ z poniższych zdjęć jakoś mnie nie napawają zachwytem.


Przynajmniej ich reprezentacja wygrała. Dziewuszki pewnie mają to w czterech literach. Ciekawe, prawda? Mi się to kojarzy z pewnym rodzajem seksu, ale fe-ministki mają swój własny świat, a i ja się bawię innymi zabawkami, w innej piaskownicy, z innymi przedstawicielkami ich płci :).
Czego więc będzie dotyczył właściwy wpis?
Otóż, dość przypadkowo, Moskwy. W zasadzie tej Małej Moskwy, a więc Legnicy. Zainteresowanych rozwinięciem tematu zapraszam do odwiedzenia następującego linku -> http://poznajpolske.onet.pl/reportaze,49/legnica-pozdrowienia-z-malej-moskwy,42697,page2.html
Na zachętę zaś wkleję mały cycat... tfu, znaczy cytat :)
Jest to, proszę państwa, prawda co do kropki. Sam, mimo dość młodego wieku (gdy Rosjanie wyjeżdżali na dobre z Legnicy, w roku 1993, miałem raptem 9 lat), pamiętam część z opisanych sytuacji. Pamiętam, że czasem nieupilnowane, mówiące dziwnym językiem dzieci (tak podobnym, a tak innym) bawiły się z 'nami' w parku. Pamiętam stojący tam, jako pomniki, autentyczny sprzęt wojskowy z czasów II wojny światowej. Pamiętam patrole w charakterystycznych, obcych mundurach, z czerwoną gwiazdą. Pamiętam też Strefę. Kwadrat. Dzielnicę zakazaną. Drut kolczasty, karabiny, totalną obcość.
Pamiętam też dziurę w owym drucie, dobrze pilnowaną, rzecz jasna, przez którą, za łapówką, pewien smarkacz, pod opieką dorosłych, przedostawał się na egzotyczne zakupy.
A jednocześnie, do innego świata.
Cóż to był za świat! Zapuszczony bardziej, niż świat mojego dzieciństwa, późny PRL. Świat który sypał się i rozpadał. Brudny, zaniedbany, obcy.
Mimo tego, że Rosjanie to bracia Słowianie, byli jednak tak obcy, że przerażali owego małego chłopaka.
Jedyne co dawało mi odwagę tam iść, to słodkie, kandyzowane mleko w puszcze, dziwne, niespotykane w Polsce cukierki z dziwnymi napisami, cholernie słodki sok jabłkowy (także w puszcze!) i jeszcze inne rzeczy, których teraz nie pamiętam. Była tam jednak, na pewno, książka z Wilkiem i Zającem :).
Najbardziej jednak utrwaliły mi się w pamięci rewizje. A także moje pytanie - "Mamo, czego ci żołnierze szukają?"
Następnie zaś odpowiedź - 'Materiałów wybuchowych."
Wyobraźcie sobie teraz moje zdumienie - jak to, to moje spodenki mogą wybuchnąć?
Ech, dziecko z wyobraźnią to straszne przekleństwo ;).
Teraz po obecności wojsk radzieckich zostało mało.
Dla mnie osobiście, wpisali się w wielokulturowość mojego dzieciństwa, w obecny kosmopolityzm. Byli dla mnie integralną częścią świata.
Tak samo, jak oczywisty był znajdujący się jakieś 100 metrów od miejsca mojego zamieszkania stary, jeszcze przedwojenny, cmentarz żydowski. Czy też odwiedzający miasto Niemcy, którzy kiedyś mieli tu swe domu. Ot, Dolny Śląsk.
Rosjanie zaś zawsze byli tymi, którzy cierpieli z nami. Mieszkali obok, a nie wolno było im się zintegrować.
Wyrosłem wychowany w przekonaniu, że to nie Rosjanie są źli, ale władze sowieckie. Niezależnie od tego, po której stronie granicy, lewactwo jest mi obce i obrzydliwe. I choć w liceum przeżywałem zafascynowanie różnymi alternatywami, anarchizmem, Che Guevarą i wszystkim, co nie kojarzyło mi się z systemem, jednocześnie po wygraniu ongiś przez SLD wyborów parlamentarnych, po wybraniu Kwaśniewskiego na prezydenta, byłem święcie przekonany, że kończy się świat.
Że powrócą druty, kolczaste, mury i skończy się wolność.
Gdybym tylko wiedział, jacy idioci nadejdą do rządu później, zachowałbym trochę energii na strach w przyszłości ;).
A tak? Żyję w innym świecie i dobrze mi z tym. Czasem lepiej nie wiedzieć, co niesie ze sobą przyszłość.
Zabrakłoby nam siły na życie :).
Pozdrawiam i....
POLSKA GOLA!
M.
Wiadomo, że rzetelność dziennikarska (ach, ten mój przeuroczy sarkazm) wymaga ode mnie poświęcenia tematowi kilku słów.
Zacznijmy od tematu bliskiego memu sercu, czyli tematowi cycków, domyślnie - ukraińskich. Otóż w ostatnim poście rozpisałem się na temat krasnych biustów ukraińskich feministek. Niestety, spotkał mnie srogi zawód. W ostatnich manifestacjach udział wzięły niewiasty raczej średnio ciekawe. Pal licho twarz, wiadomo, że wychodziła z nich złość. Złość na co? Nie wiem. Szczerze wątpię, żeby na Ukrainie mafia robiła regularne łapanki i zmuszała tamtejsze dziewuchy do nierządu.
No a co feministkom do cichodajek? To tak, jakby kury domowe protestowały przeciwko 'kobietom sukcesu'. I jedne i drugie mają nie po kolei w głowie, więc nie pozostaje nic innego, jak plasnąć się w czoło i oglądać mecze. Albo i nie, jak kto woli. Na tym polega wolność :).
Także Fe-menki mogły nawet mieć dobry pomysł na swój protest.
- Patrzcie - zdają się mówić - u nas wcale nie takie ładne kobiety, nie ma po co seksturystyki uprawiać.
No, powiedzcie sami, tak szczerze, z ręką na sercu... Być może chodzi tu o ekspresję i zniekształcenie (w innym przypadku przyjemnych dla oka) rysów twarzy, ale te przedstawicielki płci PIĘKNEJ z poniższych zdjęć jakoś mnie nie napawają zachwytem.
Przynajmniej ich reprezentacja wygrała. Dziewuszki pewnie mają to w czterech literach. Ciekawe, prawda? Mi się to kojarzy z pewnym rodzajem seksu, ale fe-ministki mają swój własny świat, a i ja się bawię innymi zabawkami, w innej piaskownicy, z innymi przedstawicielkami ich płci :).
Czego więc będzie dotyczył właściwy wpis?
Otóż, dość przypadkowo, Moskwy. W zasadzie tej Małej Moskwy, a więc Legnicy. Zainteresowanych rozwinięciem tematu zapraszam do odwiedzenia następującego linku -> http://poznajpolske.onet.pl/reportaze,49/legnica-pozdrowienia-z-malej-moskwy,42697,page2.html
Na zachętę zaś wkleję mały cycat... tfu, znaczy cytat :)
Gdy Armia Radziecka wkraczała do Legnicy, nikt nie mógł przewidzieć, że zostanie tu 48 lat. Zajęto lotnisko, szkoły, szpitale, gmach sądu z więzieniem, Akademię Rycerską, budynek teatru, dawny ratusz, kamienice. Do obiektów podlegających Rosjanom Polacy nie mieli wstępu. Zwykle chroniły je mury lub bramy z czerwoną gwiazdą, a miasto na blisko pół wieku zostało Małą Moskwą.
Zakazane i często karane były bliskie stosunki Rosjan z polską ludnością. Oczywiście kwitł pokątny handel, organizowano pokazowe "dni przyjaźni", lecz złamanie zakazu groziło poważnymi konsekwencjami, w tym błyskawicznym wydaleniem do ZSRR.
Jest to, proszę państwa, prawda co do kropki. Sam, mimo dość młodego wieku (gdy Rosjanie wyjeżdżali na dobre z Legnicy, w roku 1993, miałem raptem 9 lat), pamiętam część z opisanych sytuacji. Pamiętam, że czasem nieupilnowane, mówiące dziwnym językiem dzieci (tak podobnym, a tak innym) bawiły się z 'nami' w parku. Pamiętam stojący tam, jako pomniki, autentyczny sprzęt wojskowy z czasów II wojny światowej. Pamiętam patrole w charakterystycznych, obcych mundurach, z czerwoną gwiazdą. Pamiętam też Strefę. Kwadrat. Dzielnicę zakazaną. Drut kolczasty, karabiny, totalną obcość.
Pamiętam też dziurę w owym drucie, dobrze pilnowaną, rzecz jasna, przez którą, za łapówką, pewien smarkacz, pod opieką dorosłych, przedostawał się na egzotyczne zakupy.
A jednocześnie, do innego świata.
Cóż to był za świat! Zapuszczony bardziej, niż świat mojego dzieciństwa, późny PRL. Świat który sypał się i rozpadał. Brudny, zaniedbany, obcy.
Mimo tego, że Rosjanie to bracia Słowianie, byli jednak tak obcy, że przerażali owego małego chłopaka.
Jedyne co dawało mi odwagę tam iść, to słodkie, kandyzowane mleko w puszcze, dziwne, niespotykane w Polsce cukierki z dziwnymi napisami, cholernie słodki sok jabłkowy (także w puszcze!) i jeszcze inne rzeczy, których teraz nie pamiętam. Była tam jednak, na pewno, książka z Wilkiem i Zającem :).
Najbardziej jednak utrwaliły mi się w pamięci rewizje. A także moje pytanie - "Mamo, czego ci żołnierze szukają?"
Następnie zaś odpowiedź - 'Materiałów wybuchowych."
Wyobraźcie sobie teraz moje zdumienie - jak to, to moje spodenki mogą wybuchnąć?
Ech, dziecko z wyobraźnią to straszne przekleństwo ;).
Teraz po obecności wojsk radzieckich zostało mało.
Dla mnie osobiście, wpisali się w wielokulturowość mojego dzieciństwa, w obecny kosmopolityzm. Byli dla mnie integralną częścią świata.
Tak samo, jak oczywisty był znajdujący się jakieś 100 metrów od miejsca mojego zamieszkania stary, jeszcze przedwojenny, cmentarz żydowski. Czy też odwiedzający miasto Niemcy, którzy kiedyś mieli tu swe domu. Ot, Dolny Śląsk.
Rosjanie zaś zawsze byli tymi, którzy cierpieli z nami. Mieszkali obok, a nie wolno było im się zintegrować.
Wyrosłem wychowany w przekonaniu, że to nie Rosjanie są źli, ale władze sowieckie. Niezależnie od tego, po której stronie granicy, lewactwo jest mi obce i obrzydliwe. I choć w liceum przeżywałem zafascynowanie różnymi alternatywami, anarchizmem, Che Guevarą i wszystkim, co nie kojarzyło mi się z systemem, jednocześnie po wygraniu ongiś przez SLD wyborów parlamentarnych, po wybraniu Kwaśniewskiego na prezydenta, byłem święcie przekonany, że kończy się świat.
Że powrócą druty, kolczaste, mury i skończy się wolność.
Gdybym tylko wiedział, jacy idioci nadejdą do rządu później, zachowałbym trochę energii na strach w przyszłości ;).
A tak? Żyję w innym świecie i dobrze mi z tym. Czasem lepiej nie wiedzieć, co niesie ze sobą przyszłość.
Zabrakłoby nam siły na życie :).
Pozdrawiam i....
POLSKA GOLA!
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)