poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Godzina "W"

Źródło - www.1944.pl

1 sierpnia, godz. 7.00 – łączniczki alarmowe otrzymują rozkaz Komendanta Okręgu Warszawskiego AK płk. dypl. Antoniego Chruściela „Montera” o ustaleniu Godziny „W” na 1 sierpnia, godzina 17.00. Mobilizacja natrafia na trudności w postaci braku broni, czasu na jej wydobycie i zebranie plutonów. W Godzinie „W”, o 17.00 – wybucha Powstanie Warszawskie, nazywane początkowo sierpniowym. W niektórych dzielnicach walki rozpoczynają się jeszcze przed Godziną „W” – najwcześniej na Żoliborzu, ok. godz. 14, w Śródmieściu Północ i na Woli – przed godz. 16. Do walki przystępuje ok. 30 tys. żołnierzy Okręgu Warszawskiego AK. Uzbrojenie Powstańców przedstawia się wręcz tragicznie: tylko ok. 10 proc. walczących ma broń. Przeciw sobie mają stały garnizon niemiecki w sile ok. 20 tys. w pełni uzbrojonych ludzi, z czego połowę stanowi regularne wojsko. Niemcy mają ponadto pancerne jednostki frontowe, skoncentrowane na obu brzegach Wisły, artylerię i lotnictwo. Sztab Okręgu Warszawskiego AK z płk. „Monterem” zostaje ulokowany w zdobytym przez Powstańców hotelu „Victoria” przy ul. Jasnej. Garnizon niemiecki odpiera szturm Powstańców. Z ważniejszych obiektów Powstańcy zdobywają tylko magazyny żywności i mundurów przy Stawkach, koszary w budynku szkoły św. Kingi przy ul. Okopowej, Wojskowy Instytut Geograficzny w Al. Jerozolimskich, gmach Miejskich Zakładów Komunikacyjnych na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, najwyższy budynek w mieście – Prudential przy Placu Napoleona oraz budynek Dyrekcji Kolei u zbiegu Targowej i Wileńskiej na Pradze. Znaczniejszą przestrzeń, wolną od nieprzyjaciela, Powstańcom udaje się uzyskać jedynie na Starym Mieście. Powstańcza Warszawa to kilka odrębnych ognisk walki, rozdzielonych siłami nieprzyjaciela. W rękach wroga pozostają tak ważne obiekty wojskowe, jak mosty na Wiśle, dworce, lotniska, liczne niemieckie budynki koszarowe. Brak łączności jest powodem opuszczenia miasta przez kilka tysięcy Powstańców z Żoliborza, Woli, Ochoty i Mokotowa. Nocą udają się do pobliskich lasów. Do akcji powstańczej spontanicznie przyłącza się ludność cywilna, udzielając walczącym pomocy w budowaniu barykad i umocnień, kopaniu rowów przeciwczołgowych, aprowizacji itp. Według dowódcy niemieckiego garnizonu Warszawy, gen. por. lotn. Reinera Stahela, straty w ludziach 1 sierpnia wynoszą 2 tys. żołnierzy po stronie polskiej i 500 żołnierzy po stronie niemieckiej.

Pierwszy dzień i nie ma już, szacunkowo, dwóch tysięcy polskich dusz.
Hitlerowców zginęło zdecydowanie za mało. Brakuje mi zresztą dla nich choć krzty współczucia. To co działo się z wojskiem niemieckim w piątym roku wojny wyrugowało ze mnie jakiekolwiek jakiekolwiek pozytywne uczucia, jakąkolwiek litość.
Te pięć lat przekreśliło wszystko. Właśnie dlatego teraz z niedowierzaniem patrzę na bełkot E. Steinbach z Powiernictwa Pruskiego. Właśnie dlatego gdy widzę starego we Wrocławiu Niemca, drącego na ulicy mordę, zachowującego się jak u siebie, mam ochotę splunąć i wyzwać go od 'verfluchte Deutsche Schweine'.
O ile w czekającej za rzeką Armii Czerwonej było pełno tępych, prymitywnych soldatów, o tyle naziści byli wyrachowani, mieli dostęp do kultury wyższej, mogli opierać się na tylu pięknych ideach.
Wybrali zaś mrok i powinni być potępieni na wieki.

Nie ma zmiłuj się, nie ma przebacz.

Każdy naród ma krew na rękach, rzeczy których powinni się wstydzić jego spadkobiercy.
Także i Polacy, rzecz jasna. A co? Zajęcie Zaolzia było aż tak uczciwe? Fakt, że przebiegało to w o wiele bardziej cywilizowany sposób, ale nikt nie jest kryształowo czysty.
Są jednak tacy, którzy w gównie unużali się po uszy. I są też tacy, którzy świadomie w to gówno skaczą, wykręcając się tym, 'iż jest to przeszłość'.
To nie ja... to moi przodkowie. A teraz oddajcie mi moją kamienicę.
Ech... wara.
A zresztą... możemy wypłacić 'poszkodowanym potomkom' tyle, ile się domagają. Co do grosza.
Jednak wtedy RZĄDAMY pełnego odszkodowania za wszystko. Pełnego i bezlitosnego.
Za agresję, za zburzone budynki, za przelaną krew, za utracony kwiat młodzieży i inteligencji, za ranę na duszy.
Nie stać na to obecnej Republiki Federalnej Niemiec.
Nie stać i nigdy nie będzie stać.

I tego właśnie nie można zapomnieć. Indywidualnej tragedii jednostek.
Powstanie Warszawskie było jedynie kroplą w morzu tragedii, którą rozpętali naziści wraz z komunistami. Pokłosiem II wojny światowej.
Po każdej stronie ktoś kogoś stracił, ktoś ucierpiał.
Dlatego powinniśmy wybaczać, lecz nigdy nie wolno nam zapomnieć.
Zapomnienie doprowadzi tylko do nadużyć, bądź, co gorsza, do powrotu takich strasznych czasóe, gdy ludzkie życie będzie warte tyle, co splunięcie.

Bez wybaczenia zaś, kim będziemy? Przeżartymi nienawiścią, żyjącymi w przeszłości cieniami tego, kim być powinniśmy.
Znam kilku Niemców, młodych i starych. Większość z nich to otwarci, serdeczni ludzie. Nie mają nic przeciwko, ba, wręcz lubią Polaków.
Mało który Niemiec byłby dumny z tego, jak Hitler wpisał się w los jego przodków.
Tak samo jak my, Polacy, nie jesteśmy dumni Feliksa Dzierżyńskiego.

Dlatego więc nie zapominajmy, wybaczajmy to, co należy do przeszłości i patrzy ma na to, co dookoła. Wiele z odpowiedzi na pytania dotyczącego tego 'dlaczego jest tak, a nie inaczej', znajduje się w przeszłości.
Jednak zbyt mocne zakotwiczenie w niej to przysłowiowa kula u nogi.

A przecież oni gineli za wolność... 'którą kocham i rozumiem. Której oddać nie umiem.'

M.

sobota, 30 lipca 2011

Zaś tyle lat temu...


Było słonecznie. U nas zaś, a właściwie u mnie, zapowiadają deszcz.
Wtedy myślami byli przy zwycięstwie. Młodość, idealizm uskrzydlone głupotą i łatwowiernością.
Na swój sposób tragicznie piękne.

Jak to dobrze, że ja przejmuję się głównie tym, że pogoda niespecjalnie pozwala mi na wypad w góry.
No bo czym się przejmować? Pogodą? Podatkami? Idiotami w sejmie?

M.

piątek, 29 lipca 2011

Grzebiąc w ranach historii


Trzy dni dzielą nas (i przymknijmy oko na lata przestępne) od 67-lecia wybuchu Powstania Warszawskiego.
Dla jednych to piękny i romantyczny zryw narodowo-wyzwoleńczy.
Dla innych to ludobójstwo, tym gorsze, że popełnione przez 'władze' ówczesnej 'Polski' na Polakach. Na cywilach.
Czym było ono naprawdę? Wszystkim po trochu.
Ogromną tragedią i klęską.
Lecz jednocześnie pomnikiem odwagi. I głupoty.
Wydanie jednoznacznej opinii jest niemożliwe, gdyż taka musiałaby być absolutna.
Jak jednak pogodzić relacje naocznych świadków, którzy, z jednej strony, pochwalają wybuch powstania, z drugiej zaś go ganią? Piętnują. Oskarżają.

Chcę zwrócić na jedno uwagę. Niezależnie od stopnia przygotowania i samego przebiegu powstania, ja osobiście nie wyobrażam sobie, by takie wogóle nie wybuchło.
W źródłach oraz relacjach świadków (że odwołam się jak mantrą do Romana Bratnego) takie przekonanie jest powielane.

Wyobraźcie sobie, że zabrano Wam wszystko. Młodość, wolność i po części także miłość. Chociażby do sąsiadki, Żydówki, zamkniętej w geccie, lub napiętnowanej społecznie, muszącej ukrywać się gdzieś.
Ten wszechobecny strach. Utrata wiary w człowieczeństwo. W jednostkę. Boga?
Noc, niosąca ze sobą strach przed wilczą godziną i nalotem na kryjówkę.
Łapanki w środku dnia.
Strach przed wyciągnięciem dłoni do bliźniego, odczłowieczenie i wszechobecna nieufność?

Jak więc nie drapać na ścianach 'kotwicą buntu pazurów' ?
Jak można wybaczyć tej bandzie skurwysynów, poplecznikom 'mamidła z wąsikiem' ?
Dzisiaj trudno jest wysiedzieć widząc niesprawiedliwość dziejącą się na świecie.
To zaś działo się dookoła młodych. Czasem cynicznych, czasem pełnych ideałów.
Niemniej niezmienne pełnych energii, idących, czasem ślepo, za przywódzcami.
A że Rydz-Śmigły nie był tym, który pomógł Białemu Orłu przegonić Czerwoną Gwiazdę?
To już inna baśń, smutniejsza i mroczniejsza niż ta braci Grimm.

Pomyślcie więc, czy warto jest wyszydzać powstańców. Pomyślcie też, czy warto ich ślepo gloryfikować.

Powiem tak: Miej serce... i patrzaj im na ręce.
Tylko wtedy nie będziemy marionetkami.

Tym czasem zaś, Lao Che i '1939/Cisza przed burzą'.

środa, 27 lipca 2011

Gdy cisza dudni w uszach

Sen odpędzają myśli ciche motyle
wytrwałe i szare, jakieś takie liche
ujęte w tej swojej nieustannej gonitwie
raz bliżej, raz dalej, w nocnych skrzydeł bitwie.
Wybiegam myślami ku tym wspomnieniom
blednącym, niknącym niegdysiejszych marzeń spełnieniom
przez strach czasu, odległości, obojętności zatarte
złym losem, złą wolą, w sercu raną zadarte.
I trwa tak chwila, zła godzina, farsa
nim zbiorę swą duszę, z powrotem, do światła
gdy ćmy owe do płomienia zbiegną się w końcu
rozbłysną barwami, czy też cichą muzyką
strach odegnawszy, otulą mnie sobą.
Tak zawieszony w czasie między tym co teraz
aA tym co kiedyś, też tym co nadejdzie
raz jeszcze kocham świat, siebie...
i Ciebie; nawet gdy tę noc, jedynie,
w świetle gwiazd spędzić trzeba będzie.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Patrzę na świat i nie wierzę...

Grecja cieszy się, że być może nie zbankrutuje do cna.
W Hiszpanii lewactwo wychodzi na ulicę protestować przeciwko lewicowemu rządowi obcinającemu wydatki socjalne. Reszta kraju zaś stara się, by nie podzielić losu Grecji.
Amy Winehouse trzymała się długo. Alkohol konswerwuje? Na to by wyglądało.
Nie pamiętam kiedy była w stanie zaśpiewać coś poprawnie. Od dawna skazałem ją na muzyczną emeryturę, sama zaś skazała się na zaprzepaszczenie swojego potencjału dawno, dawno temu.
Są ludzie, którzy wpadają w nałóg, lecz płynie z tego chociaż coś pięknego.
Przykłady? Rysiek z Dżemu, czy Stanley z Alice in Chains.
Zaś panna Amy? Kapitalny głos, świetne pomysły muzyczne i perspektywiczne życie wpusczone w kloakę?
Czy jest mi jej żal?
Pozwolę sobie zacytować ją samą:

They tried to make me go to rehab but i said 'no, no, no'

Dalszych komentarzy nie trzeba.

Nie wiem czy wypada mi komentować ostatnie wydarzenia w Norwegii.
To, co się tam wydarzyło, to tragedia ludzka. Wymierna i osobista, ponieważ w Norwegii mieszka około czterech milionów osób, z czego w aglomeracji Oslo niecałe półtora miliona.
Statystycznie każdy mieszkaniec Oslo znał jedną z ofiar.
To jest tragedia o o wiele większym zasięgu, niż Polak, mieszkaniec czterdziestomilionowego kraju może sobie wyobrazić.
To jest inny świat, inna skala, inna mentalność.

Kraj uśmiechniętych, życzliwych ludzi. Otwartych na imigrantów, posiadający niesamowitą nadwyżkę budżetową, kraj piękny, miejscami łagodny, miejscami surowy.
I nagle zamach na ich światopogląd.
Na ufność i uczciwość. Znowu coś nieznanego, sczególnie w kontekście bandy darmozjadów, pijaków i bezczelnych malwersantów zasiadających w naszym Sejmie.

Tego samego dnia, 22 lipca 2011 roku, na samym tylko Śląsku miało miejsce 10 wypadków drogowych, podczas których zginęły dwie osoby.

Ani tutaj, ani tutaj, nie będę zapalał świeczek.
Ponieważ mi nie wypada. Nie czuję żadnego związku z ani tymi, ani tymi osobami. Jedyny jaki mogę mieć, to informacja podana przez media.
Na świecie umiera ktoś co chwilę.
Czasem z własnej głupoty, czasem z czyjejś winy, czasem przez ślepy los. Dyskusje o przeznaczeniu pozostawmy na inne czasy.

I... drodzy czytelnicy... nie wolno nam poddawać się zniorowej hipokryzji udawanego współczucia. Współczujcie po cicho, w sercu.
Jeżeli cos Was dotknie osobiście, to zróbcie coś osobistego.
Napiszcie list z kondolencjami. Ręcznie. Jestem pewien, że Ambasada Norwergii w Polsce będzie w stanie go przekazać.
To jednak wymaga prawdziwego zaangażowania emocjonalnego, szczerości.
Wymaga też czasu. A przecież czasu nam brakuje, szczególnie w tym dzisiejszym, zabieganym świecie.
Dlatego łatwiej jest wstawić kretyńską świeczkę do opisu na gadu-gadu, czy kiczowatą laurkę na facebook.

Ale to nie o to chodzi. Oto właśnie to, co zabija duszę.
Obojętność przykrywana pozorami grzeczności i poprawności.
Pozwólcie wszystkim na prywatną, szczerą żałobę.
Egzaltowane czyny nikomu nie pomogą, co najwyżej spowodują u kogoś połechatnie chorego ego.

Aby współczuć szczerze, trzeba prawdziwie czuć. A ja nie chcę czuć tego, co rodziny zmarłych. Jestem dla nich obcy. Wiem, że napotkała ich tragedia, lecz chcę by ta tragedia omijała mnie szerokim łukiem.
Popatrzmy więc na własne podwórko. Na kolegę, bądź sąsiadkę, któremu umarł ktoś bliski. Łatwiej jest 'wykazać się' wobec wielkich tragedii.
Jeszcze łatwiej, jednak, przegapić ciche cierpienie kogoś obok.

Requiescat in pace.

M.

niedziela, 17 lipca 2011

I po Izerskich

Wróciło mi się wcześniej, niż sądziłem. Niestety.
Kapitalna pogoda, tym razem udało się wyciągnąć znajomych, niestety, skapitulowałem i wróciłem wraz z nimi, zamiast spędzić jeszcze jeden lub dwa dni w Górach Izerskich.
Dosłownie zmasakrowałem sobie kawałek ciała między stopą, a piętą achillesa...
W sumie mój błąd, ponieważ już w Karkonoszach byłem w 'nie-za-bardzo' rozchodzonych butach. No i dzień odpoczynku i znowu. Heh.
Załatwiłem się na następne kilka dni ;).
Właśnie miałem przerwę w pisaniu na pościeranie krwii z podłogi : >.

No a jak tam było w górach? Kapitalnie. Pogoda piękna, widoki wspaniałe, chociaż mało Czeszek.

Zaś koło Chatki Górzystów (twardo starając się nie skarżyć na rany) wyglądało tak:



Czyli niebieskie niebo, słońce, zieleń, wspaniałe powietrze (nawet z wiatrem), piwo w rozsądnej cenie (i ilościach), generalnie takie... Serenity.

http://xaeropl.wrzuta.pl/audio/75t72zN6EsF/ballad_of_serenity

Kapitalnych wakacji.

M.

piątek, 15 lipca 2011

Karkonosze i Izerskie

Właściwie to dopiero co wróciłem z Karkonoszy. Z lekko obtartą piętą ;). I surrealistycznymi wspomnieniami. Jakimi? Ot, chociażby niemalże ominąłem Dom Śląski, niewiele by brakowało, a nie ujrzałbym go pośród mgły. Tak 'ciekawa' była widoczność w niedzielę :). Ale to nie wszystko!
Widok wymijającej mnie (niemalże) pielgrzymki zakonnic, idących wciszy i skupieniu, pośród mlecznobiałych oparów, hen wysoko na górskim szlaku. Aż żałuje, że nie mam zdjęć, arcyciekawe wrażenie.
Było też, a jakże, śniadanie mistrzów, czyli chleb, konserwa i butelka wina, u stóp Śnieżki, rzecz jasna! Przy naprawdę przepięknej już pogodzie.

Sami zresztą oceńcie


Wpływ owych okoliczności przyrody na stan mojej duszy równie łatwo było ocenić.


Cóż mi wiec pozostało, jak nie wyjazd w Góry Izerskie? I to juz jutro :>.

Życzę Wam dalszych, kapitalnych wakacji.

M.