czwartek, 13 stycznia 2011

'(...) i w ludziach czarna noc'

Cisza za oknem, w sercu też ciemno
płomyk świecy małej tli się ledwo;
Myśli motyle, trzepoczą stale
rozbijają się w głowie, oby jak najdalej;
Herbata stygnie, książka odłożona,
zakładka-wspomnienie głęboko się chowa;
Wszystkie te dźwięki, gdzieś chroboczące,
ciche westchnienia, kroki ustające,
kładzie się do snu świat niemal cały...
A ja zaś czuwam, w obawy ubrany.
Chłodnymi dłońmi osłaniam płomyczek
ten skromny, nieśmiały, gasnącej nadziei,
może za oknem, hen, gdzieś w oddali
blask ten niknący szczęście odmieni.
Zamykam świat cały w moim umyśle,
serce wszak pełne, a dusza chora,
zamykam siebie głęboko i znikam
przed światem, szarością
jutra i wmuszanej kawy.
Żyję wspomnieniem, czekając na cud.
Nie chcę otworzyć się na coś jeszcze;
Wszak gdy marzenie zamienia się w pył
kończą się słowa, kończą się gesty,
nadzieja gaśnie...
I czas zejść z podestu.

Wszystko i nic

Gdy spoglądam na to, co spotkało mnie przez te pierwsza niespełna dwa tygodnie 2011 roku... to aż nie mogę doczekać się kolejnych miesięcy.
Jest to wszystko strasznie nieprzyszłościowe. Nieprzemyślane.
Takie typowe, z dnia na dzień.
A jednak każdy z tych dni był po prostu kapitalny.
Tak naprawdę nie mam niczego, absolutnie niczego, co czyniłoby mnie człowiekiem odpowiedzialnym, statecznym, patrzącym w przyszłość.
A jednak mam wszystko, ponieważ cieszę się każdą minutą, godziną, każdym dniem.

Powiedzcie sami, jaki jest inny sens życia, niż bycie szczęśliwym?
Fakt, że mógłbym być jeszcze szczęśliwszym.
I, niestety, wiem, że niedługo będę musiał poświęcić znakomitą część tej wolności, by mieć za co utrzymać, hmmmm, lekko szalone tempo.
No i, powiedzmy sobie szczerze, posiadanie własnej, nowoczesnej wersji Izoldy jest również bardzo dualistyczne.
Z jednej strony codziennie otwierają mi się oczy na nowe rzeczy.
Czasem jedno słowo, krótka rozmowa, są w stanie uleczyć wszystkie ciemne myśli.
Z drugiej zaś stony, różnica między poziomem endorfin, gdy 'istnieje' i gdy 'jest blisko', potrafi dać w kość.
To faktycznie straszny odwyk.
Niemniej, jest to więcej niż miałem kiedykolwiek wcześniej, więcej niż dały mi całe lata różnych związków.

To wszystko jest strasznie głupie. Takie romantyczno-idealistyczno-bolesne.
Typowo słowiańskie, cholernie polskie.
Tęsknota za czymś niemalże nieosiągalnym.
Czy emocje byłyby tak samo silne w innej sytuacji, gdyby sprawy układały się inaczej?
Nie wiem, mogę jedynie wątpić, by to wiele zmieniło.

Czasem kategorie wyjęte żywcem z literatury, kształtowane archetypami i wsparte wydarzeniami z życia są silniejsze od szarej codzienności.

I dzięki temu wstaję rano.
Nie wiem, co Was do tego zachęca, pewnie innie sprawy, każdy wszak jest inny, odmienny.
Niemniej, mam nadzieję, że macie coś takiego.
Albo kogoś.
Bądź, że to szybko znajdziecie.
Czasem można mieć jednocześnie wszystko i nic... i być szczęśliwym, albo chociaż do tego szczęścia dążyć.

Shalom,

M.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Powrót do 'normalności'

... nastąpił wczoraj, około północy, gdy wylądowałem w domu. Nie była to najdłuższa, czy najintensywniejsza odyseja, w jakiej brałem udział, ale na pewno będzie należała do jednej z najbardziej udanych. I to bynajmniej nie ze względu na rozmach biorących w niej udział osób, gdyż całe jej serce stanowiły jedynie cztery osoby.
Myślę jednak, że w ten czy inny sposób, dostarczyliśmy dużo wrażeń także osobom postronnym, bądź wciągniętym w ten czy inny sposób w nasze mniej lub bardziej głupie pomysły.
Pokłosiem mamy ciekawe zdjęcia, solidarne zignorowanie odliczania sławnych 'dziesięć, dziewięć...!' i już chyba ostateczne skrzywienie poczucia humoru.
Myślę także, że krakowskie łabędzie będą nas wspominały z pewnym rozrzewnieniem, szczególnie zaś Mietek i Stefan. *Tacy* kolesie. ;)
Jaki by też rok nie był, tak naprawdę nie zmieniło się nic.
I tak ważne jest tylko tu i teraz. Oraz jutro.
Choć... 'nie wiem, czy ja jutra rana dożyję'.

Przepowiem Wam zaś, jaki będzie nowy rok.
Będzie taki.
Albo taki.

Z ukłonem dla kieleckiej grupy Ankh,

M.

piątek, 31 grudnia 2010

Noworoczne, hej!

Nadchodzi nowe, żegnamy stare.
Jedni patrzą w przyszłość z optymizmem, drudzy zaś ze strachem.
W końcu nadchodzi nieznane.
Ale... czy na pewno?
W sejmie dalej mamy pazerne, dbające jedynie o własne koryto świnie.
Al Gore dalej poluje na globalne ocieplenie i człowiekoniedźwiedzioświnię. Ani jednego, ani drugiego nikt nie widział, lecz na zwalczanie tego drugiego przynajmniej nikt nie płaci.
Więc co się zmienia?
Nic, jesteśmy tacy sami, jak byliśmy dzień wcześniej.
Krysia dalej jest gruba, Jarek głupi, a Stefan dalej będzie pił.

Nowy rok niczego nie zmienia, a procent ludzi dotrzymujących noworocznych postanowień jest tak znikomy, że tylko siąść i płakać.

Dlatego właśnie życzę Wam (i sobie), aby COŚ się zmieniło.
Żeby zaś do jakiejś zmiany doszło, każdy musi postawić krok.
Jakiś mały, nieznaczący, zmieniający siebie i najbliższą okolicę. Gdy tych mikro-zmian będzie wystarczająco dużo, to na zasadzie nakładających się kół oraz efektu motyla...new
Ho ho, kto wie, może nawet w końcu porwiemy się na sejm i popędzimy tę bandę szuj gdzie pieprz rośnie?

Problem w tym, że ja jestem mizantropem i nie chce mi się samemu o to i o inne rzeczy walczyć.
Życzę więc sobie, by mi się zachciało.
Może nieznacznie, może jakiś happening?

We shall see, but for now...

See you in 2011.

M.

wtorek, 28 grudnia 2010

Ode to the morning



Without a single bird on the sill
Buried deep in the hole of dreams
Awakened by the warm Sun's touch
Reflected from forgotten memories
I laid and lied, to you and me
About the past, then about tomorrow
And in between of this timeless state
I've almost cast away the sorrow


Czasem naprawdę nie liczy się nic więcej niż tu i teraz, szczególnie, gdy niektóre wspomnienia są niemalże fotograficznie dokładne.

Shalom,

M.

piątek, 24 grudnia 2010

"Nie cierpię świont!'

Witam serdecznie. Z marszu pragnę zaznaczyć, iż poniższy cytat, czy też raczej 'parafraza', nie pochodzi z moich ust, zaś błąd wprowadzony został świadomie i z rozmysłem.
Stanowi także dobry temat dla dzisiejszego wpisu, więc nie plotąc już trzy po trzy, przechodzę do meritum.
Otóż: problem nie leży w świętach, lecz w WAS (z typowym dla siebie narcyzmem wyłączam się z tego grona :D ). Nim jednak TY popadniesz w święte oburzenie, zapoznaj się, proszę, do kogo kieruję te słowa.
Do każdego:
- kto ignoruje jakiekolwiek duchowe przesłanie owych świat, spłycając je do materialnego obżarstwa i konsumpcjonizmu;
- kto marudzi z w/w powodu, miast wziąć się w garść i zmienić swoje święta;
- spasionych polityków i duchownych, którzy zapominają o 'bożym świecie';
- a wreszcie do Ciebie.
Obżartego, szarego człowieka, wionącego alkoholem na pasterce, bądź omijającego ją szerokim łukiem. Tłustego brzuchacza w czerwonym szlafroku, podkładającego tandetne prezenty pod choinkę. Obłudnego dziecka, udającego grzeczność. Zmęczonego studenta, warczącego na rodzinę.
Także i na siebie, zamkniętego w swoim świecie i swojej głowie.

Całe to szczęście jest tandetne, kolorowe i puste.

A wystarczy tak niewiele, by to wszystko zmienić. Wystarczy zacząć od siebie i pogadać z JEDNĄ osobą. Niech to wszystko nabierze sensu. Choć krztynę, odrobinę.

Obojętnie czy wierzysz, czy nie. Czy spędzasz ten czas z rodziną, samotnie, czy może w pracy.
Tradycja, sama w sobie, nie jest zła. Gorzej jednak, gdy staje się pusta, gnuśna, gdy zabija wrażliwość.
A przecież każdy ma gdzieś jakąś osobę, na której jemu lub jej zależy. Może z czystej sympatii. Może z bardziej osobistych pobudek.
Być może wszystko dookoła irytuje banalnością, ale chociaż samo wspomnienie czegoś pięknego może odżyć. Dać siłę, nadzieję.

Niekoniecznie od teraz, od dzisiaj, od zaraz. Zawsze to jednak jakiś start.
Każdy dzień jest szansą na coś lepszego, pytanie jednak, czy któreś z nas ją w tym roku wykorzysta?

Pokoju ducha życzę,
oraz czystości marzeń.

M.

PS. 'miast' to użyta świadomie, 'zwieśniaczona' forma zamiast :P

czwartek, 23 grudnia 2010

(pieśń) o wędrówce

Dotąd usłyszałem, w całym swoim życiu wiele utworów, które każdą swoją nutą i każdym słowem wywoływały we mnie tęsknotę za łazęgą. Problem w tym, że większość pochodzi z soundtracku do 'Into the Wild' ;)
Nie oznacza to jednak, że ograniczają się one do tego jednego filmu.
Co to to nie.
'Podróż na wschód' Armii.
' The World Where We Live' Crowded House (koniecznie z Eddie'm Vedder'em, o! nawet link wygrzebałem)



'Pieśń o wędrówce' Ankh, kapitalny utwór -> http://w13.wrzuta.pl/audio/0cgL485gRNi/ankh_0_piesn_o_wedrowce

Ba, nawet i Coma się tutaj znalazła, z bodajże jedynym utworem nie nadętym do rozmiarów niebotycznego ego autora tego blogu/bloga (cholera wie, jak to właściwie odmieniać; czy w ogóle). Mówię tu o 'Pasażerze'.

No i po raz kolejny Eddie Vedder, tym razem standardowo w Pearl Jam i ze szlagierowym, w sumie, 'Given to Fly'.

Każdy z tych utworów jest inny, każdy podchodzi do tej idei, symbolu, czy też jakkolwiek to inaczej nazwać, w inny sposób.
Niemniej, każdy wzbudza we mnie tęsknotę za owymi 'szeroko-otwartymi przestrzeniami'.

Sami powiedzcie, drodzy czytelnicy, cóż jest piękniejszego, nad 'człowieka rycerskiego'? Tfu, no i musiał się napatoczyć Lao Che ze swoim 'Jestem Słowianinem'. Tak, to też wywołuje we mnie tęsknotę za łązęgą.

Nie chce ktoś na wiosnę uciec z Polski z namiotem na Ukrainę :) ? Podobno Krym jest przepiękny o tej porze roku :D.

Shalom,

M.