Wigilia tuż tuż. Tradycyjnie, dla Polaków, najważniejsza część obecnych świąt. Tylko dla Polaków? Ano, nie do końca tylko, niektóre zasadniczo katolickie kraje także ją zauważają, jednak to nie to samo.
Polska tradycja zdominowała wigilią, karpiem, wódką i prezentami wszystko.
Mamy więc rodzinę, mamy zbyt małe mieszkania, w których przebywa nagle więcej ludzi, niż w przeciętnym M2 z okresu PRL, mamy stres, kłótnie i inne "tradycyjne" sprawy.
Akurat u mnie w tym roku, jak też w miarę zazwyczaj, względny spokój. Mała rodzina = mały kłopot. Także i ja, tradycyjnie, obijam się, jak mogę. Niby kilka osób na Wigilię przyjechało "do mnie", ale to same kobiety (taka rodzina), więc "tradycyjnie" nie robię nic. Pasuje mi? A pewnie. Aż taki przeciwko tradycji nie jestem :).
Głupotą jest zaś nasza, barejowska niemalże, "nowa świecka tradycja". A i stara też mnie, cóż, dziwi pokątnie.
Święta to święta. Mówcie co chcecie. Ja nawet swoją babcię gonię, że niby taka katoliczka, a jakoś tego okresu nie przeżywa.
Rodzina, jedzenie, prezenty, koniec.
Sekularyzacja totalna. Nie żebym chciał komuś narzucać mistyczne przeżycie świąt. Kto mnie zna, to wie, że mam jakieś para-chrześcijańsko-gnostyczno-niedookreślone duchowo odjazdy. Kto nie zna, właśnie się dowiedział(/a).
Ciekawą rzecz dzisiaj usłyszałem w radiu, przypadkiem. Rzadko radia słucham. Tutaj zaś, pewien ksiądz (chyba?) wypowiedział następujące słowa:
"Obecnie święta to jak tradycja spotykania się przy obiedzie z okazji urodzin prababki. Są buraczki, jest kompocik, tylko tej prababci przy stole jakby mniej."
Paradoksalnie, mówię tutaj OK. Samemu nie po drodze mi z katolicyzmem. Nie po drodze mi z masami, z rytuałem, z pustą, nic nie znaczącą dla cuchnących przetrawianych alkoholem wyć (czytaj: pieśni) na pasterce.
Cóż jednak przeszkadza mi przystanąć i zadumać się na chwilę?
Pomyśleć, dlaczego miałbym popadać w szał świątecznych zakupów, konsumpcjonizmu, życia na pokaz i na zastaw? Spojrzeć w lustro i przyznać się, że bałbym się otworzyć drzwi "zbłąkanemu rodakowi" i ugościć go przy wigilijnym stole.
Takie czasy, człowieka coraz mniej nie tylko naokoło. Także i we mnie.
Czy wstydzę się tego? Tak i nie, zarazem.
Wstydzę się, że nigdy nie dorównam swoim ideałom, że nigdy nie będę tak otwarty i dobry (cokolwiek by to miało znaczyć), jak bym sobie tego życzył.
Jednocześnie jednak odczuwam pewną ulgę. Zawitała we mnie, choć na chwilę, refleksja.
Myślę, zastanawiam się, staram się zmienić w sobie to, co czuję, że nie do końca do mnie "pasuje". Taki mały oddech Spiritus Mundi.
Podobno wieje on przez świat i dotyka każdego.
I tego właśnie, tak naprawdę życzę dzisiaj wszystkim. Nie dajcie się ogłupić, nikomu i dla żadnej sprawy. Po prostu odnajdźcie w sobie nową głębie. Teraz, na zawsze i codziennie na nowo!
M.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
środa, 19 grudnia 2012
Izerska Arktyka.
W końcu, nareszcie, najwyższy czas (był)! Nie, to nie bełkot o zbliżającym się końcu świata (wyjątkowo nie mam zamiaru pisać tutaj o pierdołach), lecz mała relacja z typowo zimowej wyprawy.
Wyprawa to odbyła się całkiem niedawno, w ten weekend, z różnych względów, jednak, zebranie mi się z niej i po niej zabrało mi "trochę" czasu. No nic, czas ów znalazłem i oto rozpoczyna się opis właściwy.
Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, jedno z najcieplejszych miejsc (i miast) w Polsce. Oto Legnica, takie całkiem miłe miasto na (z)Dolnym Śląsku. Nieopodal "nas" (taki mały patriota lokalny ze mnie wyrasta) znajduje się historyczna stolica Śląska, Wrocław. To taki mały prztyczek w nos czytającym ten blog (tak, akurat ;) ), "Ślunskim" separatystom.
Otóż z Legnicy wyruszyliśmy, tamże wróciliśmy. Bilans całkiem ładny, skoro dwa razy wylądowaliśmy w zaspie. Ale ja nie o tym!
Celem były Góry Izerskie, głównie zaś ich polska część. Czeska też jest śliczna, lecz... umówmy się, nie w taką pogodę. Lato, ciepło, rower, o tak. Żyć nie umierać (choć rzyć umierać już może, gdy ktoś niewprawny).
Po obowiązkowym zahaczeniu o Harrachov, nabyciu browiantu (czeskie piwo + część nabiałowo-mięsna), a także posileniu się smacznym (choć nie rwącym czterech liter) serem smażonym, wróciliśmy do Jakuszyc i postanowiliśmy zagubić się w bieli.
Moi drodzy, takiej pogody to dawno miastuchy nie widziały. Uwierzcie mi na słowo. Wszędzie biało, śnieg przynajmniej po kolana, temperatura poniżej zera, nic się nie roztapia. A z góry? Z góry zaś leciał sobie nowy śnieżek, ot tak, żeby nam za słodko nie było, aby na drugi dzień się ciężej wracało.
Chłopaki nawet myśleli o wypróbowaniu biegówek, lecz jakoś tak się zaoferowałem, iż poniosę większość browiantu. Ot, taki ze mnie kozak z pojemnym plecakiem. Wolałem poczłapać. A skoro człapać, to i się posilać różnymi delikatesami na "pitstopach", zwanych nieraz także "czekpointami". Wiecie, wymianę oleju trzeba było przeprowadzić ;). Jak widać na załączonym obrazku!
Uwierzcie mi, iż czasem dobra kurtka z użytym jako podpinka softshellem, ciepłe spodnie, dobre buty, chusta i gogle nie wystarczą. Trzeba się wzmocnić. Szczególnie, że wraz z przybywającą werwą wzmacniała się ciepłota ciała, robiło się gorąco, trzeba było się wietrzyć. A skoro się wietrzymy, to... o, a może mały łyczek na rozgrzewkę? Czuję przecież zimny wiatr ;).
Przyznam, że pod Samolot podchodziło się całkiem znośnie. Schodziło, rzecz jasna, równie dobrze. Szczególnie, że z niego do schroniska Orle już tylko w dół, Przez śnieg, gdzie buty zapadały się często ponad kostki, fakt. Był to również śnieg ubity - co powinno Wam dać do myślenia :). Prawdziwi faceci jednak się nie skarżą!
Nawet, gdy dochodząc do kolejnego schroniska, Chatki Górzystów, zostali przywitani śmiechem. "Jak tam, nie zapadliście się po drodze?". Ależ zapadliśmy! Lecz co to dla nas było ;).
Ech, Chatka Górzystów sama w sobie. Miejsce-legenda. Piękne w swojej surowości, wypełnione książkami (czuję się jak w domu!), z dobrą i tanią kuchnią, czeskim piwem za 6 złotych. Czego chcieć więcej?
Nawet mnie tam już poznają ^_^.
Ciężko było ją opuszczać, po miłym wieczorze i odrobinę przykrótkim noclegu. Szczególnie, iż na zewnątrz wyglądało o tak:
Droga powrotna zaś, ech... widoczność zerowa, ot taka śliczna, polska Arktyka. Zazwyczaj Hala Izerska obfituje w bogatą florę, w malownicze i łagodne widoki, w urozmaicony krajobraz. Tym razem zaś...
Poważnie, nie było widać nic! Cisza, pustka, jeno śmigający w te i wewte narciarze na biegówkach. Cóż więc my, biedne żuczki, mogliśmy uczynić? Przeć do przodu i czuć się jak polarnicy, ot co! Nie powiem, że było to nieprzyjemne. Nawet, gdy czuło się, że to już powoli koniec, wracamy do miasta, ciepła, cywilizacji. Pracy. Ech.
Czasem przydaje się łyk wolności. Trudno się z nim, jednak, rozstać.
Hmmmm... więc jak tam, do zobaczenia na szlaku ;) ?
M.
Wyprawa to odbyła się całkiem niedawno, w ten weekend, z różnych względów, jednak, zebranie mi się z niej i po niej zabrało mi "trochę" czasu. No nic, czas ów znalazłem i oto rozpoczyna się opis właściwy.
Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, jedno z najcieplejszych miejsc (i miast) w Polsce. Oto Legnica, takie całkiem miłe miasto na (z)Dolnym Śląsku. Nieopodal "nas" (taki mały patriota lokalny ze mnie wyrasta) znajduje się historyczna stolica Śląska, Wrocław. To taki mały prztyczek w nos czytającym ten blog (tak, akurat ;) ), "Ślunskim" separatystom.
Otóż z Legnicy wyruszyliśmy, tamże wróciliśmy. Bilans całkiem ładny, skoro dwa razy wylądowaliśmy w zaspie. Ale ja nie o tym!
Celem były Góry Izerskie, głównie zaś ich polska część. Czeska też jest śliczna, lecz... umówmy się, nie w taką pogodę. Lato, ciepło, rower, o tak. Żyć nie umierać (choć rzyć umierać już może, gdy ktoś niewprawny).
Po obowiązkowym zahaczeniu o Harrachov, nabyciu browiantu (czeskie piwo + część nabiałowo-mięsna), a także posileniu się smacznym (choć nie rwącym czterech liter) serem smażonym, wróciliśmy do Jakuszyc i postanowiliśmy zagubić się w bieli.
Moi drodzy, takiej pogody to dawno miastuchy nie widziały. Uwierzcie mi na słowo. Wszędzie biało, śnieg przynajmniej po kolana, temperatura poniżej zera, nic się nie roztapia. A z góry? Z góry zaś leciał sobie nowy śnieżek, ot tak, żeby nam za słodko nie było, aby na drugi dzień się ciężej wracało.
Chłopaki nawet myśleli o wypróbowaniu biegówek, lecz jakoś tak się zaoferowałem, iż poniosę większość browiantu. Ot, taki ze mnie kozak z pojemnym plecakiem. Wolałem poczłapać. A skoro człapać, to i się posilać różnymi delikatesami na "pitstopach", zwanych nieraz także "czekpointami". Wiecie, wymianę oleju trzeba było przeprowadzić ;). Jak widać na załączonym obrazku!
Uwierzcie mi, iż czasem dobra kurtka z użytym jako podpinka softshellem, ciepłe spodnie, dobre buty, chusta i gogle nie wystarczą. Trzeba się wzmocnić. Szczególnie, że wraz z przybywającą werwą wzmacniała się ciepłota ciała, robiło się gorąco, trzeba było się wietrzyć. A skoro się wietrzymy, to... o, a może mały łyczek na rozgrzewkę? Czuję przecież zimny wiatr ;).
Przyznam, że pod Samolot podchodziło się całkiem znośnie. Schodziło, rzecz jasna, równie dobrze. Szczególnie, że z niego do schroniska Orle już tylko w dół, Przez śnieg, gdzie buty zapadały się często ponad kostki, fakt. Był to również śnieg ubity - co powinno Wam dać do myślenia :). Prawdziwi faceci jednak się nie skarżą!
Nawet, gdy dochodząc do kolejnego schroniska, Chatki Górzystów, zostali przywitani śmiechem. "Jak tam, nie zapadliście się po drodze?". Ależ zapadliśmy! Lecz co to dla nas było ;).
Ech, Chatka Górzystów sama w sobie. Miejsce-legenda. Piękne w swojej surowości, wypełnione książkami (czuję się jak w domu!), z dobrą i tanią kuchnią, czeskim piwem za 6 złotych. Czego chcieć więcej?
Nawet mnie tam już poznają ^_^.
Ciężko było ją opuszczać, po miłym wieczorze i odrobinę przykrótkim noclegu. Szczególnie, iż na zewnątrz wyglądało o tak:
Droga powrotna zaś, ech... widoczność zerowa, ot taka śliczna, polska Arktyka. Zazwyczaj Hala Izerska obfituje w bogatą florę, w malownicze i łagodne widoki, w urozmaicony krajobraz. Tym razem zaś...
Poważnie, nie było widać nic! Cisza, pustka, jeno śmigający w te i wewte narciarze na biegówkach. Cóż więc my, biedne żuczki, mogliśmy uczynić? Przeć do przodu i czuć się jak polarnicy, ot co! Nie powiem, że było to nieprzyjemne. Nawet, gdy czuło się, że to już powoli koniec, wracamy do miasta, ciepła, cywilizacji. Pracy. Ech.
Czasem przydaje się łyk wolności. Trudno się z nim, jednak, rozstać.
Hmmmm... więc jak tam, do zobaczenia na szlaku ;) ?
M.
czwartek, 29 listopada 2012
Żydokomuna i inne takie niepolitycznie poprawne.
Nie miałem ostatnio pojęcia za opisywanie czego by tu się wziąć. Poważnie!
Moja ojczyzna, wespół z całym światem, zamieniła się w swego rodzaju kabaret.
Brunon K. chciał zbudować karbidówkę we współpracy z kilkoma agentami ABW, czy CBŚ, czy jak się tam teraz ta nasza pseud-agentura nazywa. Nim dołączył do grona terrorystów, złapano go po donosie żony (sic!), zaś nasi dzielni agenci pochwalili się tym na całą Polskę. Na świat już nie, gdyż to trochę wiocha, jaki kraj, taki terroryzm ;).
Morał zaś z tego wynika prosty: Zaufaj kobiecie, nie doczekasz wiosny.
W PSL zmieniły się władze, Pawlak odszedł. Niestety, nie na zieloną trawkę, pasać gęsi, czy inne żubery, jak ongiś taki dziadek z SLD. Pawlak wszak ludzkie panisko, musiał wpierw wygospodarować nagrodę dla wszystkich swoich podwładnych.
Dyć to gest na miarę... Kozakiewicza. W stronę każdego, z kogo ściąga się haracz zwany, z jakiegoś powodu, podatkiem.
Dalej. "Nasz" obecny budżet przewiduje 100 razy (sic!) większe wpływy z mandatów drogowych. Generalnie nazwałbym opieranie budżetu na czymś losowym i zależnym od łamania prawa przez obywateli za pomysł kretyński. Musiałbym jednak wtedy nazwać kretyńskim też pomysł NFZ'ów, które to przewidują, ilu obywateli zachoruje, a ilu zaś będzie leczonych. Oj, wybaczcie. Tak to przecież już działa, spóźniłem się.
Również "Pokłosie" rzuciło się pokłosiem na całą naszą elytę oraz inne lewackie i/lub pseudo-prawicowe grupy. Elita oczywiście bomba sobie na to, gdyż western o problemach etyczno-moralnych dwóch braci na zapyziałej, polskiej wsi (która to, jak wiadomo, w rzeczywistości jest zaawansowana i czysta jak łza), nie jest, jakby nie wysilić retoryki, obrazem POLSKI I POLAKÓW. Nie jest i nie będzie.
Niestety konieczność trąbienia o tym może ogłupić, czego doświadczył Stuhr młodszy, wypowiadając jakieś średnio mądre zdania o bitwie pod Cedynią.
A myślałem, że to tylko LPR'owcom stawał na ten temat :).
Tytuł dzisiejszy pije jednak do czegoś innego - do reakcji "Polaków" na wszystkie te powyższe sprawy.
Reakcja ta jest trudna do ujednolicenia, wiadomo.
Jedni z Brunona się śmieją, że niby wykształcony (niby doktorat z chemii ma), a nie potrafił profesjonalnej bomby zrobić. Inni zaś złorzeczą, że tuman nie zabił "Ryżego Żyda".
Powyższe określenie zasłyszałem zresztą dzisiaj, czekając na szczepionkę przeciwuczuleniową w pewnej legnickiej przychodni. Wypowiedziała je nierozgarnięta (sądząc po wymowie) starsza pani, która indoktrynowała znajomą o tym, kto Polską rządzi.
Nie wiem, czy wiecie, lecz żydokomuna ma się dobrze. Komorowski to wszak Żyd. Ukrywa się za szlacheckim nazwiskiem, ale Żyd. Mam tu też wrażenie, wtrącić sobie pozwolę, że głowie tej osoby słowo "Żyd" pisane było z małej litery. Żydy i komuchy to Palikoty, Pawlaki, Urbany (tu z komuchem trochę po drodze, w sensie cała ta ostatnia trójka to takie śmieszne lewactwo, w dodatku nie lubiące się nawzajem, więc jeszcze przez to bardziej groteskowe).
Wymienione powyżej osoby zabijają Polskość, honor i ojczyznę, Boga zaś już dawno ukrzyżowali (niewykształconych ateistów odsyłam do książek historycznych, pseudo-katolików za do Nowego Testamentu).
Ręce mi opadły, ale nie miałem siły, by wstać i kazać się wariatce zamknąć. Pewnie cierpiała na demencję, zaś mózg wyprało jej pewne radio.
Dodatkowo zaś, jako osoba anty-lewicowa, więc, siłą rzeczy, raczej prawicująca (i nie, PiS nie jest prawicowy i nigdy nie będzie), uważam, że każdy ma prawo wierzyć i głosić takie poglądy, jakie ma ochotę.
Wierzyć w to i głosić, o ile robi to w sposób cywilizowany.
Tym właśnie prawica różni się od lewicy, że mówi wyraźnie: my wiemy, że ludzie są różni i my chcemy, aby każdy miał takie prawa, na jakie zasłużył. Lewica zaś chce ludzi ujednolicić, sprowadzić do wspólnego mianownika i pozbawić różnorodności.
Powiedzcie mi moi mili, gdzie byście woleli mieszkać? Tam, gdzie możesz głosić dowolne poglądy i mieć swobodę wyznaniową, decyzje zaś podejmować podług indywidualnej etyki i moralności...
Czy też w państwie, gdzie czegoś większość (albo i mniejszość nawet) zabrania reszcie, gdzie głosić możesz tylko "słuszną wersję"?
Ja chciałbym żyć w takim, gdzie mogę powiedzieć wprost: tamta kobieta była kretynką (i pewnie dalej jest, czasu raczej nie miała, by się zmienić).
Głupi są także lewacy z polityczną poprawnością.
Głupi są pseudo-prawicowcy, którzy uważają, że ksenofobia jest OK. Nie żeby przy okazji wykształcona część Murzynów mieszkających w Irlandii nie wstydziła się za "świeżych" imigrantów z Afryki. Którzy zresztą nie zachowują się dużo gorzej od plebsu z Polski, rozróżnianych tam od Polaków mianem "Polaczka" (Polack, a nie Pole). Taka scenka rodzajowa, oparta na doświadczeniach własnych.
Wreszcie i ja jestem głupi myśląc, że napisanie tego może coś, lub kogoś zmienić.
Lecz kim byłbym, gdybym nie spróbował?
M.
Moja ojczyzna, wespół z całym światem, zamieniła się w swego rodzaju kabaret.
Brunon K. chciał zbudować karbidówkę we współpracy z kilkoma agentami ABW, czy CBŚ, czy jak się tam teraz ta nasza pseud-agentura nazywa. Nim dołączył do grona terrorystów, złapano go po donosie żony (sic!), zaś nasi dzielni agenci pochwalili się tym na całą Polskę. Na świat już nie, gdyż to trochę wiocha, jaki kraj, taki terroryzm ;).
Morał zaś z tego wynika prosty: Zaufaj kobiecie, nie doczekasz wiosny.
W PSL zmieniły się władze, Pawlak odszedł. Niestety, nie na zieloną trawkę, pasać gęsi, czy inne żubery, jak ongiś taki dziadek z SLD. Pawlak wszak ludzkie panisko, musiał wpierw wygospodarować nagrodę dla wszystkich swoich podwładnych.
Dyć to gest na miarę... Kozakiewicza. W stronę każdego, z kogo ściąga się haracz zwany, z jakiegoś powodu, podatkiem.
Dalej. "Nasz" obecny budżet przewiduje 100 razy (sic!) większe wpływy z mandatów drogowych. Generalnie nazwałbym opieranie budżetu na czymś losowym i zależnym od łamania prawa przez obywateli za pomysł kretyński. Musiałbym jednak wtedy nazwać kretyńskim też pomysł NFZ'ów, które to przewidują, ilu obywateli zachoruje, a ilu zaś będzie leczonych. Oj, wybaczcie. Tak to przecież już działa, spóźniłem się.
Również "Pokłosie" rzuciło się pokłosiem na całą naszą elytę oraz inne lewackie i/lub pseudo-prawicowe grupy. Elita oczywiście bomba sobie na to, gdyż western o problemach etyczno-moralnych dwóch braci na zapyziałej, polskiej wsi (która to, jak wiadomo, w rzeczywistości jest zaawansowana i czysta jak łza), nie jest, jakby nie wysilić retoryki, obrazem POLSKI I POLAKÓW. Nie jest i nie będzie.
Niestety konieczność trąbienia o tym może ogłupić, czego doświadczył Stuhr młodszy, wypowiadając jakieś średnio mądre zdania o bitwie pod Cedynią.
A myślałem, że to tylko LPR'owcom stawał na ten temat :).
Tytuł dzisiejszy pije jednak do czegoś innego - do reakcji "Polaków" na wszystkie te powyższe sprawy.
Reakcja ta jest trudna do ujednolicenia, wiadomo.
Jedni z Brunona się śmieją, że niby wykształcony (niby doktorat z chemii ma), a nie potrafił profesjonalnej bomby zrobić. Inni zaś złorzeczą, że tuman nie zabił "Ryżego Żyda".
Powyższe określenie zasłyszałem zresztą dzisiaj, czekając na szczepionkę przeciwuczuleniową w pewnej legnickiej przychodni. Wypowiedziała je nierozgarnięta (sądząc po wymowie) starsza pani, która indoktrynowała znajomą o tym, kto Polską rządzi.
Nie wiem, czy wiecie, lecz żydokomuna ma się dobrze. Komorowski to wszak Żyd. Ukrywa się za szlacheckim nazwiskiem, ale Żyd. Mam tu też wrażenie, wtrącić sobie pozwolę, że głowie tej osoby słowo "Żyd" pisane było z małej litery. Żydy i komuchy to Palikoty, Pawlaki, Urbany (tu z komuchem trochę po drodze, w sensie cała ta ostatnia trójka to takie śmieszne lewactwo, w dodatku nie lubiące się nawzajem, więc jeszcze przez to bardziej groteskowe).
Wymienione powyżej osoby zabijają Polskość, honor i ojczyznę, Boga zaś już dawno ukrzyżowali (niewykształconych ateistów odsyłam do książek historycznych, pseudo-katolików za do Nowego Testamentu).
Ręce mi opadły, ale nie miałem siły, by wstać i kazać się wariatce zamknąć. Pewnie cierpiała na demencję, zaś mózg wyprało jej pewne radio.
Dodatkowo zaś, jako osoba anty-lewicowa, więc, siłą rzeczy, raczej prawicująca (i nie, PiS nie jest prawicowy i nigdy nie będzie), uważam, że każdy ma prawo wierzyć i głosić takie poglądy, jakie ma ochotę.
Wierzyć w to i głosić, o ile robi to w sposób cywilizowany.
Tym właśnie prawica różni się od lewicy, że mówi wyraźnie: my wiemy, że ludzie są różni i my chcemy, aby każdy miał takie prawa, na jakie zasłużył. Lewica zaś chce ludzi ujednolicić, sprowadzić do wspólnego mianownika i pozbawić różnorodności.
Powiedzcie mi moi mili, gdzie byście woleli mieszkać? Tam, gdzie możesz głosić dowolne poglądy i mieć swobodę wyznaniową, decyzje zaś podejmować podług indywidualnej etyki i moralności...
Czy też w państwie, gdzie czegoś większość (albo i mniejszość nawet) zabrania reszcie, gdzie głosić możesz tylko "słuszną wersję"?
Ja chciałbym żyć w takim, gdzie mogę powiedzieć wprost: tamta kobieta była kretynką (i pewnie dalej jest, czasu raczej nie miała, by się zmienić).
Głupi są także lewacy z polityczną poprawnością.
Głupi są pseudo-prawicowcy, którzy uważają, że ksenofobia jest OK. Nie żeby przy okazji wykształcona część Murzynów mieszkających w Irlandii nie wstydziła się za "świeżych" imigrantów z Afryki. Którzy zresztą nie zachowują się dużo gorzej od plebsu z Polski, rozróżnianych tam od Polaków mianem "Polaczka" (Polack, a nie Pole). Taka scenka rodzajowa, oparta na doświadczeniach własnych.
Wreszcie i ja jestem głupi myśląc, że napisanie tego może coś, lub kogoś zmienić.
Lecz kim byłbym, gdybym nie spróbował?
M.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Fiord marzeń
Panie i panowie, nim zacznę na dobre, polecę serdecznie http://www.argumenty-portal.blogspot.com
Nie będę pisał, co i dlaczego tam mi się podoba. Nazwa owego portalu to Argumenty, zachęca on zaś do myślenia i poznawania. Czy potrzeba innego argumentu, by tam zajrzeć? Nie sądzę :).
Wszystkie (ewentualnie) zmartwione posuchą na tym blogu osoby przepraszam równie serdecznie, jak serdecznie polecam powyższy portal.
Zebrało mi się na stare lata na małe szaleństwo i jestem w trakcie kursu prawa jazdy. Szkolenie za mną, test wewnętrzny zdany. Teraz tylko 30 godzin jazdy i zobaczymy co dalej. Na wiosnę zaś egzamin prawa jazdy na motor, marzy mi się jakiś chopperek, czy inny cruiser. Niestety nie Harley, tam się za samą markę dopłaca 50 tysięcy... podczas gdy jakiś przeciętny chopperek to 4-5 tysięcy (a przynajmniej tak twierdzi Nasz Nowy Złoty Cielec, Carre... tfu, znaczy allegro.pl :) ).
Dzisiejszy wpis jest bardzo melancholijny. Pozytywnie, rzecz jasna. Taki z Gorillaz w tle, z:
Macie może takie miejsce, które na zawsze wyryło Wam się w pamięci? Wasze własne, prywatne Wzgórze Melancholii? Pozytywnej! Rzecz jasna ;).
Dla mnie jest to brzeg pewnego anonimowego fiordu w Norwegii.
Bardzo zresztą dziwna z nim sprawa. Nie chodzi o cały fiord, tylko o jego drobny skrawek. Taki prywatny kawałek nieba, którego nigdy nie pozbędę się z pamięci. Zresztą, nie mam zamiaru tego czynić. Moje intencje są dokładnie przeciwne. Nigdy tego nie zapomnieć.
Najśmieszniejsze jest to, iż miejsce te znalazło nas na równi z byciem przez nas odnalezionym. To trzeba było widzieć, cztery ździebko zmachane osoby, szukające dobrego miejsca na rozbicie namiotu i... nagle zwiadowca M. wskazuje ręką: "Patrzcie!". I już widzę to w naszych oczach, swój własny zachwyt, odbity i zwielokrotniony.
Też to widzicie? Jak z bajki :). Niemal jak domek. Te kolory, ech zdjęcie tego nie oddaje. Ta cisza, ta magia, która od razu złapała mnie za serce.
Po lewej były jakieś opuszczone domki letniskowe, ale my szliśmy właśnie tam.
Pamiętam, że rzuciliśmy plecaki, wyjęliśmy aparaty (dziewczyny wyjęły, faceci nieśli cięższe rzeczy, hehe). Chyba z godzinę snuliśmy się tak, chłonąc atmosferę tego miejsca.
Kilka dni wcześniej kupiłem sobie w Bryggen (piękna dzielnica Bergen, zabytek UNESCO) ręcznie wykonaną fajkę. Pamiętam, jak smakował mi wtedy tytoń (kto mnie zna, wie, że papierosów nie lubię!). Nie chodzi nawet o to, że był dobrej jakości.
To miejsce samo w sobie było dobre, mimo kilku ciekawych w konsekwencjach zajść :).
Oj, zdarzyło się, że ktoś się skąpał w ubraniu we fiordzie (nie z własnej woli!).
Możliwe nawet, iż byłem to ja...
Na koniec dnia, jednak... został już tylko spokój. Nie jestem pewien jaki ten nocleg miał długofalowy wpływ na resztę, ale mnie to zmieniło - być może nie jakoś diametralnie, ale bardzo pozytywnie.
Wtedy też uświadomiłem sobie, że takie miejsca, choć rzadkie, są na całym świecie.
Także w Polsce, a konkretnie na moim (z)Dolnym Śląsku :).
Gdzie? Dla każdego są gdzie indziej, wiadomo.
Najważniejsze, że jeżeli o tym pomyślimy, jeżeli to poczujemy, to może nas to zmienić. I to na lepsze, rozwinąć.
A czy nie o to chodzi w życiu? Aby, nieważne kiedy i gdzie, móc spojrzeć za siebie i uśmiechnąć się. Później zaś spojrzeć do przodu i poczuć siłę.
Naszą prywatną moc :).
M.
Nie będę pisał, co i dlaczego tam mi się podoba. Nazwa owego portalu to Argumenty, zachęca on zaś do myślenia i poznawania. Czy potrzeba innego argumentu, by tam zajrzeć? Nie sądzę :).
Wszystkie (ewentualnie) zmartwione posuchą na tym blogu osoby przepraszam równie serdecznie, jak serdecznie polecam powyższy portal.
Zebrało mi się na stare lata na małe szaleństwo i jestem w trakcie kursu prawa jazdy. Szkolenie za mną, test wewnętrzny zdany. Teraz tylko 30 godzin jazdy i zobaczymy co dalej. Na wiosnę zaś egzamin prawa jazdy na motor, marzy mi się jakiś chopperek, czy inny cruiser. Niestety nie Harley, tam się za samą markę dopłaca 50 tysięcy... podczas gdy jakiś przeciętny chopperek to 4-5 tysięcy (a przynajmniej tak twierdzi Nasz Nowy Złoty Cielec, Carre... tfu, znaczy allegro.pl :) ).
Dzisiejszy wpis jest bardzo melancholijny. Pozytywnie, rzecz jasna. Taki z Gorillaz w tle, z:
Macie może takie miejsce, które na zawsze wyryło Wam się w pamięci? Wasze własne, prywatne Wzgórze Melancholii? Pozytywnej! Rzecz jasna ;).
Dla mnie jest to brzeg pewnego anonimowego fiordu w Norwegii.
Bardzo zresztą dziwna z nim sprawa. Nie chodzi o cały fiord, tylko o jego drobny skrawek. Taki prywatny kawałek nieba, którego nigdy nie pozbędę się z pamięci. Zresztą, nie mam zamiaru tego czynić. Moje intencje są dokładnie przeciwne. Nigdy tego nie zapomnieć.
Najśmieszniejsze jest to, iż miejsce te znalazło nas na równi z byciem przez nas odnalezionym. To trzeba było widzieć, cztery ździebko zmachane osoby, szukające dobrego miejsca na rozbicie namiotu i... nagle zwiadowca M. wskazuje ręką: "Patrzcie!". I już widzę to w naszych oczach, swój własny zachwyt, odbity i zwielokrotniony.
Też to widzicie? Jak z bajki :). Niemal jak domek. Te kolory, ech zdjęcie tego nie oddaje. Ta cisza, ta magia, która od razu złapała mnie za serce.
Po lewej były jakieś opuszczone domki letniskowe, ale my szliśmy właśnie tam.
Pamiętam, że rzuciliśmy plecaki, wyjęliśmy aparaty (dziewczyny wyjęły, faceci nieśli cięższe rzeczy, hehe). Chyba z godzinę snuliśmy się tak, chłonąc atmosferę tego miejsca.
Kilka dni wcześniej kupiłem sobie w Bryggen (piękna dzielnica Bergen, zabytek UNESCO) ręcznie wykonaną fajkę. Pamiętam, jak smakował mi wtedy tytoń (kto mnie zna, wie, że papierosów nie lubię!). Nie chodzi nawet o to, że był dobrej jakości.
To miejsce samo w sobie było dobre, mimo kilku ciekawych w konsekwencjach zajść :).
Oj, zdarzyło się, że ktoś się skąpał w ubraniu we fiordzie (nie z własnej woli!).
Możliwe nawet, iż byłem to ja...
Na koniec dnia, jednak... został już tylko spokój. Nie jestem pewien jaki ten nocleg miał długofalowy wpływ na resztę, ale mnie to zmieniło - być może nie jakoś diametralnie, ale bardzo pozytywnie.
Wtedy też uświadomiłem sobie, że takie miejsca, choć rzadkie, są na całym świecie.
Także w Polsce, a konkretnie na moim (z)Dolnym Śląsku :).
Gdzie? Dla każdego są gdzie indziej, wiadomo.
Najważniejsze, że jeżeli o tym pomyślimy, jeżeli to poczujemy, to może nas to zmienić. I to na lepsze, rozwinąć.
A czy nie o to chodzi w życiu? Aby, nieważne kiedy i gdzie, móc spojrzeć za siebie i uśmiechnąć się. Później zaś spojrzeć do przodu i poczuć siłę.
Naszą prywatną moc :).
M.
niedziela, 28 października 2012
Kilka słów nie o dziennikarstwie.
Cóż, post ten miał zawierać kolejne słowa i przemyślenia powiązane z dziennikarstwem, lecz znowu się z tego nie wywiążę. Wymówek mam kilka, a jakże.
Po pierwsze i w sumie najbardziej merytorycznie - nie ma po co dalej się tutaj rozpisywać na ten temat. Jak dziennikarstwo w Polsce i na świecie wygląda, każdy widzi.
Po drugie mam pełno spraw na głowie. Praca, projekt z Unii Europejskiej (czyli druga praca), kurs na prawo jazdy (w końcu się obudził, stary koń, heh) i różne takie towarzyskie sprawy. Nie było kiedy spokojnie usiąść i przelać myśli na cyfry.
Po trzecie zaś... nie mam dzisiaj absolutnie głowy do niczego. Czeka mnie przynajmniej tydzień melancholii i to w najlepszym wypadku.
Tak to bywa, kiedy nagle wszystko traci barwy, smak i zapach.
Cóż, przez jakiś czas będzie tak ze mną.
W sumie śmieszna sprawa, prawda? Każdy postrzega szczęście inaczej, dąży do niego inną drogą, inaczej sobie ten cel wyobraża. Nie zaprzeczę, że u mnie to sama droga jest szczęściem, więc zdarza się, że nagle budzę się z ręką w nocniku.
Jest tak, gdy zdaję sobie sprawę, że zapędziłem się w kozi róg. Rozglądam się i widzę, że nagle to, co miało być tymczasowe i służyć czemuś w bliższej, lub dalszej przyszłości, teraz staje się miałkie i bez znaczenia.
Oto słyszę, jak w popiół
przemieniam się i kruszę.
I coraz mniejszy ciałem,
wierzę we własną duszę.
Tak to właśnie bywa, gdy po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że z otaczających mnie rzeczy nic tak naprawdę mnie nie interesuje. Tak wiele robię z przyzwyczajenia, lub z przymusu. Czy też z wygody.
A przecież tak naprawdę nie istnieje nic, poza tym co oddziałuje bezpośrednio na moją duszę. Nawet jeśli reszta jest namacalna, osiągalna i "rzeczywista", to są o tylko przedmioty, wcale nie niezbędne ułatwienia... lub przeszkody.
Także w moim życiu nadszedł czas na kolejne wypośrodkowanie siebie i swoich priorytetów. Być może także - na zastanowienie się, czy mam jakieś, bądź czy warto je mieć. Przyznaje się i przed Wami i przed samym sobą, że boję się tego.
Boję się, że za każdym takim razem zostaje mnie coraz mniej i coraz mniej mi zależy.
Oczywiście, że moje wnętrze się wzbogaca. Temu nie zaprzeczę. Jednak myślę, że to wzbogacenie zbyt introwertyczne, żeby wyszło mi na dobre.
Czasem chciałbym być zwykłym prostakiem i nie mieć rozterek duchowych.
Na szczęście szybko wtedy dochodzę do siebie.
Nie zamieniłbym mojej zwichrowanej duszy i poszarpanej nadziei na nic innego.
Pozdrawiam więc całą resztę Wędrowców, tyle jeszcze drogi przed nami, nim okaże się, czy mieliśmy rację, czy pobłądziliśmy na amen.
M.
Po pierwsze i w sumie najbardziej merytorycznie - nie ma po co dalej się tutaj rozpisywać na ten temat. Jak dziennikarstwo w Polsce i na świecie wygląda, każdy widzi.
Po drugie mam pełno spraw na głowie. Praca, projekt z Unii Europejskiej (czyli druga praca), kurs na prawo jazdy (w końcu się obudził, stary koń, heh) i różne takie towarzyskie sprawy. Nie było kiedy spokojnie usiąść i przelać myśli na cyfry.
Po trzecie zaś... nie mam dzisiaj absolutnie głowy do niczego. Czeka mnie przynajmniej tydzień melancholii i to w najlepszym wypadku.
Tak to bywa, kiedy nagle wszystko traci barwy, smak i zapach.
Cóż, przez jakiś czas będzie tak ze mną.
W sumie śmieszna sprawa, prawda? Każdy postrzega szczęście inaczej, dąży do niego inną drogą, inaczej sobie ten cel wyobraża. Nie zaprzeczę, że u mnie to sama droga jest szczęściem, więc zdarza się, że nagle budzę się z ręką w nocniku.
Jest tak, gdy zdaję sobie sprawę, że zapędziłem się w kozi róg. Rozglądam się i widzę, że nagle to, co miało być tymczasowe i służyć czemuś w bliższej, lub dalszej przyszłości, teraz staje się miałkie i bez znaczenia.
Oto słyszę, jak w popiół
przemieniam się i kruszę.
I coraz mniejszy ciałem,
wierzę we własną duszę.
Tak to właśnie bywa, gdy po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że z otaczających mnie rzeczy nic tak naprawdę mnie nie interesuje. Tak wiele robię z przyzwyczajenia, lub z przymusu. Czy też z wygody.
A przecież tak naprawdę nie istnieje nic, poza tym co oddziałuje bezpośrednio na moją duszę. Nawet jeśli reszta jest namacalna, osiągalna i "rzeczywista", to są o tylko przedmioty, wcale nie niezbędne ułatwienia... lub przeszkody.
Także w moim życiu nadszedł czas na kolejne wypośrodkowanie siebie i swoich priorytetów. Być może także - na zastanowienie się, czy mam jakieś, bądź czy warto je mieć. Przyznaje się i przed Wami i przed samym sobą, że boję się tego.
Boję się, że za każdym takim razem zostaje mnie coraz mniej i coraz mniej mi zależy.
Oczywiście, że moje wnętrze się wzbogaca. Temu nie zaprzeczę. Jednak myślę, że to wzbogacenie zbyt introwertyczne, żeby wyszło mi na dobre.
Czasem chciałbym być zwykłym prostakiem i nie mieć rozterek duchowych.
Na szczęście szybko wtedy dochodzę do siebie.
Nie zamieniłbym mojej zwichrowanej duszy i poszarpanej nadziei na nic innego.
Pozdrawiam więc całą resztę Wędrowców, tyle jeszcze drogi przed nami, nim okaże się, czy mieliśmy rację, czy pobłądziliśmy na amen.
M.
czwartek, 18 października 2012
Czwarta w(ł)adzia.
Dziennikarstwo to piękna rzecz.
Napisawszy te słowa, rzecz jasna, musiałem sam siebie spoliczkować. Nawet gdy przed samym sobą, a i przed Wami, mówię jasno: był to sarkazm.
Gdy myślę: dziennikarz, nie staje mi (khem khem) przed oczami obraz Kubusia ze "Złego" Tyrmanda. Niestety! Czasy nie te. Misja, powołanie i miłość do języka, o! Bezpowrotnie utracone ideały.
Włączam kochaną naszą TVP (nie mam serca wyrzucać telewizora, a czasem w kablówce coś się znajdzie na oglądanie przy obiedzie) i słyszę co... "tą sprawę".
No i szlag mnie trafia. Niedouczony patafian (czy patafianka; mamy równouprawnienie, kobiety też mogą być głupie!) nie potrafi się nawet wysłowić w ojczystym języku.
Co gorsza, nie tyle nie potrafi, co nie chce mu się.
Naprawdę nie chciałbym znęcać się nad tymi "harującymi" w pocie czoła przodownikami pracy, tytanami umysłu i znawcami kultury... stop. Za dużo sarkazmu.
Powiem Wam szczerze, od dziennikarzyków nie wymagam już nawet rzetelności, czy przekazywania w sposób przejrzysty i ciekawy informacji na tematy ważne, a nie sensacyjne. Wymagam od nich tylko jednego: żeby niebo nie zwaliło im się na głowę.
Niestety, za późno na to. Zwaliło im się (no dobrze, nie wszystkim, są chlubne wyjątki) i pozbawiło umiejętności poprawnego posługiwania się polszczyzną.
Żeby to tylko chodziło o telewizję. Wielokroć pismaki popełniają morderstwa na papierze, a jak nie na papierze, to po prostu na słowie pisanym.
Choć mam ostatnio straszne urwanie głowy przysiadłem dzisiaj do parakultury z czystego przypadku.
Lubię czasem odmóżdżyć się. Onety, o2 i inne takie popierdółkowe portale internetowe (nie mylić ze z dużymi luźnymi gaciami) wielokrotnie dostarczają mi taniej, acz przedniej zabawy. Utwardzają mnie też w przekonaniu, że dookoła jest tak dużo głupszych ode mnie istot, że faktycznie nie mogę być zwykłym przeciętniakiem.
Nieźle to podnosi samopoczucie, a i (w miarę zdrowo) buduje ego.
Dzisiaj jednak... słuchajcie tego.
onet.pl
Wiadomo, że tylko o szczebel wyżej poziomem od o2, generalnie jedyne co tam jest ciekawego, to wiadomości ze świata. Mało w nich komentarza. I dobrze, internetowe pismaki to najgorsze, co może spotkać ludzkość.
A nie? Patrzcie! Każdy idiota może założyć bloga, komentować, popisywać się malkontenctwem i wychodzić na nadętego bufona.
Dobrze, że ja taki nie jestem ;).
Przejdźmy do sedna, owej kropli przelewającej czarę goryczy.
Mały cytat ze strony głównej:
Chodzi o wazektomię. http://pl.wikipedia.org/wiki/Wazektomia - oczywiście polecam angielską wersję hasła; polska jest... uboga
Zacznijmy od tego, że najpewniejszą metodą antykoncepcji jest celibat. No, wybaczcie, tego się przebić nie da.
Mówienie także, że jest to najmniej inwazyjna metoda antykoncepcji dla kobiet, to jak powiedzieć, że dla mężczyzny najmniej inwazyjna jest dopochwowa spirala.
No... wiecie... mężczyźni nie mają pochwy. Z tego co mi wiadomo, żadnemu nie sprawdzałem, może żyję w innym świecie?
Nie będę negował (z doświadczeń swoich oraz osób mi znanych), że mężczyźni są wygodniccy. W sumie uznajemy niemal tylko prezerwatywę albo tabletki (oczywiście brane przez kobietę).
I co? Źle? Ano nie.
Ale antykoncepcja to coś, co można odstawić, co można przestać stosować. Wazektomia jest permanentną formą kontroli urodzin. Dobrze przeprowadzona jest nieodwołalna.
Nie ma zmiłuj, już zawsze postrzelasz ślepakami.
Czy więc to mężczyzna traci najwięcej? Chyba nie. Znowu, popierając się wywiadem środowiskowym, stwierdzam dobitnie - wśród moich znajomych panuje święte przekonanie, że "gumka" to jednak nie to. Jest to, jakby nie patrzeć, wypowiedź ze strony obu płci, więc "szanowne" feministki mogą "mnie skoczyć" ;).
Otóż w przypadku wazektomii traci para. Dwoje ludzi, którzy już nigdy nie będą mogli mieć ze sobą dzieci. Chyba, rzecz jasna, że zamrożą sobie kilka "strzałów" i później zapłodnią się in vitro. A pewnie, czemu nie?
Jednak strata jest po dwóch stronach i tego nie da się wywinąć ogonem.
Mała sprawa, błaha w sumie, prawda? A jednak tak działają dziennikarzyki. Wypisują dyrdymały, nie myśląc nawet, czy to co Bogu ducha winni ludzie będą czytać jest prawdą, czy też nie.
Najczęściej okazuje się, że nie.
Nasza czwarta władza to właśnie taka pani Władzia. Niedouczona, pretensjonalna i dość prymitywna. We mnie wzbudza pogardę, gdyż jej bożkiem jest oglądalność, bądź misja propagowania danej pseudo-idei.
Lecz o tym drugim następnym razem, na dziś już starczy tych wynurzeń ;).
Dobranoc!
M.
Napisawszy te słowa, rzecz jasna, musiałem sam siebie spoliczkować. Nawet gdy przed samym sobą, a i przed Wami, mówię jasno: był to sarkazm.
Gdy myślę: dziennikarz, nie staje mi (khem khem) przed oczami obraz Kubusia ze "Złego" Tyrmanda. Niestety! Czasy nie te. Misja, powołanie i miłość do języka, o! Bezpowrotnie utracone ideały.
Włączam kochaną naszą TVP (nie mam serca wyrzucać telewizora, a czasem w kablówce coś się znajdzie na oglądanie przy obiedzie) i słyszę co... "tą sprawę".
No i szlag mnie trafia. Niedouczony patafian (czy patafianka; mamy równouprawnienie, kobiety też mogą być głupie!) nie potrafi się nawet wysłowić w ojczystym języku.
Co gorsza, nie tyle nie potrafi, co nie chce mu się.
Naprawdę nie chciałbym znęcać się nad tymi "harującymi" w pocie czoła przodownikami pracy, tytanami umysłu i znawcami kultury... stop. Za dużo sarkazmu.
Powiem Wam szczerze, od dziennikarzyków nie wymagam już nawet rzetelności, czy przekazywania w sposób przejrzysty i ciekawy informacji na tematy ważne, a nie sensacyjne. Wymagam od nich tylko jednego: żeby niebo nie zwaliło im się na głowę.
Niestety, za późno na to. Zwaliło im się (no dobrze, nie wszystkim, są chlubne wyjątki) i pozbawiło umiejętności poprawnego posługiwania się polszczyzną.
Żeby to tylko chodziło o telewizję. Wielokroć pismaki popełniają morderstwa na papierze, a jak nie na papierze, to po prostu na słowie pisanym.
Choć mam ostatnio straszne urwanie głowy przysiadłem dzisiaj do parakultury z czystego przypadku.
Lubię czasem odmóżdżyć się. Onety, o2 i inne takie popierdółkowe portale internetowe (nie mylić ze z dużymi luźnymi gaciami) wielokrotnie dostarczają mi taniej, acz przedniej zabawy. Utwardzają mnie też w przekonaniu, że dookoła jest tak dużo głupszych ode mnie istot, że faktycznie nie mogę być zwykłym przeciętniakiem.
Nieźle to podnosi samopoczucie, a i (w miarę zdrowo) buduje ego.
Dzisiaj jednak... słuchajcie tego.
onet.pl
Wiadomo, że tylko o szczebel wyżej poziomem od o2, generalnie jedyne co tam jest ciekawego, to wiadomości ze świata. Mało w nich komentarza. I dobrze, internetowe pismaki to najgorsze, co może spotkać ludzkość.
A nie? Patrzcie! Każdy idiota może założyć bloga, komentować, popisywać się malkontenctwem i wychodzić na nadętego bufona.
Dobrze, że ja taki nie jestem ;).
Przejdźmy do sedna, owej kropli przelewającej czarę goryczy.
Mały cytat ze strony głównej:
Najpewniejsza metoda antykoncepcji. Dla kobiety, która nie chce mieć (więcej) dzieci jest najmniej inwazyjną i najpewniejszą metodą antykoncepcji. Ale mężczyźni mają do stracenia najwięcej...
Chodzi o wazektomię. http://pl.wikipedia.org/wiki/Wazektomia - oczywiście polecam angielską wersję hasła; polska jest... uboga
Zacznijmy od tego, że najpewniejszą metodą antykoncepcji jest celibat. No, wybaczcie, tego się przebić nie da.
Mówienie także, że jest to najmniej inwazyjna metoda antykoncepcji dla kobiet, to jak powiedzieć, że dla mężczyzny najmniej inwazyjna jest dopochwowa spirala.
No... wiecie... mężczyźni nie mają pochwy. Z tego co mi wiadomo, żadnemu nie sprawdzałem, może żyję w innym świecie?
Nie będę negował (z doświadczeń swoich oraz osób mi znanych), że mężczyźni są wygodniccy. W sumie uznajemy niemal tylko prezerwatywę albo tabletki (oczywiście brane przez kobietę).
I co? Źle? Ano nie.
Ale antykoncepcja to coś, co można odstawić, co można przestać stosować. Wazektomia jest permanentną formą kontroli urodzin. Dobrze przeprowadzona jest nieodwołalna.
Nie ma zmiłuj, już zawsze postrzelasz ślepakami.
Czy więc to mężczyzna traci najwięcej? Chyba nie. Znowu, popierając się wywiadem środowiskowym, stwierdzam dobitnie - wśród moich znajomych panuje święte przekonanie, że "gumka" to jednak nie to. Jest to, jakby nie patrzeć, wypowiedź ze strony obu płci, więc "szanowne" feministki mogą "mnie skoczyć" ;).
Otóż w przypadku wazektomii traci para. Dwoje ludzi, którzy już nigdy nie będą mogli mieć ze sobą dzieci. Chyba, rzecz jasna, że zamrożą sobie kilka "strzałów" i później zapłodnią się in vitro. A pewnie, czemu nie?
Jednak strata jest po dwóch stronach i tego nie da się wywinąć ogonem.
Mała sprawa, błaha w sumie, prawda? A jednak tak działają dziennikarzyki. Wypisują dyrdymały, nie myśląc nawet, czy to co Bogu ducha winni ludzie będą czytać jest prawdą, czy też nie.
Najczęściej okazuje się, że nie.
Nasza czwarta władza to właśnie taka pani Władzia. Niedouczona, pretensjonalna i dość prymitywna. We mnie wzbudza pogardę, gdyż jej bożkiem jest oglądalność, bądź misja propagowania danej pseudo-idei.
Lecz o tym drugim następnym razem, na dziś już starczy tych wynurzeń ;).
Dobranoc!
M.
czwartek, 4 października 2012
Biurokracja, a człowiek
Rozbroiło mnie ostatnio kilka rzeczy.
Niektóre pozytywnie, jak chociażby przedłużony wyjazd w góry, przełamany szlajaniem się po Wrocławiu. Oj, trzeba jakoś dwudziesty-ósmy rok życia uczcić, a jak lepiej, niż w złotych, jesiennych Karkonoszach? Zejście czerwonym szlakiem ze Śnieżki dołączyło do grona najlepszych wspomnień w życiu.
Między innymi dlatego, że przeżyłem, a mam swoisty lęk przestrzeni. Kto zaś tamtędy schodził, wie, o co chodzi. Istna masakra i tyle. Kozica by się ze strachu potentegowała :).
Ale ja nie o tym. Chociaż... nawet i tam spotkaliśmy się ze zwykłą, ludzką tępotą.
Pewna niezbyt rozgarnięta pani (na wyrost pisane) w pewnej pizzerii w Karpaczu, nie była w stanie objąć małym rozumkiem tego, że ktoś chciałby ot tak, wymienić sobie jakiś składnik na pizzy na inny. Za dopłatą, owszem. Ale zwykła wymiana? Bójcie się Boga, kto takie herezyje wymyśla?! Pewnie jakieś studenty i inne wagabundy :).
Przynajmniej sama pizza (choć inna niż chcieliśmy), była ze wszech miar pyszna. Wybitne ciasto - mała reklama, chodzi o Diabolo, czy tam Diavolo, nie pamiętam dokładnie. Polecam, ale za nic nie dawać napiwków.
Cóż tam dalej? Pierdoły z cyklu "pracował Pan u nas przed chwilą, ale niestety nie wiemy niczego o Panu, więc proszę jeszcze raz napisać oświadczenie, że pracował Pan u nas w ubiegłym roku". Przesadzam jeno odrobinę, przyjmowanie do pracy, tak w 100% legalnie i tak dalej, to musi być jakiś koszmar dla pracodawcy.
"Tony papierów, tony analiz". A przede wszystkim te druki, druczki, pierdoły.
Ludzie! Toniemy w bezsensownej kupie papierzysk. Biurokracja robi z nas idiotów, którzy nie potrafią i nie mogą myśleć inaczej, niż w odbiciu z szablonu.
Ja rozumiem, wolna Amerykanka i pełna swoboda to gwarantowany burdel. Obecnie, jednak, biurokracja rozszerza się cały czas - i to tylko po to, by urosnąć w siłę. By dać "miejsca pracy", a więc, by zabrać czas i pieniądze tym, którzy woleliby tych wszystkich pierdół uniknąć - i mieć święty spokój.
Ktoś mógłby powiedzieć (siema Radzio ;) ), że oto Polska właśnie. Nic bardziej mylnego! Cała Unia Europejska dąży do tego. Odhumanizowanie, zamienienie w numerek, w jednostkę pracującą, czy tam fizyczną. Przecież to już nie człowiek.
Sprowadzają nas do płatnika, podatnika i idioty. Ale, przecież tak trzeba. Co nie?
Słyszę to często powtarzane, jak mantrę. Trzeba mieć pieniądze.
Trzeba robić karierę. Trzeba piąć się w górę!
Trzeba wygrać w wyścigu szczurów!
Tylko, że... wiecie co? Ten, kto wygrywa w wyścigu szczurów, dalej pozostaje szczurem. A ja wolę zostać z boku i cieszyć się życiem.
Czego i Wam życzę!
M.
Niektóre pozytywnie, jak chociażby przedłużony wyjazd w góry, przełamany szlajaniem się po Wrocławiu. Oj, trzeba jakoś dwudziesty-ósmy rok życia uczcić, a jak lepiej, niż w złotych, jesiennych Karkonoszach? Zejście czerwonym szlakiem ze Śnieżki dołączyło do grona najlepszych wspomnień w życiu.
Między innymi dlatego, że przeżyłem, a mam swoisty lęk przestrzeni. Kto zaś tamtędy schodził, wie, o co chodzi. Istna masakra i tyle. Kozica by się ze strachu potentegowała :).
Ale ja nie o tym. Chociaż... nawet i tam spotkaliśmy się ze zwykłą, ludzką tępotą.
Pewna niezbyt rozgarnięta pani (na wyrost pisane) w pewnej pizzerii w Karpaczu, nie była w stanie objąć małym rozumkiem tego, że ktoś chciałby ot tak, wymienić sobie jakiś składnik na pizzy na inny. Za dopłatą, owszem. Ale zwykła wymiana? Bójcie się Boga, kto takie herezyje wymyśla?! Pewnie jakieś studenty i inne wagabundy :).
Przynajmniej sama pizza (choć inna niż chcieliśmy), była ze wszech miar pyszna. Wybitne ciasto - mała reklama, chodzi o Diabolo, czy tam Diavolo, nie pamiętam dokładnie. Polecam, ale za nic nie dawać napiwków.
Cóż tam dalej? Pierdoły z cyklu "pracował Pan u nas przed chwilą, ale niestety nie wiemy niczego o Panu, więc proszę jeszcze raz napisać oświadczenie, że pracował Pan u nas w ubiegłym roku". Przesadzam jeno odrobinę, przyjmowanie do pracy, tak w 100% legalnie i tak dalej, to musi być jakiś koszmar dla pracodawcy.
"Tony papierów, tony analiz". A przede wszystkim te druki, druczki, pierdoły.
Ludzie! Toniemy w bezsensownej kupie papierzysk. Biurokracja robi z nas idiotów, którzy nie potrafią i nie mogą myśleć inaczej, niż w odbiciu z szablonu.
Ja rozumiem, wolna Amerykanka i pełna swoboda to gwarantowany burdel. Obecnie, jednak, biurokracja rozszerza się cały czas - i to tylko po to, by urosnąć w siłę. By dać "miejsca pracy", a więc, by zabrać czas i pieniądze tym, którzy woleliby tych wszystkich pierdół uniknąć - i mieć święty spokój.
Ktoś mógłby powiedzieć (siema Radzio ;) ), że oto Polska właśnie. Nic bardziej mylnego! Cała Unia Europejska dąży do tego. Odhumanizowanie, zamienienie w numerek, w jednostkę pracującą, czy tam fizyczną. Przecież to już nie człowiek.
Sprowadzają nas do płatnika, podatnika i idioty. Ale, przecież tak trzeba. Co nie?
Słyszę to często powtarzane, jak mantrę. Trzeba mieć pieniądze.
Trzeba robić karierę. Trzeba piąć się w górę!
Trzeba wygrać w wyścigu szczurów!
Tylko, że... wiecie co? Ten, kto wygrywa w wyścigu szczurów, dalej pozostaje szczurem. A ja wolę zostać z boku i cieszyć się życiem.
Czego i Wam życzę!
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



