Witam. Zgodnie z obietnicą, acz z małym opóźnieniem, kilka cegiełek (zapalnych, mam nadzieję) do "problemu" gender. W skrócie, lecimy po bandzie i wyśmiewamy, dopóki jest to w modzie. A co! Mam prawo do niuchania koniunktury.
Pierwszą cegiełką, niejako kamienień rzuconym na szaniec zbigoconego, szowinistycznego świata, jest historia Amelii Meltape, przedstawiciela/lki trzeciej płci, rodem z Bangladeszu.
http://facet.onet.pl/transseksualna-modelka-chce-zostac-miss-world/cjr3z
Idąc tokiem rozumowania genderów, narzucanie jemu, bądź jej, iż jest kobietą, lub mężczyzną, to straszny błąd. Czemu nie może być jednym i drugim jednocześnie? Przecież powinniśmy być już ponad takie przesądy, jakimi są płeć, biologia, czy inne tam pierdoły. W końcu jeżeli skalpel, botox i hormony mogą zmienić genetycznego chłopca w dziewczynkę, to czemu nie uznać efektu końcowego za coś więcej? Metachłopiec, metakobieta. Paraczłowiek?
Myślę, że zasługuje to na dogłębne zbadanie tematu przez Zespół Chorobowy Macierewicza.
Tak na zdrowy (nawet jeśli chłopski <- szowinizm ;) ) rozum, zaś, czemu mężczyzna nie miałby wystąpić w wyborach Miss World? Przecież większość niemieckich atletek z powodzeniem mogłaby występować w wyborach Mistera Roku, mielibyśmy więc obie konkurencje pozbawione szowinizmu w jedną, lub drugą stronę.
Zaistniałaby prawdziwa równość, zatarcie granic, triumf ideologii gender. Ach, tęcze latałyby wtedy nisko, dzieci nie głodowałyby więcej, a rak sam by się pokonał, zawstydzony płynącym od Nas przykładem bratersko-siostrzanej miłości. Aż łezka się kręci w oku :````).
Zostawmy jednak ten problem tam, gdzie jego miejsce - ta krawężniku humoru. Poruszę temat o wiele poważniejszy. Z jakiego to powodu? Otóż dotyczący bezpośrednio mnie. Taki, który boli, pali i napawa negatywnymi emocjami. I nie, z góry podkreślę - wybory Miss, czy Mistera, nie kręcą mnie w żaden sposób.
Cóż więc takiego wywołuje u mnie dyskomfort i spięcie pośladków?
Baseny! No, nie tyle same baseny, same w sobie. Chociaż fakt, naciągnąłem wczoraj bark, pływając drugi dzień pod rząd i forsując kolejne długości, lecz to już moja sprawa i nie będę, po lewacku (yo Radzio ;) ), marudził, skoro to moja głupota.
Boli mnie i dotyka (na szczęscie - nie fizycznie) problem szatni.
Ja rozumiem, że ktoś może chodzić na basen dłużej niż ja. Może mieć ciało Adonisa, czy innego greckiego (lub rzymskiego, jeden pies) boga i chce się nim pochwalić. Lecz, czy naprawdę musi z tego powodu wypinać w moją stronę goły rów mariański?
Ludzie, macie ręczniki, macie przebieralnie... nie jestem purystą, lecz osobą wysoce amoralną, jednak widok nagiej, męskej dupy, działa na mnie odstraszająco. Ja wiem, ja rozumiem, odstrasza, więc nie klepnę. To działa, szczególnie, gdy taki gołodupiec spotyka się okiem (wieloryba) w oko z moją nieujarzmioną, zwierzęcą charyzmą. Niemniej, daję słowo, nie klepnąłbym nawet odzianego męskiego zadka, więc wyciąganie grubych argumentów (a są często grube), jest czymś, co Anglicy określają mianem 'overkill'.
Bywa zaś gorzej. Wchodzę pod prysznic, a tam jakiś stary, siwy grubas właśnie gmera łapskiem w nagich sferach intymnych, szukając w buszu, kaj mu się mikroskopijny penis zapodział, bądź sprawdzając elastyczność zwieracza. Na głębokość palca.
Ja nie wiem, czy to tylko mój pech, ale zawsze jakiś taki melepeta się przytrafi. Przysięgam, że następnym razem zacznę się drzeć.
Póki co odwracam wzrok, włączam muzykę w wodoodpornej empetrójce i udaję, że jestem w innym świecie.
Plus introwertyzmu.
Jednak... to nie wszystko. Ja rozumiem, że gender i że dzieci mogą wybierać, ale naprawdę cholera mnie trafia, obojętnie, czy to nad morzem, czy w MĘSKIEJ szatni, gdy widzę ojca przyprowadzającego, dla przykładu, pięcioletnią córeczkę i pozwalającego jej latać dookoła w stroju Ewy (tak, żeby chociaż...). Nie wiem, nie boją się, że będzie tam pedofil? Uważają to za coś normalnego? Nie boją się, że biegająca córeczka dostanie z półobrotu gołym penisem jakiegoś nudysty, gdy nieopatrznie wejdzie w zasięg?
Przecież... Są jakieś granice. Ja wiem, dziwny jestem. Mam dość mocne granice przestrzeni osobistej i nie wyobrażam sobie, po prostu, niektórych rzeczy i zachowań. Być może to te resztki konserwatyzmu, które we mnie pozostały. Być może to niedobitki pruderii. Lecz, jeżeli mamy w obrębie szatni wyodrębnione PRZEBIERALNIE, to nigdy nie zrozumiem i nie zaakceptuję narzucania mi swoich nudystycznych ciągot. Tak samo, jak ja nie narzucam nikomu mojego heteroseksualizmu. To dzieje się samo w sobie, naturalnie... agresywnie w swej naturze, lecz na to już nic nie poradzę ;).
Pozostała jeszcze muzyka.
Chociaż, nie wiem, czy pojęcia "muzyka" odpowiada tutaj temu, co chcę opisać.
Chodzi wszak o "rolowanie" nieszczęsnej Nataszy Urbańskiej, które postanowiłem w końcu obejrzeć i przesłuchać.
Najpiękniejszym aspektem w tej sprawie jest to, że pod oficjalnym teledyskiem na youtube postanowiono wyłączyć komentarze. Daje do myślenia, prawda? ;)
Muzycznie "dzieło" to nie istnieje. Losowanie dodawanie dźwięków w jakimś syntezatorze midi dałoby lepsze dźwięki. Wokalnie panna również leży i kwiczy (w łazience, pod zlewem - pewnie niezły trip). Jakieś jęki, stęki i za cholerę nie da się usłyszeć, co te werbalne wymioty mają oznaczać. Cóż, wydaje mi się, że ktoś popdisując z nią kontrakt zadbał o takie "przybicie umowy", by przy okazji uszkodzić jej struny głosowe.
Niestety, głębokie gardło nie każdej wychodzi na zdrowie.
Nie będę jednak znęcał się nad biedną Nataszką. Wszak nie jej wina, że wkopała się w tak kretyński kontrakt. Przecież, gdyby nie wystąpiła w tym autystycznym dziele, jestem pewien, że musiałaby płacić sporą karę. Tak to jest, jak się ma parcie na szkło.
Powyśmiewać chcę się teraz z czegoś innego. Kogoś, nawet.
Większość tzw. "hejterów" słucha syfu, który jest niewiele lepszy. Nowe płyty Comy, większość polskiego hip-hopu, nierozróżnialny pop, disco-polo... jestem pewien, że na playliście znalazłyby się Ich Troje, Mandaryna, czy Norbi.
Ludzie, Urbańską wrobiili w kicz ostateczny, lecz to nie znaczy, że kicz którego słuchacie, jest w jakikolwiek sposób lepszy.
To jest dalej dno i pięć metrów mułu, zaś Wasza reakcja to typowe krzyki radości mówiące jasno: "Cieszę się, że znalazłem coś wyraźnie gorszego. Odwracam od siebie uwagę".
Niech każdy słucha tego, co lubi, lecz rozpoznaje Sztukę, od sztuki.
Lubię lżejsze kawałki, dla przykładu dokonania eksperymentalnego Shaka Ponk:
Nie oznacza to jednak, że mają oni przekaz, bądź wykonanie, na poziomie Neila Younga, czy innego wielkiego artysty:
Świat jest pełen piękna i niespodzianek. Jednak wolałbym, żeby taką niespodzianką nie była goła dupa w szatni. Nawet, jeżeli zadek byłby zgrabny i należał do niewiasty. Dlaczego? Od tego jest sypialnia, bądź różne okoliczności natury. Tak, czy inaczej, sytuacje intymne.
Nie narzucam swoich poglądów i nie lubię, gdy ktoś rzuca mi w oczy swoje... poglądy, lub narządy.
Comprende?
M.
EDITED: nie mam pojęcia, dlaczego tekst zbił się w taki sposób. Chyba entery się obraziły. Cóż...
niedziela, 12 stycznia 2014
sobota, 21 grudnia 2013
Bender gender
Witam po długiej przerwie. Cóż, mieliśmy niby niedawno nowy wpis, lecz była to właściwie reklama, pozbawiona właściwego komentarza. Ot, pokazana ciekawostka (choć odpowiednio głośna), której ukazanie na blogu miało mnie zmotywować do drobnej resuscytacji parakultury.
Cóż, chyba się udało, oto jestem!
Na tapetę weźmiemy sobie dzisiaj "problem" ideologii gender. Problem rozdmuchany przez media, niepoważny i, zasadniczo, głupi z natury. Widzicie, moje założenie jest bardzo proste – cała idea czynnego ruchu gender jest po prostu ułomna.
Nim przejdziemy do rzucania mięsem, zadajcie *sobie* kilka pytań. Odpowiedzcie na nie szczerze i po dobrym namyśle, nie kierując się uwarunkowaniami kulturowymi, tradycją, wychowaniem i takimi tam duperelami.
Czym jest płeć?
Ile właściwie istnieje płci?
Czy płeć ma jakąś naturalną "rolę", czymkolwiek by ona nie była?
Czy posiadanie takiej, a nie innej płci powinno predestynować, zmuszać, bądź w inny sposób wpływać na to, kim jesteśmy, chcemy, lub powinniśmy być?
Dajcie sobie na to kilka minut, zaparzcie herbatę, ba... może nawet idźcie na spacer. Te pytania tylko z pozoru są głupie. Tak samo jak ideologia gender, tylko z pozoru *nie* jest głupia.
Wszystkie odpowiedzi, których sobie właśnie udzieliliście (lub nie) pochodzą od Was. Czy są one "prawdziwe", czy "nie", to już sofizmaty.
Widzicie, ideologia gender stawia sobie za zadanie... stawianie pytań, często niewygodnych. I wiecie co, kiedyś tak robiła. Bodajże w latach 60-ych. Od tamtego czasu uległa, niestety, wypaczeniu. Zamiast stawiać pytania, zaczęła dawać gotowe odpowiedzi. Są one, rzecz jasna, równie poronione jak szowinizm, feminizm i inne poglądy ludzi z głową we własnym tyłku.
Rzeczą oczywistą jest to, że rola kobiety i mężczyzny zmieniała się na przestrzeni wieków.
Nasi pra-przodkowie mieli przed sobą inne zadania, zupełnie inne wyzwania stały przed ludami czasów antycznych, przed mieszkańcami Średniowiecza, Renesansu, że nie wspomnę o tym, jak zmieniało się podejście do całości dorobku kultury w okresie XX wieku.
Zatrzymajcie się tu na chwilę, pomyślcie właśnie o tym – o kulturze.
Kiedyś mieliśmy rycerzy. Mieliśmy damy. Mieliśmy nawet proletariat. Wiecie, co mają te trzy... hmmm.. grupy społeczne wspólnego? Nie mają przełożenia na obecny świat.
Wszystko się zmienia, wszystko ewoluuje, wszędzie dookoła idziemy do przodu (choć liczni próbują te zmiany powstrzymać).
Dziś nie ma miejsca na rycerzy, nie dlatego, by ludzkość miała w czterech literach tzw. "rycerskość", czy też honor, obronę słabszych, lojalność, ech, cokolwiek w ten deseń.
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, XX wieku nie muszą się obawiać dzikich zwierząt, ataku barbarzyńców, zimowego głodu spowodowanego złym stanem spichlerza.
Cywilizacja rośnie, zmienia się i rozwija wraz z wynalazkami, lecz współgrając z kulturą. Dlatego właśnie mamy czas myśleć o głupotach. "Achtystki" mogą chodzić sobie ulicami poubierane jak wariatki i, generalnie, poza śmiechem tłumu, nie spotka ich nic złego (chyba, że mieszkają we Włoszech, wtedy zgwałci je miły imigrant z Afryki Północnej).
Mam gdzieś pomylone pomysły "dżenderowców", ponieważ ich działania i pomysły nie mają na uwadze rozwoju, ani poszanowania dziedzictwa kulturowego.
Jak rzekł niegdyś pewien wielki człowiek, a co pozwolę sobie sparafrazować lekko, "jesteśmy karłami stojącymi na barkach minionych gigantów".
Cała ta spuścizna, od legionistów rzymskich, przez praczki, chodzących w butach na szpilkach rzeźników (sic! - sprawdźcie, jeśli nie wierzycie), amazonki, po to, co widzę na ulicy – ludzi zajmujących się swoimi sprawami, to część naszego zbiorowego ja.
Mam gdzieś, czy dziewczynka, lub chłopiec, będą zbyt głupie, by nie podążać za bezsensownymi wzorcami. Od tego jest tradycja, by to rodzice/opiekunowie wybierali z niej to co dobre i prezentowali swoim pociechom. Od tego zaś owe pociechy mają mózg, by wybrać to, co im odpowiada. Bunt to podstawa rozwoju, bez niego czeka nas tylko stagnacja.
Jak więc można zabrać dzieciakom przeszłość, idee, archetypy, to, co cywilizacja europejska wypracowała przez całe wieki i zastąpić to... bezosobowym bezpłciowym tworem, któy wierzy w jakiś liberalno-socjalistyczny bełkot o braku różnic?
Przecież ja jestem silniejszy od kobiet. Sikam na stojąco bez najmniejszego problemu. Mam swoje własne silne i słabe strony, które częściowo wynikają z mojej płci, częściowo zaś z wychowania, z predyspozycji, genów, mojej własnej ciężkiej pracy, czy lenistwa.
Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, co dobrego wynika z palenia mostów za sobą.
Tak samo jak nie zrozumiem nigdy feministek, które krzycząc o "równości" chcą tak naprawdę matriarchatu.
Nie zrozumiem genderowców, którzy pod frazesami uwolnienia umysłu, zabierają tak naprawdę świadomość kulturową.
Czy tak trudno jest powidzieć – kiedyś było tak i tak, ale rozwijamy się. Każdy może podejmować swoje decyzje – i brać za nie odpowiedzialność
Ja tej odpowiedzialności u wielu wysoko postawionych idiotów nie widzę.
W czasach swojej młodości strasznie chciałem być żołnierzem. To było takie męskie, dzielne i ble ble ble. Wiecie, chłopcy powinni byli tak postępować. Lecz wiecie co? Od tego mam mózg, by porównywać i uczyć się. Dzieci nie powinny szukać swojej drogi, lecz poznawać pozytywne wzorce, uczyć się, jakie występują w różnych społeczeństwach archetypy, jaka jest różnica między oczekiwaniami, a marzeniami.
Zamykanie się w jednym z dwóch obozów, ślepego tradycjonalizmu, lub bezkompromisowego liberalizmu, to błąd równie wielkiej wagi. Przynajmniej moim zdaniem. Tak właśnie sądzę, takie zdanie mam zamiar głosić.
A Wy? Chłopcy, dziewczyny, czy może... inne istoty, dobrze czujecie się z tym, co społeczeństwo oczekuje, a co też byście chcieli?
Jeśli tak, to dobrze. Jeśli nie – to nie oglądajcie się na innych, po prostu róbcie swoje.
Bylebyście nie ograniczali wolności innych.
M.
Cóż, chyba się udało, oto jestem!
Na tapetę weźmiemy sobie dzisiaj "problem" ideologii gender. Problem rozdmuchany przez media, niepoważny i, zasadniczo, głupi z natury. Widzicie, moje założenie jest bardzo proste – cała idea czynnego ruchu gender jest po prostu ułomna.
Nim przejdziemy do rzucania mięsem, zadajcie *sobie* kilka pytań. Odpowiedzcie na nie szczerze i po dobrym namyśle, nie kierując się uwarunkowaniami kulturowymi, tradycją, wychowaniem i takimi tam duperelami.
Czym jest płeć?
Ile właściwie istnieje płci?
Czy płeć ma jakąś naturalną "rolę", czymkolwiek by ona nie była?
Czy posiadanie takiej, a nie innej płci powinno predestynować, zmuszać, bądź w inny sposób wpływać na to, kim jesteśmy, chcemy, lub powinniśmy być?
Dajcie sobie na to kilka minut, zaparzcie herbatę, ba... może nawet idźcie na spacer. Te pytania tylko z pozoru są głupie. Tak samo jak ideologia gender, tylko z pozoru *nie* jest głupia.
Wszystkie odpowiedzi, których sobie właśnie udzieliliście (lub nie) pochodzą od Was. Czy są one "prawdziwe", czy "nie", to już sofizmaty.
Widzicie, ideologia gender stawia sobie za zadanie... stawianie pytań, często niewygodnych. I wiecie co, kiedyś tak robiła. Bodajże w latach 60-ych. Od tamtego czasu uległa, niestety, wypaczeniu. Zamiast stawiać pytania, zaczęła dawać gotowe odpowiedzi. Są one, rzecz jasna, równie poronione jak szowinizm, feminizm i inne poglądy ludzi z głową we własnym tyłku.
Rzeczą oczywistą jest to, że rola kobiety i mężczyzny zmieniała się na przestrzeni wieków.
Nasi pra-przodkowie mieli przed sobą inne zadania, zupełnie inne wyzwania stały przed ludami czasów antycznych, przed mieszkańcami Średniowiecza, Renesansu, że nie wspomnę o tym, jak zmieniało się podejście do całości dorobku kultury w okresie XX wieku.
Zatrzymajcie się tu na chwilę, pomyślcie właśnie o tym – o kulturze.
Kiedyś mieliśmy rycerzy. Mieliśmy damy. Mieliśmy nawet proletariat. Wiecie, co mają te trzy... hmmm.. grupy społeczne wspólnego? Nie mają przełożenia na obecny świat.
Wszystko się zmienia, wszystko ewoluuje, wszędzie dookoła idziemy do przodu (choć liczni próbują te zmiany powstrzymać).
Dziś nie ma miejsca na rycerzy, nie dlatego, by ludzkość miała w czterech literach tzw. "rycerskość", czy też honor, obronę słabszych, lojalność, ech, cokolwiek w ten deseń.
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, XX wieku nie muszą się obawiać dzikich zwierząt, ataku barbarzyńców, zimowego głodu spowodowanego złym stanem spichlerza.
Cywilizacja rośnie, zmienia się i rozwija wraz z wynalazkami, lecz współgrając z kulturą. Dlatego właśnie mamy czas myśleć o głupotach. "Achtystki" mogą chodzić sobie ulicami poubierane jak wariatki i, generalnie, poza śmiechem tłumu, nie spotka ich nic złego (chyba, że mieszkają we Włoszech, wtedy zgwałci je miły imigrant z Afryki Północnej).
Mam gdzieś pomylone pomysły "dżenderowców", ponieważ ich działania i pomysły nie mają na uwadze rozwoju, ani poszanowania dziedzictwa kulturowego.
Jak rzekł niegdyś pewien wielki człowiek, a co pozwolę sobie sparafrazować lekko, "jesteśmy karłami stojącymi na barkach minionych gigantów".
Cała ta spuścizna, od legionistów rzymskich, przez praczki, chodzących w butach na szpilkach rzeźników (sic! - sprawdźcie, jeśli nie wierzycie), amazonki, po to, co widzę na ulicy – ludzi zajmujących się swoimi sprawami, to część naszego zbiorowego ja.
Mam gdzieś, czy dziewczynka, lub chłopiec, będą zbyt głupie, by nie podążać za bezsensownymi wzorcami. Od tego jest tradycja, by to rodzice/opiekunowie wybierali z niej to co dobre i prezentowali swoim pociechom. Od tego zaś owe pociechy mają mózg, by wybrać to, co im odpowiada. Bunt to podstawa rozwoju, bez niego czeka nas tylko stagnacja.
Jak więc można zabrać dzieciakom przeszłość, idee, archetypy, to, co cywilizacja europejska wypracowała przez całe wieki i zastąpić to... bezosobowym bezpłciowym tworem, któy wierzy w jakiś liberalno-socjalistyczny bełkot o braku różnic?
Przecież ja jestem silniejszy od kobiet. Sikam na stojąco bez najmniejszego problemu. Mam swoje własne silne i słabe strony, które częściowo wynikają z mojej płci, częściowo zaś z wychowania, z predyspozycji, genów, mojej własnej ciężkiej pracy, czy lenistwa.
Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, co dobrego wynika z palenia mostów za sobą.
Tak samo jak nie zrozumiem nigdy feministek, które krzycząc o "równości" chcą tak naprawdę matriarchatu.
Nie zrozumiem genderowców, którzy pod frazesami uwolnienia umysłu, zabierają tak naprawdę świadomość kulturową.
Czy tak trudno jest powidzieć – kiedyś było tak i tak, ale rozwijamy się. Każdy może podejmować swoje decyzje – i brać za nie odpowiedzialność
Ja tej odpowiedzialności u wielu wysoko postawionych idiotów nie widzę.
W czasach swojej młodości strasznie chciałem być żołnierzem. To było takie męskie, dzielne i ble ble ble. Wiecie, chłopcy powinni byli tak postępować. Lecz wiecie co? Od tego mam mózg, by porównywać i uczyć się. Dzieci nie powinny szukać swojej drogi, lecz poznawać pozytywne wzorce, uczyć się, jakie występują w różnych społeczeństwach archetypy, jaka jest różnica między oczekiwaniami, a marzeniami.
Zamykanie się w jednym z dwóch obozów, ślepego tradycjonalizmu, lub bezkompromisowego liberalizmu, to błąd równie wielkiej wagi. Przynajmniej moim zdaniem. Tak właśnie sądzę, takie zdanie mam zamiar głosić.
A Wy? Chłopcy, dziewczyny, czy może... inne istoty, dobrze czujecie się z tym, co społeczeństwo oczekuje, a co też byście chcieli?
Jeśli tak, to dobrze. Jeśli nie – to nie oglądajcie się na innych, po prostu róbcie swoje.
Bylebyście nie ograniczali wolności innych.
M.
czwartek, 19 grudnia 2013
Cóż, żyję. Czy para-kultura umarła, nie wiem. Mam pomysł na kilka wpisów, generalnie dotyczących tej całej ideologii gender i takich tam pierdół. Miałem nawet o tym dzisiaj napisać coś, trafiłem jednak na świetny film (dzięki raz jeszcze, Radku) opisujący stosunek każdej chyba wrażliwej na sztukę osoby, która spotyka się z tzw. "sztuką" nowoczesną.
Jest to tak złe... tak... cóż, po prostu słów brak.
Zobaczcie sami. I trzymajcie się z dala od ASP ;).
Pozdrawiam i zapraszam niedługo na kilka słów o feministkach, gender studies i innych wypaczeniach :).
M.
PS. pan Kordian Lewandowski ma u mnie plusa za picie soplicowego orzeszka z gwinta. Twardziel ;). Też tak robię czasem.
Jest to tak złe... tak... cóż, po prostu słów brak.
Zobaczcie sami. I trzymajcie się z dala od ASP ;).
Pozdrawiam i zapraszam niedługo na kilka słów o feministkach, gender studies i innych wypaczeniach :).
M.
PS. pan Kordian Lewandowski ma u mnie plusa za picie soplicowego orzeszka z gwinta. Twardziel ;). Też tak robię czasem.
wtorek, 28 maja 2013
Antylewacki fragment Faulknera
Dziś wieczór rozpocznę przynudnawym cytatem z Faulknera (przekład Jana Zakrzewskiego, PIW, 1965):
(...) Było to akurat wtedy, jak Buddy i reszta przestali uprawiać bawełnę. Pamiętam to dobrze. Właśnie wtedy rząd zaczął się wtrącać do tego, co co farmer ma robić na swojej farmie i ile siać bawełny. Nazywali to stabilizowaniem cen i upłynnianiem nadwyżek, dawali niby to rady i pomoc, czy człowiek chciał, czy nie chciał. Widział pan dzisiaj wszystkich chłopaków, co? Ciekawi ludzie, można powiedzieć. Pierwszego roku, kiedy pojawił się instruktor z okręgu i próbował farmerom wyłożyć ten nowy system, przyszedł też do Buddy'ego i próbował go namówić, żeby mniej siał, a rząd zapłaci mu różnicę, więc właściwie będzie mu lepiej, niż jak by robił to co dawniej bez żadnej pomocy i rady.
"Bardzo jesteśmy wdzięczni rządowi - powiada Buddy. - Ale nie potrzebujemy pomocy. Będziemy zbierali bawełnę tak, jak przedtem. Jeśli nam się zbiory nie udadzą, strata będzie nasza, następnym razem może się uda."
I nie chcieli podpisać żadnych papierów, ani zobowiązań, i niczego takiego. Dalej obsiewali pola i zbierali bawełnę, jak ich nauczył stary Anse, bo jakoś nie mogli uwierzyć, że rząd ma zamiar pomagać człowiekowi, czy on chce, czy nie chce, i że będzie pakował nos w to, ile człowiek wyciągnie ze swojej własnej ziemi własną ciężką pracą, zbierając bawełnę i przerabiając ją we własnej gręplarni, jak to robili na miejscu zawsze, a potem zawozili do miasta na sprzedaż aż do Jefferson. Więc zawieźli i tym razem, ale okazało się, że nic tam nie sprzedadzą po pierwsze dlatego, że za dużo jej mają, a po drugie, nie dostali takiej specjalnej karty, która pozwalała sprzedawać. (...) jak przyszedł następny rok, to też żadnych papierów nie wzięli. Po prostu dalej nie mogli uwierzyć, że koniecznie trzeba, dalej wierzyli w wolność i w prawo człowieka do robienia tego, co potrafi robić własnymi rękami i na co ma ochotę, i jego rzecz, czy mu się uda, czy nie, i wierzyli, że tę wolność gwarantuje im rząd (...)
No, powiedzcie mi, moi drodzy. Czyż to nie jest wybitnie anty-lewacki tekst?
Biurokracja, nadmiernie rozbudowane przepisy, obostrzenia i inne takie... ograniczenia wolności.
Ja rozumiem, ja współczuję, ja się, jako (częściowo) człowiek poczuwam do jakiejś solidarności społecznej, lecz dlaczego ma ona być na siłę?
Dlaczego koniecznie trzeba wciskać wszędzie te socjale, zamiast pozwolić człowiekowi, tak po ludzku (sic!) pracować na siebie, na swoją rodzinę, na bliskich.
Podejmować decyzje, ryzykować, wygrywać i przegrywać. Po prostu żyć.
Dzisiaj ludzie traktowani są jak bydło, jak bezwolna masa, którą należy trzymać w karbach i decydować za nich - są przecież zbyt głupi, by zadbać o siebie sami.
Dla mnie, osobiście, jest to obrzydliwe. Jest to powolne zezwierzącenie, pozbawianie tego, co jest w nas najważniejsze, najjaśniejsze - wolnej woli i wolności samej w sobie.
M.
(...) Było to akurat wtedy, jak Buddy i reszta przestali uprawiać bawełnę. Pamiętam to dobrze. Właśnie wtedy rząd zaczął się wtrącać do tego, co co farmer ma robić na swojej farmie i ile siać bawełny. Nazywali to stabilizowaniem cen i upłynnianiem nadwyżek, dawali niby to rady i pomoc, czy człowiek chciał, czy nie chciał. Widział pan dzisiaj wszystkich chłopaków, co? Ciekawi ludzie, można powiedzieć. Pierwszego roku, kiedy pojawił się instruktor z okręgu i próbował farmerom wyłożyć ten nowy system, przyszedł też do Buddy'ego i próbował go namówić, żeby mniej siał, a rząd zapłaci mu różnicę, więc właściwie będzie mu lepiej, niż jak by robił to co dawniej bez żadnej pomocy i rady.
"Bardzo jesteśmy wdzięczni rządowi - powiada Buddy. - Ale nie potrzebujemy pomocy. Będziemy zbierali bawełnę tak, jak przedtem. Jeśli nam się zbiory nie udadzą, strata będzie nasza, następnym razem może się uda."
I nie chcieli podpisać żadnych papierów, ani zobowiązań, i niczego takiego. Dalej obsiewali pola i zbierali bawełnę, jak ich nauczył stary Anse, bo jakoś nie mogli uwierzyć, że rząd ma zamiar pomagać człowiekowi, czy on chce, czy nie chce, i że będzie pakował nos w to, ile człowiek wyciągnie ze swojej własnej ziemi własną ciężką pracą, zbierając bawełnę i przerabiając ją we własnej gręplarni, jak to robili na miejscu zawsze, a potem zawozili do miasta na sprzedaż aż do Jefferson. Więc zawieźli i tym razem, ale okazało się, że nic tam nie sprzedadzą po pierwsze dlatego, że za dużo jej mają, a po drugie, nie dostali takiej specjalnej karty, która pozwalała sprzedawać. (...) jak przyszedł następny rok, to też żadnych papierów nie wzięli. Po prostu dalej nie mogli uwierzyć, że koniecznie trzeba, dalej wierzyli w wolność i w prawo człowieka do robienia tego, co potrafi robić własnymi rękami i na co ma ochotę, i jego rzecz, czy mu się uda, czy nie, i wierzyli, że tę wolność gwarantuje im rząd (...)
No, powiedzcie mi, moi drodzy. Czyż to nie jest wybitnie anty-lewacki tekst?
Biurokracja, nadmiernie rozbudowane przepisy, obostrzenia i inne takie... ograniczenia wolności.
Ja rozumiem, ja współczuję, ja się, jako (częściowo) człowiek poczuwam do jakiejś solidarności społecznej, lecz dlaczego ma ona być na siłę?
Dlaczego koniecznie trzeba wciskać wszędzie te socjale, zamiast pozwolić człowiekowi, tak po ludzku (sic!) pracować na siebie, na swoją rodzinę, na bliskich.
Podejmować decyzje, ryzykować, wygrywać i przegrywać. Po prostu żyć.
Dzisiaj ludzie traktowani są jak bydło, jak bezwolna masa, którą należy trzymać w karbach i decydować za nich - są przecież zbyt głupi, by zadbać o siebie sami.
Dla mnie, osobiście, jest to obrzydliwe. Jest to powolne zezwierzącenie, pozbawianie tego, co jest w nas najważniejsze, najjaśniejsze - wolnej woli i wolności samej w sobie.
M.
piątek, 10 maja 2013
Konformizm?
Zastanawiam się, czy powoli nie zbliża mi się kryzys wieku średniego. W końcu coraz więcej siwych włosów na głowie, w srodku zaś – coraz głupsze pomysły.
Pomysły jednak pomysłami, dopada mnie także druga sprawa. A może to nie jest tak do końca? Pamiętacie poprzedni wpis? Cóż, zapewne nie – zbyt długo się z nowym zbierałem. Dotyczył on buntu jako takiego.
Także, moi drodzy (i drogie), balansuję ostatnio między energią, a stagnacją, między swego rodzaju buntem, a konformizmem. Stoję tak, po środku drogi, nie wiedząc co wybrać – a może nie dostrzegając, co tak naprawdę wybieram.
Na szczęście, nie jest to jedynie moja przypadłość. Wiele z otaczających mnie osób ma podobne, hmmm, skłonności. Nie nazwę tego problemami, gdyż zasadniczo ludzie lubią wybierać ciepło, spokój i posłuszeństwo.
Ot, fakt, lubimy uważać się za wyjątkowych, za osoby stawiające hardo czoło światu, przeciwnościom i wszelkiej głupocie (np. władzy). Tak myślimy, lecz czy jest tak na pewno?
Jak śpiewał kiedyś zespół Dezerter, w dodatku w utworze z 1989 roku:
Jesteśmy tacy sami
Mali, smutni, zarozumiali
Nasza rewolucja upadła
Możemy zasiąść do kolacji
Nasze drogi się rozchodzą
Każdy wreszcie " myśli "
Powtarzamy to co robią
Ludzie z których się śmialiśmy
Prawdziwe, czyż nie? I jednocześnie bardzo śmieszne, w taki auto-ironiczny sposób, gdy popatrzę w lustro i popadam w zdziwienie. Nie widzę siebie zbliżającego do trzydziestki. Nie widzę siebie, jako poważnego dorosłego, płacącego rachunki, rozliczającego się z podatków, zarabiającego w "poważnej" pracy.
A jednak tak jest. Jednocześnie jestem jednak także włóczęgą, który nigdzie nie czuje się tak dobrze, jak w trasie.
I jak to pogodzić? Z jednej strony, presja środowiska oraz naniesione przez kulturę wzorce wypaliły w głowie, cóż, chyba każdego, kilka "ciekawych" oczekiwań. Od siebie, od świata, od innych.
Czasem patrzę po zakładających rodziny znajomych i nie wiem, czy im zazdroszczę, czy nie. O, wiadomo, dobrze jest mieć kogoś, na kogo można liczyć. Dobrze jest mieć osobę, z którą idzie się przez życie.
Nie potrafię jednak pozbyć się wrażenia, że często jest to z wygodnictwa. Wiecie, tak jest łatwiej, więc to zrobię – wiecie, czas najwyższy. Prawda?
Cóż, dla mnie, nie do końca. Każdy ma swoją drogę. Jedni kończą ją wcześniej, inni dalej. Są ludzie, dla których zaczyna się ona dopiero wraz z założeniem rodziny. Widziałem, jak takie osoby rozkwitają, nabierają sił, mogąc się dla kogoś poświęcić.
Widziałem także, jak ludzie spalają się i gasną, przytłamszeni drugą osobą, nie potrafiąc odnaleźć się "na nowej drodze życia". Ba, wiem, gdyż sam pewną tego wersję przeżyłem.
Zastanawiam się więc, ile pozostało we mnie... mnie samego. Tego idealisty, zdolnego zachwycać się drobnymi rzeczami. Na pewno nie ma już we mnie tyle siły i energii, co niegdyś. Z pewnością zdarza mi się, coraz częściej, po pracy padać na kanapę i odpalać laptopa, gdyż odechciewa mi się wszystkiego.
Wiem, że w porównaniu do wielu, nie marnuję życia.
Pytanie tylko, czy wykorzystuję na tyle w pełni, by później nie żałować straconych okazji?
I z takim pytaniem pozostawiam też i Was, sam na sam z sobą :)
Va fail!
M.
Pomysły jednak pomysłami, dopada mnie także druga sprawa. A może to nie jest tak do końca? Pamiętacie poprzedni wpis? Cóż, zapewne nie – zbyt długo się z nowym zbierałem. Dotyczył on buntu jako takiego.
Także, moi drodzy (i drogie), balansuję ostatnio między energią, a stagnacją, między swego rodzaju buntem, a konformizmem. Stoję tak, po środku drogi, nie wiedząc co wybrać – a może nie dostrzegając, co tak naprawdę wybieram.
Na szczęście, nie jest to jedynie moja przypadłość. Wiele z otaczających mnie osób ma podobne, hmmm, skłonności. Nie nazwę tego problemami, gdyż zasadniczo ludzie lubią wybierać ciepło, spokój i posłuszeństwo.
Ot, fakt, lubimy uważać się za wyjątkowych, za osoby stawiające hardo czoło światu, przeciwnościom i wszelkiej głupocie (np. władzy). Tak myślimy, lecz czy jest tak na pewno?
Jak śpiewał kiedyś zespół Dezerter, w dodatku w utworze z 1989 roku:
Jesteśmy tacy sami
Mali, smutni, zarozumiali
Nasza rewolucja upadła
Możemy zasiąść do kolacji
Nasze drogi się rozchodzą
Każdy wreszcie " myśli "
Powtarzamy to co robią
Ludzie z których się śmialiśmy
Prawdziwe, czyż nie? I jednocześnie bardzo śmieszne, w taki auto-ironiczny sposób, gdy popatrzę w lustro i popadam w zdziwienie. Nie widzę siebie zbliżającego do trzydziestki. Nie widzę siebie, jako poważnego dorosłego, płacącego rachunki, rozliczającego się z podatków, zarabiającego w "poważnej" pracy.
A jednak tak jest. Jednocześnie jestem jednak także włóczęgą, który nigdzie nie czuje się tak dobrze, jak w trasie.
I jak to pogodzić? Z jednej strony, presja środowiska oraz naniesione przez kulturę wzorce wypaliły w głowie, cóż, chyba każdego, kilka "ciekawych" oczekiwań. Od siebie, od świata, od innych.
Czasem patrzę po zakładających rodziny znajomych i nie wiem, czy im zazdroszczę, czy nie. O, wiadomo, dobrze jest mieć kogoś, na kogo można liczyć. Dobrze jest mieć osobę, z którą idzie się przez życie.
Nie potrafię jednak pozbyć się wrażenia, że często jest to z wygodnictwa. Wiecie, tak jest łatwiej, więc to zrobię – wiecie, czas najwyższy. Prawda?
Cóż, dla mnie, nie do końca. Każdy ma swoją drogę. Jedni kończą ją wcześniej, inni dalej. Są ludzie, dla których zaczyna się ona dopiero wraz z założeniem rodziny. Widziałem, jak takie osoby rozkwitają, nabierają sił, mogąc się dla kogoś poświęcić.
Widziałem także, jak ludzie spalają się i gasną, przytłamszeni drugą osobą, nie potrafiąc odnaleźć się "na nowej drodze życia". Ba, wiem, gdyż sam pewną tego wersję przeżyłem.
Zastanawiam się więc, ile pozostało we mnie... mnie samego. Tego idealisty, zdolnego zachwycać się drobnymi rzeczami. Na pewno nie ma już we mnie tyle siły i energii, co niegdyś. Z pewnością zdarza mi się, coraz częściej, po pracy padać na kanapę i odpalać laptopa, gdyż odechciewa mi się wszystkiego.
Wiem, że w porównaniu do wielu, nie marnuję życia.
Pytanie tylko, czy wykorzystuję na tyle w pełni, by później nie żałować straconych okazji?
I z takim pytaniem pozostawiam też i Was, sam na sam z sobą :)
Va fail!
M.
wtorek, 16 kwietnia 2013
O bu(n)cie słów kilka.
Bunt, sprzeciw i rebelia – oto koncepty towarzyszące rodzajowi ludzkiemu od zarania dziejów. Tam, gdzie powstała idea posłuszeństwa, przyzwolenia, lecz i lojalności, od razu zrodziła się też druga strona monety.
Najstarsze z mitów, wierzeń i przypowieści traktują właśnie o tym wyzwaniu rzuconym posłuszeństwu, czy to świadomie i z wyboru, jak Prometeusz ze swymi szczytnymi pobudkami, czy też gdy pomyślimy o niejasnych korzeniach rajskiego kuszenia. Acz to ostatnie jest tematem na osobny wpis, tyle zawiera niuansów.
Nasza ukochana Wikipedia podaje tutaj uroczo prostą definicję:
"Bunt – pojęcie z zakresu nauk społecznych. W koncepcji Roberta Mertona oznacza sposób przystosowania jednostki poprzez odrzucenie celów społecznych grupy oraz społecznie uznawanych środków realizacji celów społecznych oraz zastąpienie ich własnymi celami i środkami ich osiągania. Zachowania tego typu pojawiać mogą się pod wpływem długotrwałej anomii, jak również w przypadku odrzucania kultury dominującej i zastępowania jej kontrkulturą."
Trudno się z nią nie zgodzić, lecz jednocześnie jest tak niepełna, niekompletna – i stanowczo za krótka. Mamy wszak z jednej strony absolutnie świadomy i dorosły bunt Prometeusza, z drugiej zaś pełne niejasności i subtelnego zwodzenia kuszenie Adama i Ewy. Sprzeciw rozumu skonfrontowany z tym, który wynika z niemożliwego do zaspokojenia pragnienia.
Mój ukochany William Blake miał tutaj dość nowatorskie podejście. W jego filozofii "moralności", istniały dwie siły rządzące światem – stagnacja i chaos. W swoich dziełach przewrotnie przypisał je dwóm odwiecznym przeciwieństwom, nieoderwanie związanych z korzeniami post-antycznej Europy – z chrześcijaństwem.
Otóż stagnacja to niezmienne, pełne praw i ładu "dobro", czyli Niebo. Chaos zaś to czysta, nieposkromiona energia – także twórcza.
Pomyślcie więc teraz sami, drodzy czytelnicy, czy człowiek tworząc, szukając i zadając pytania, które godzą bezpośrednio w Ład... może być nazwany "dobrym"?
Brak zgody na otaczający nas świat, na rządzące nim (i nami!) relacje, oto jest istota sprzeciwu, buntu, sama istota jego czystego symbolu, ikony – Lucyfera, Niosącego Światło.
Wielokrotnie zastanawiałem się, czy moje osobiste wierzenia nie idą zbytnio w stronę koncepcji dualistycznych. Rozdział zła od dobra, rozerwanie pierwotnego tworzywa – to wszak idee znajdujące się w wielu systemach wartości, w wielu religiach i przesłaniach.
W dodatku zaś, w człowieku zawsze było i będzie po równo dobra i po równo zła. Jak w owej starej historii o dwóch walczących w duszy każdego z nas wilkach. Wygra ten, którego karmimy.
I tutaj właśnie dochodzę powoli do sedna. Bunt i sprzeciw jest mi osobiście bliski. Jako introwertyk i silny indywidualista, zawsze odczuwałem potrzebę odcięcia się od mas, tłumu i szarości.
Ba, posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że pozostało mi to dalej. Często czuję się kompletnie oderwany od rzeczywistości, szczególnie, gdy obserwuję jak bardzo ludzkość wypacza się wygodnictwem i brakiem myślenia.
Często jest to jednocześnie absolutnie bezrefleksyjna, nastawiona na konsumpcję, egzystencja. Jako wariatowi z zacięciem mistycznym, takie coś wydaje mi się bardzo negatywne.
Bunt bywa także często agresją. Silną, niepowstrzymaną emocją, uniesioną pięścią, gniewem i żalem, wykrzykiwanym przez "skrzywdzonych". Bunt i sprzeciw mogą być kajdanami, które ludzie zakładają sami sobie, podążając za jakimś guru. Buntem było przecież ślepe posłuszeństwo Niemców względem (para)filozofii nazistowskiej.
Tylko silne poczucie krzywdy i niesprawiedliwości społecznej mogło zezwierzęcić jednostki ludzkie w tak silnym stopniu, że odrzucili część swego człowieczeństwa, by stać się tłumem.
Ja osobiście nie rozumiem, jak można zatracić się na tyle, by przestać myśleć i czuć samemu.
A Wy? Potrafilibyście przyjąć czyjąś ideologię i podążać za nią, fanatycznie, bez cienia zwątpienia?
Czasem bunt jest pokojowy i piękny. Czystym buntem był sposób, w jaki Gandhi sprzeciwił się kolonializmowi brytyjskiemu. Kolejnym przejawem buntu było poświęcenie Janusza Korczaka, czy też Maksymiliana Kolbego. Samo wspomnienie tego, jak można w bezinteresowny sposób oddać życie za kogoś, czy też za swoje ideały, przepełnia mnie skruchą i pokorą.
Powiedzmy sobie szczerze, nikt chyba nie może się nazwać odważniejszym, niż wspomniany powyżej Janusz Korczak. Chociaż mógł uratować życie, mógł skorzystać z łaski, poszedł jednak na śmierć, towarzysząc dwunastu sierotom, którymi się opiekował.
Choć mógł przeżyć, wybrał jedną, jedyną rzecz, której raz utraconej, nie da się odzyskać, bez której zaś żyć by nie potrafił – człowieczeństwo.
Sprzeciw jest w nas zapisany programowo. Jest on postępem, odwiecznym prawem młodych do szukania siebie, wyrażania siebie na nowo, na błądzenie, upadanie – i w końcu częściowy powód do "tradycyjnych" korzeni.
Nie da się zerwać z tym, co było, nie da się stworzyć nagle zupełnie nowej drogi życia. Tym bardziej, że zmieniamy się z każdym dniem, ba, czasem i godziną. Zmieniają się nasze pragnienia, marzenia i wartości, część jest jednak stała od dawna, w dodatku sprawdzona.
Część jest jednak typową "dulszczyzną", bezrefleksyjnym powielaniem schematów i błędów dziejów minionych.
Spójrzcie więc w głąb siebie i spytajcie sami (same) siebie – czy podążacie za kimś, czy za sobą? Jeżeli zaś za sobą, to czy za swym rozumem, czy za sercem?
Ja mam osobiście nadzieję znajdować tutaj złoty środek. Z mizernym skutkiem, wiadomo, lecz w końcu życie jest samo w sobie Drogą – cel poznamy dopiero, lub nawet wtedy nie, po śmierci :).
Namaarie,
M.
Najstarsze z mitów, wierzeń i przypowieści traktują właśnie o tym wyzwaniu rzuconym posłuszeństwu, czy to świadomie i z wyboru, jak Prometeusz ze swymi szczytnymi pobudkami, czy też gdy pomyślimy o niejasnych korzeniach rajskiego kuszenia. Acz to ostatnie jest tematem na osobny wpis, tyle zawiera niuansów.
Nasza ukochana Wikipedia podaje tutaj uroczo prostą definicję:
"Bunt – pojęcie z zakresu nauk społecznych. W koncepcji Roberta Mertona oznacza sposób przystosowania jednostki poprzez odrzucenie celów społecznych grupy oraz społecznie uznawanych środków realizacji celów społecznych oraz zastąpienie ich własnymi celami i środkami ich osiągania. Zachowania tego typu pojawiać mogą się pod wpływem długotrwałej anomii, jak również w przypadku odrzucania kultury dominującej i zastępowania jej kontrkulturą."
Trudno się z nią nie zgodzić, lecz jednocześnie jest tak niepełna, niekompletna – i stanowczo za krótka. Mamy wszak z jednej strony absolutnie świadomy i dorosły bunt Prometeusza, z drugiej zaś pełne niejasności i subtelnego zwodzenia kuszenie Adama i Ewy. Sprzeciw rozumu skonfrontowany z tym, który wynika z niemożliwego do zaspokojenia pragnienia.
Mój ukochany William Blake miał tutaj dość nowatorskie podejście. W jego filozofii "moralności", istniały dwie siły rządzące światem – stagnacja i chaos. W swoich dziełach przewrotnie przypisał je dwóm odwiecznym przeciwieństwom, nieoderwanie związanych z korzeniami post-antycznej Europy – z chrześcijaństwem.
Otóż stagnacja to niezmienne, pełne praw i ładu "dobro", czyli Niebo. Chaos zaś to czysta, nieposkromiona energia – także twórcza.
Pomyślcie więc teraz sami, drodzy czytelnicy, czy człowiek tworząc, szukając i zadając pytania, które godzą bezpośrednio w Ład... może być nazwany "dobrym"?
Brak zgody na otaczający nas świat, na rządzące nim (i nami!) relacje, oto jest istota sprzeciwu, buntu, sama istota jego czystego symbolu, ikony – Lucyfera, Niosącego Światło.
Wielokrotnie zastanawiałem się, czy moje osobiste wierzenia nie idą zbytnio w stronę koncepcji dualistycznych. Rozdział zła od dobra, rozerwanie pierwotnego tworzywa – to wszak idee znajdujące się w wielu systemach wartości, w wielu religiach i przesłaniach.
W dodatku zaś, w człowieku zawsze było i będzie po równo dobra i po równo zła. Jak w owej starej historii o dwóch walczących w duszy każdego z nas wilkach. Wygra ten, którego karmimy.
I tutaj właśnie dochodzę powoli do sedna. Bunt i sprzeciw jest mi osobiście bliski. Jako introwertyk i silny indywidualista, zawsze odczuwałem potrzebę odcięcia się od mas, tłumu i szarości.
Ba, posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że pozostało mi to dalej. Często czuję się kompletnie oderwany od rzeczywistości, szczególnie, gdy obserwuję jak bardzo ludzkość wypacza się wygodnictwem i brakiem myślenia.
Często jest to jednocześnie absolutnie bezrefleksyjna, nastawiona na konsumpcję, egzystencja. Jako wariatowi z zacięciem mistycznym, takie coś wydaje mi się bardzo negatywne.
Bunt bywa także często agresją. Silną, niepowstrzymaną emocją, uniesioną pięścią, gniewem i żalem, wykrzykiwanym przez "skrzywdzonych". Bunt i sprzeciw mogą być kajdanami, które ludzie zakładają sami sobie, podążając za jakimś guru. Buntem było przecież ślepe posłuszeństwo Niemców względem (para)filozofii nazistowskiej.
Tylko silne poczucie krzywdy i niesprawiedliwości społecznej mogło zezwierzęcić jednostki ludzkie w tak silnym stopniu, że odrzucili część swego człowieczeństwa, by stać się tłumem.
Ja osobiście nie rozumiem, jak można zatracić się na tyle, by przestać myśleć i czuć samemu.
A Wy? Potrafilibyście przyjąć czyjąś ideologię i podążać za nią, fanatycznie, bez cienia zwątpienia?
Czasem bunt jest pokojowy i piękny. Czystym buntem był sposób, w jaki Gandhi sprzeciwił się kolonializmowi brytyjskiemu. Kolejnym przejawem buntu było poświęcenie Janusza Korczaka, czy też Maksymiliana Kolbego. Samo wspomnienie tego, jak można w bezinteresowny sposób oddać życie za kogoś, czy też za swoje ideały, przepełnia mnie skruchą i pokorą.
Powiedzmy sobie szczerze, nikt chyba nie może się nazwać odważniejszym, niż wspomniany powyżej Janusz Korczak. Chociaż mógł uratować życie, mógł skorzystać z łaski, poszedł jednak na śmierć, towarzysząc dwunastu sierotom, którymi się opiekował.
Choć mógł przeżyć, wybrał jedną, jedyną rzecz, której raz utraconej, nie da się odzyskać, bez której zaś żyć by nie potrafił – człowieczeństwo.
Sprzeciw jest w nas zapisany programowo. Jest on postępem, odwiecznym prawem młodych do szukania siebie, wyrażania siebie na nowo, na błądzenie, upadanie – i w końcu częściowy powód do "tradycyjnych" korzeni.
Nie da się zerwać z tym, co było, nie da się stworzyć nagle zupełnie nowej drogi życia. Tym bardziej, że zmieniamy się z każdym dniem, ba, czasem i godziną. Zmieniają się nasze pragnienia, marzenia i wartości, część jest jednak stała od dawna, w dodatku sprawdzona.
Część jest jednak typową "dulszczyzną", bezrefleksyjnym powielaniem schematów i błędów dziejów minionych.
Spójrzcie więc w głąb siebie i spytajcie sami (same) siebie – czy podążacie za kimś, czy za sobą? Jeżeli zaś za sobą, to czy za swym rozumem, czy za sercem?
Ja mam osobiście nadzieję znajdować tutaj złoty środek. Z mizernym skutkiem, wiadomo, lecz w końcu życie jest samo w sobie Drogą – cel poznamy dopiero, lub nawet wtedy nie, po śmierci :).
Namaarie,
M.
wtorek, 9 kwietnia 2013
Przypadkowe perełki
W końcu się, jakoś, wykopałem z marazmu. Aż nie sądziłem, że posucha będzie trwała tak długo.
Och, moja droga nie zmieniła się, dalej idę sobie, nieśpiesznie, poboczem, po prostu pracowanie po 6 dni w tygodniu odcisnęło na mnie swe piętno.
Brrr.... kto by pomyślał, taki lekkoduch i niebieski ptak z odpowiedzialną, społeczną niemalże funkcją.
Aż strach, aż strach.
Ostatnio udało mi się odzyskać trochę sił dzięki regularnemu włóczeniu się po okolicach. Dotąd nie wierzę i nie rozumiem, dlaczego tak prosta rzecz działa na mnie tak mocno i zdecydowanie. Ba, mocniej nawet niż kawa w moim ulubionym wydaniu.
Także, nic nie przygotowało mnie na to, że wykańczające, właściwie (z częścią moich znajomych się nie da), wypady, często i gęsto zakrapiane po drodze, dadzą mi tyle radości. Dyć to już nawet nie chodzi o to, że odżywam, można by to z wiosną na horyzoncie powiązać (z perspektywą jej, znaczy, rzecz jasna).
Zresztą, głupie gadanie. Wiedziałem to od dawna, po prostu siedzenie na tyłku i poddawanie się zmęczeniu jest łatwiejsze. Jest to zaś taka bardzo negatywna spirala. Mądry człowiek po szkodzie, prawda? Wszak każdy zna takie coś z własnego życia - kto jednak jest w stanie się samemu wziąć za siebie (aż korci, by napisać po dolnośląsku - wziąść :) ), za fraki, dać sobie kopa we własną rzyć? Cóż... okazuje się, że ja, acz z niemal trzymiesięcznym opóźnieniem.
Tak czy siak, te moje krótko - w sumie - zasięgowe łazęgi nie przyniosły większych odkryć, poza kilkoma para-architektonicznymi perełkami. Mianowicie "uśmiechanym" domku oraz domku-zombie.
Pierwszy z nich jest odkrytym pokątnym cudem fragmentem jakiegoś starego folwarku, gdyż na PGR to raczej nie wyglądało. Wiecie, porządna cegła, budowa, sklepienia, łuki. Och i ach. No i ten rozbrajający uśmiech, który rzucił mi się w twarz z subtelnością rewolucji październikowej, bądź propagandy PiSu.
Osoby, które mnie znają, już te zdjęcie widziały. Całą resztę zaś zapraszam do uśmiechu. Oto on!

Zdjęcie te tak mocno kojarzy mi się z samym sobą (w końcu jestem egocentrykiem!), iż nie jest to już nawet śmieszne.
Ot, ruina, ale robiąca swoje i "idąca" przed siebie. Z uśmiechem, zmarszczkami mimicznymi na pół twarzy i generalnie starając się nie rozsypać za bardzo ;).
Domek-zombie zaś, och, nie jest już aż taką perełką. Jest jednak swoistym przeciwieństwem. Cichy, szary, smutny i siedzi z boku, zupełnie jak heteroseksualiści w holenderskim parlamencie. A może to pochodna przesadnej ilości oglądanych przeze mnie kiepskich horrorów? Tak, czy inaczej, oto "Trzeci dom na lewo od cmentarza":

No i w dodatku ten "ząbek" framugi (czy czego tam), w dolnym "oknie". Dyć to przecudne, w swym lekko turpistycznym zacięciu. Aż człowiekowi się chce wracać do własnego domu, jaki by nie był. Nawet, jeśli jest to tylko namiot. Ech, cały czas mam szansę zostać włóczęgą. Przecież to nie może być gorsze od bycia "ludziem pracy".
I na tych właśnie refleksjach skończę na dzisiaj. Jeśli wszystko wróci na dobrą drogę, niebawem dodam kilka nowych wpisów. Jeżeli zaś nie, to cóż, każda próba jest na swój sposób cenna. Byleby mieć wystarczająco twardy tyłek, spadając ;).
Pozdrawiam,
M.
Och, moja droga nie zmieniła się, dalej idę sobie, nieśpiesznie, poboczem, po prostu pracowanie po 6 dni w tygodniu odcisnęło na mnie swe piętno.
Brrr.... kto by pomyślał, taki lekkoduch i niebieski ptak z odpowiedzialną, społeczną niemalże funkcją.
Aż strach, aż strach.
Ostatnio udało mi się odzyskać trochę sił dzięki regularnemu włóczeniu się po okolicach. Dotąd nie wierzę i nie rozumiem, dlaczego tak prosta rzecz działa na mnie tak mocno i zdecydowanie. Ba, mocniej nawet niż kawa w moim ulubionym wydaniu.
Także, nic nie przygotowało mnie na to, że wykańczające, właściwie (z częścią moich znajomych się nie da), wypady, często i gęsto zakrapiane po drodze, dadzą mi tyle radości. Dyć to już nawet nie chodzi o to, że odżywam, można by to z wiosną na horyzoncie powiązać (z perspektywą jej, znaczy, rzecz jasna).
Zresztą, głupie gadanie. Wiedziałem to od dawna, po prostu siedzenie na tyłku i poddawanie się zmęczeniu jest łatwiejsze. Jest to zaś taka bardzo negatywna spirala. Mądry człowiek po szkodzie, prawda? Wszak każdy zna takie coś z własnego życia - kto jednak jest w stanie się samemu wziąć za siebie (aż korci, by napisać po dolnośląsku - wziąść :) ), za fraki, dać sobie kopa we własną rzyć? Cóż... okazuje się, że ja, acz z niemal trzymiesięcznym opóźnieniem.
Tak czy siak, te moje krótko - w sumie - zasięgowe łazęgi nie przyniosły większych odkryć, poza kilkoma para-architektonicznymi perełkami. Mianowicie "uśmiechanym" domku oraz domku-zombie.
Pierwszy z nich jest odkrytym pokątnym cudem fragmentem jakiegoś starego folwarku, gdyż na PGR to raczej nie wyglądało. Wiecie, porządna cegła, budowa, sklepienia, łuki. Och i ach. No i ten rozbrajający uśmiech, który rzucił mi się w twarz z subtelnością rewolucji październikowej, bądź propagandy PiSu.
Osoby, które mnie znają, już te zdjęcie widziały. Całą resztę zaś zapraszam do uśmiechu. Oto on!

Zdjęcie te tak mocno kojarzy mi się z samym sobą (w końcu jestem egocentrykiem!), iż nie jest to już nawet śmieszne.
Ot, ruina, ale robiąca swoje i "idąca" przed siebie. Z uśmiechem, zmarszczkami mimicznymi na pół twarzy i generalnie starając się nie rozsypać za bardzo ;).
Domek-zombie zaś, och, nie jest już aż taką perełką. Jest jednak swoistym przeciwieństwem. Cichy, szary, smutny i siedzi z boku, zupełnie jak heteroseksualiści w holenderskim parlamencie. A może to pochodna przesadnej ilości oglądanych przeze mnie kiepskich horrorów? Tak, czy inaczej, oto "Trzeci dom na lewo od cmentarza":

No i w dodatku ten "ząbek" framugi (czy czego tam), w dolnym "oknie". Dyć to przecudne, w swym lekko turpistycznym zacięciu. Aż człowiekowi się chce wracać do własnego domu, jaki by nie był. Nawet, jeśli jest to tylko namiot. Ech, cały czas mam szansę zostać włóczęgą. Przecież to nie może być gorsze od bycia "ludziem pracy".
I na tych właśnie refleksjach skończę na dzisiaj. Jeśli wszystko wróci na dobrą drogę, niebawem dodam kilka nowych wpisów. Jeżeli zaś nie, to cóż, każda próba jest na swój sposób cenna. Byleby mieć wystarczająco twardy tyłek, spadając ;).
Pozdrawiam,
M.
czwartek, 31 stycznia 2013
Free
Człowiek ma wolne i od razu (przynajmniej w moim wypadku), do głowy przychodzą różne ciekawe myśli. Szczególnie, że podparte w tle dość specyficzną muzyką Omnii, zespołu... cóż, dość niebanalnego. Tyle można powiedzieć obiektywnie :).
Nie każdemu przypadnie do gustu taki styl uprawiania muzyki, zaznaczę z góry.
Dodatkowo zaś, sami siebie nazywają "a neoceltic paganfolk band'. Niestety, ta ich pogańskość może być określona dość lapidarnie stwierdzeniem: in your face! Subtelności akurat w tym jest mało. Czy to źle? Tak... i nie.
Jednocześnie jest to zespół niezwykle autentyczny, szczery, żywiołowy, energiczny i po prostu świeży. Odnaleźli swoją niszę, swoje brzmienie i wydają naprawdę zróżnicowane utwory, nie pozwalając jednak pomylić się z kimś innym (choć raz mnie zapytano, czy to czasem nie Blind Guardian ;) ).
Taki nie to eklektyzm, ni to synkretyzm, czyni ich wyjątkowymi, jednocześnie stawiając na cienkiej granicy. Jednych drażnią, drugich zachwycają, trzeci zaś przechodzą obojętnie.
Wiadomo, katobeton swoje, ateizol swoje, słucha(c)z RMFu swoje, a swoje :). Każdego zachwyci i zirytuje co innego. Mnie, jak zwykle, zachwyca poziom, na którym potrafią ukazać swoją fascynację życiem, naturą i pięknem, które otacza nas codziennie.
Niezależnie od tego, czego wymaga od nas świat, bliscy i dalsi, lubiani i nielubieni, Omnia zawsze przypomni Ci jedno, drogi/a czytelniku/czko: ciesz się chwilą. Koło czasu zatacza kręgi, raz jest lepiej, raz jest gorzej, kiedyś z niego wypadniesz, póki co, zaś, postaraj się zostawić za sobą dobry ślad.
Muszę przyznać, że pasuje mi to. Nie przeszkadza mi to nawet, gdy uparcie starają się przypominać o swoim wyznaniu, choć... przyznam, że ni w ząb nie wiem, w co tak naprawdę wierzą ;). W końcu Celtowie, Słowianie i inne "pogańskie" narody miały odmienne wierzenia. Omnia zaś... wydaje mi się, że chce po prostu zwracać uwagę na korzenie. Obojętnie jakie, po prostu aby przemyśleć na w pół zapomnianą przeszłość, a następnie przez jej pryzmat spojrzeć na to, co nas otacza. Następnie zaś na to, co może nastąpić.
Wiele rzeczy bierzemy za niezmienne. Wielu moich znajomych narzeka na swój los, na pracę, na żonę (tak, już jestem taki stary, że znajomi się żenią, vel wychodzą za mąż!), generalnie siedzi na czterech literach i nie chce zauważyć błogosławieństw, które ich otaczają.
Powyższy utwór zaś, to w zasadzie pieśń żałobna. Smutna, piękna i trafiająca (do mnie).
Jak mogłoby, w końcu, nie trafić do mnie:
Where's my pretty face?
And where's my holy place?
All have flowed away like water
Where's the summer sun?
And where have all the good times gone?
All have flowed away in time
(...)
Life is like a music hall
But you don't get a curtain call
The trees of youth have come to fall… asunder
And the wheel of time rolls on…
An empty space left in my bed
That's where you used to lay your head
But no 'good night, love' sweetly said… without you (...)
Tęsknota, melancholia, ale i przekłucie tego w coś pozytywnego, pięknego.
Tak sobie siedzę i myślę, jak wielu z nas (tak, wliczając mnie), brakuje takiego podejścia. Zwykłego, prostego zachwytu życiem. Mamy w końcu taką wygodę. Nie musimy przejmować się upolowaniem posiłku, dachem nad głową, utrzymaniem ognia.
Cywilizacja popchnęła nas do przodu, możemy więc zajmować się takimi pierdołami, jak polityka, bądź zarabianie pieniędzy (dla samego ich posiadania).
Wiadomo, najzdrowiej jest ze złotym środkiem, lecz... mi osobiście jest chyba bliżej do tych, którzy mają "bats in the belfry", którzy "are looking for their marbles", którzy mają "toys in the attic"
Widzicie, obojętnie w co oni wierzą, jest mi do nich bliżej niż do typowego Mohera. Ba, nie tylko mohera. Od dawna prawdziwą wolność czuję tylko w trasie. W górach, w lesie, chroniąc się przed desczem w namiocie, albo patrząc się nocą w gwiazdy, z dala od zgiełku, świateł, od wyścigu szczurów.
Takie włóczenie się. Ba, nawet rozbicie się na Woodstocku. Mimo tego, że nie lubię lubi, uważam nasz gatunek za głupi i pozbawiony zdrowego rozsądku... a jednak zawsze mnie zadziwiacie. Te napotkane osoby są pozytwne, pomocne, piękne (i nie mówię tutaj koniecznie o wyglądzie).
Może mam szczęście, może ciągnie swój do swego, może mój szczery, słowiański uśmiech czyni cuda...
Tak czy inaczej, życzę Wam, byście byli wolni, tak jak muzycy Omnii ;)
M.
Nie każdemu przypadnie do gustu taki styl uprawiania muzyki, zaznaczę z góry.
Dodatkowo zaś, sami siebie nazywają "a neoceltic paganfolk band'. Niestety, ta ich pogańskość może być określona dość lapidarnie stwierdzeniem: in your face! Subtelności akurat w tym jest mało. Czy to źle? Tak... i nie.
Jednocześnie jest to zespół niezwykle autentyczny, szczery, żywiołowy, energiczny i po prostu świeży. Odnaleźli swoją niszę, swoje brzmienie i wydają naprawdę zróżnicowane utwory, nie pozwalając jednak pomylić się z kimś innym (choć raz mnie zapytano, czy to czasem nie Blind Guardian ;) ).
Taki nie to eklektyzm, ni to synkretyzm, czyni ich wyjątkowymi, jednocześnie stawiając na cienkiej granicy. Jednych drażnią, drugich zachwycają, trzeci zaś przechodzą obojętnie.
Wiadomo, katobeton swoje, ateizol swoje, słucha(c)z RMFu swoje, a swoje :). Każdego zachwyci i zirytuje co innego. Mnie, jak zwykle, zachwyca poziom, na którym potrafią ukazać swoją fascynację życiem, naturą i pięknem, które otacza nas codziennie.
Niezależnie od tego, czego wymaga od nas świat, bliscy i dalsi, lubiani i nielubieni, Omnia zawsze przypomni Ci jedno, drogi/a czytelniku/czko: ciesz się chwilą. Koło czasu zatacza kręgi, raz jest lepiej, raz jest gorzej, kiedyś z niego wypadniesz, póki co, zaś, postaraj się zostawić za sobą dobry ślad.
Muszę przyznać, że pasuje mi to. Nie przeszkadza mi to nawet, gdy uparcie starają się przypominać o swoim wyznaniu, choć... przyznam, że ni w ząb nie wiem, w co tak naprawdę wierzą ;). W końcu Celtowie, Słowianie i inne "pogańskie" narody miały odmienne wierzenia. Omnia zaś... wydaje mi się, że chce po prostu zwracać uwagę na korzenie. Obojętnie jakie, po prostu aby przemyśleć na w pół zapomnianą przeszłość, a następnie przez jej pryzmat spojrzeć na to, co nas otacza. Następnie zaś na to, co może nastąpić.
Wiele rzeczy bierzemy za niezmienne. Wielu moich znajomych narzeka na swój los, na pracę, na żonę (tak, już jestem taki stary, że znajomi się żenią, vel wychodzą za mąż!), generalnie siedzi na czterech literach i nie chce zauważyć błogosławieństw, które ich otaczają.
Powyższy utwór zaś, to w zasadzie pieśń żałobna. Smutna, piękna i trafiająca (do mnie).
Jak mogłoby, w końcu, nie trafić do mnie:
Where's my pretty face?
And where's my holy place?
All have flowed away like water
Where's the summer sun?
And where have all the good times gone?
All have flowed away in time
(...)
Life is like a music hall
But you don't get a curtain call
The trees of youth have come to fall… asunder
And the wheel of time rolls on…
An empty space left in my bed
That's where you used to lay your head
But no 'good night, love' sweetly said… without you (...)
Tęsknota, melancholia, ale i przekłucie tego w coś pozytywnego, pięknego.
Tak sobie siedzę i myślę, jak wielu z nas (tak, wliczając mnie), brakuje takiego podejścia. Zwykłego, prostego zachwytu życiem. Mamy w końcu taką wygodę. Nie musimy przejmować się upolowaniem posiłku, dachem nad głową, utrzymaniem ognia.
Cywilizacja popchnęła nas do przodu, możemy więc zajmować się takimi pierdołami, jak polityka, bądź zarabianie pieniędzy (dla samego ich posiadania).
Wiadomo, najzdrowiej jest ze złotym środkiem, lecz... mi osobiście jest chyba bliżej do tych, którzy mają "bats in the belfry", którzy "are looking for their marbles", którzy mają "toys in the attic"
Widzicie, obojętnie w co oni wierzą, jest mi do nich bliżej niż do typowego Mohera. Ba, nie tylko mohera. Od dawna prawdziwą wolność czuję tylko w trasie. W górach, w lesie, chroniąc się przed desczem w namiocie, albo patrząc się nocą w gwiazdy, z dala od zgiełku, świateł, od wyścigu szczurów.
Takie włóczenie się. Ba, nawet rozbicie się na Woodstocku. Mimo tego, że nie lubię lubi, uważam nasz gatunek za głupi i pozbawiony zdrowego rozsądku... a jednak zawsze mnie zadziwiacie. Te napotkane osoby są pozytwne, pomocne, piękne (i nie mówię tutaj koniecznie o wyglądzie).
Może mam szczęście, może ciągnie swój do swego, może mój szczery, słowiański uśmiech czyni cuda...
Tak czy inaczej, życzę Wam, byście byli wolni, tak jak muzycy Omnii ;)
M.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Kilka postnoworocznych refleksji.
Tak, lubię długie słowa. Weinachtsbaumglasskugel dalej mnie rozczula, mimo iż teutońska mowa wywołuje u mnie wrodzoną i/lub wpojoną niechęć. Programową, niemal.
Żaden problem, jednak. Szczególnie, iż nie tego ma wpis dotyczyć. Przede wszystkim, chcę się w nim pośmiać z całej idei postanowień noworocznych, z nagonki na WOŚP, a także z egzaminów na prawo jazdy. Najprawdopodobniej uczynię to w takiej właśnie kolejności, lecz niekoniecznie.
Zaczynamy z wykopu. Wszyyyyyscy wraz z nastaniem pierwszego stycznia (kiedy on dla kogo nastał, kiedy kto wytrzeźwiał - nie osądzam) staliśmy się uczciwsi, szczuplejsi, skrupulatniejsi, no po prostu same ideały.
Politycy się kochają, hierarchowie przestali wygadywać pierdoły, a ja nie mam lenia w sprawach, które mnie nudzą. Żyć, nie umierać!
Miałem dwa postanowienia noworoczne. Wyzdrowieć (udało się... chyba) oraz zdać egzamin teoretyczny na prawo jazdy (1 błąd!). Myślę, że misja wykonana, mogę więc, bez wyrzutów sumienia, oddać się kontrolowanemu hedonizmowi. A co! Zasłużyłem sobie! Kto inny w tak krókim czasie spełnił swoje postanowienia, hmmm?
Z pewnością nie politycy. Oni, programowo, zgupieli. Argumentów podawać nie muszę. Rozbroili mnie także, zgodnie z przewidywaniami, przeróżni nawiedzeni "duchowni", z lubością obsmarowujący Jerzego Owsiaka i jego fundację.
Ja rozumiem, Caritas pomaga na o wielę większą skalę, lecz, humanitarne zachowanie powinno chyba zobligować do wyciągania ręki do drugiego człowieka, prawda?
Szczególnie gdy ów rozdaje raczej wędki, niż ryby - tak obrazowo opisując.
Najpiękniejsze były ukazujące się w Internecie paszkwile, wywodzące się, rzecz jasna, ze środowiska PiS'owskiego. Dziwić nie ma się czemu, wszak Mały Wódz lasuje mózg jak miło, prostując fałdy nawet relatywnie inteligentnym jednostkom, pokroju Ziemkiewicza. Cóż, miejmy nadzieję, że ów nie zbłądzi aż tak daleko na brunatno, by nie wrócić do prawicy, która mogłaby użyć jego pióro do szczytnych celów. Powiedzmy sobie wprost, że czasem pomysły to ma ów jegomość nawiedzone.
Prawdopodobnie powinienem jako postanowienie noworoczne założyć sobie... hmmmm... sam nie wiem co.
Jestem osobą relatywnie szczęśliwą. Względnie ustabilizowaną emocjonalnie. Ba, chyba nawet odpowiedzalną (na tyle, na ile mi się chce). W dodatku jestem jednostką wybitną, niepowtarzalną i skromną, więc nic, tylko czekać na nadchodzące szczęście. O! Już nawet wygląda zza horyzontu ;). Oby nie horyzontu zdarzeń, hyhy.
Nim to jednak nastanie, przede mną jeszcze jeden egzamin, taka niemalże matura. ba, egzamin przy którym i matura i magisterka to bzdura!
Egzamin, na którym można oblać z powodu śniegu, z powodu widzimisię, bądź chorego kolana :). Cóż, tak się zdarza, że przy zbyt częstym wciskaniu sprzęgła odrobinę wysiada mi lewe kolano (no, trudno żebym je naciskał prawym, eh).
Co tam jednak będę się żalił!
Połowa mojej grupy nie zdała egzaminu teoretycznego. Teoretycznie mam więc egzamin (praktyczny) zdany, a przynjamniej mam na to półroku. Ha! Może nawet zdąrzę przed wiosną i kursem na prawko na motor? Mmmmm, marzy mi się taki chopper, lub cruiser. Raczej chopper, już chyba wystarczająco zmężniałem, aby nie wyglądać na takiej maszynie jak szczyl :).
Zresztą, poważnie, połowa osób nie zdała egzaminu na którym popełniłem jeden błąd przez nieuwagę, do któego zaś przygotowywałem się przez jeden wieczór. Jednak rowerzyści znają się na ruchu drogowym, proszę państwa :).
Pamiętajcie więc o tym, gdy następnym razem będziecie na nich, lub na pieszych, wymuszać pierwszeństwo. Bądź, gdy będziecie jechać jak idioci, nie zwracając uwagi na nikogo, uprzywilejowani "zmotoryzowani".
Mam dla Was złą wiadomość, pędzący przed siebie panowie bez mózgu - wsyzstkie prawdziwe kobiety wiedzą, że rekompensujecie sobie małe członki :D.
Pozdrawiam tych, którzy wiedzą, kiedy przystanąć i powąchać kwiaty... a kiedy olać debilne przepisy sikiem prostym!
M.
Żaden problem, jednak. Szczególnie, iż nie tego ma wpis dotyczyć. Przede wszystkim, chcę się w nim pośmiać z całej idei postanowień noworocznych, z nagonki na WOŚP, a także z egzaminów na prawo jazdy. Najprawdopodobniej uczynię to w takiej właśnie kolejności, lecz niekoniecznie.
Zaczynamy z wykopu. Wszyyyyyscy wraz z nastaniem pierwszego stycznia (kiedy on dla kogo nastał, kiedy kto wytrzeźwiał - nie osądzam) staliśmy się uczciwsi, szczuplejsi, skrupulatniejsi, no po prostu same ideały.
Politycy się kochają, hierarchowie przestali wygadywać pierdoły, a ja nie mam lenia w sprawach, które mnie nudzą. Żyć, nie umierać!
Miałem dwa postanowienia noworoczne. Wyzdrowieć (udało się... chyba) oraz zdać egzamin teoretyczny na prawo jazdy (1 błąd!). Myślę, że misja wykonana, mogę więc, bez wyrzutów sumienia, oddać się kontrolowanemu hedonizmowi. A co! Zasłużyłem sobie! Kto inny w tak krókim czasie spełnił swoje postanowienia, hmmm?
Z pewnością nie politycy. Oni, programowo, zgupieli. Argumentów podawać nie muszę. Rozbroili mnie także, zgodnie z przewidywaniami, przeróżni nawiedzeni "duchowni", z lubością obsmarowujący Jerzego Owsiaka i jego fundację.
Ja rozumiem, Caritas pomaga na o wielę większą skalę, lecz, humanitarne zachowanie powinno chyba zobligować do wyciągania ręki do drugiego człowieka, prawda?
Szczególnie gdy ów rozdaje raczej wędki, niż ryby - tak obrazowo opisując.
Najpiękniejsze były ukazujące się w Internecie paszkwile, wywodzące się, rzecz jasna, ze środowiska PiS'owskiego. Dziwić nie ma się czemu, wszak Mały Wódz lasuje mózg jak miło, prostując fałdy nawet relatywnie inteligentnym jednostkom, pokroju Ziemkiewicza. Cóż, miejmy nadzieję, że ów nie zbłądzi aż tak daleko na brunatno, by nie wrócić do prawicy, która mogłaby użyć jego pióro do szczytnych celów. Powiedzmy sobie wprost, że czasem pomysły to ma ów jegomość nawiedzone.
Prawdopodobnie powinienem jako postanowienie noworoczne założyć sobie... hmmmm... sam nie wiem co.
Jestem osobą relatywnie szczęśliwą. Względnie ustabilizowaną emocjonalnie. Ba, chyba nawet odpowiedzalną (na tyle, na ile mi się chce). W dodatku jestem jednostką wybitną, niepowtarzalną i skromną, więc nic, tylko czekać na nadchodzące szczęście. O! Już nawet wygląda zza horyzontu ;). Oby nie horyzontu zdarzeń, hyhy.
Nim to jednak nastanie, przede mną jeszcze jeden egzamin, taka niemalże matura. ba, egzamin przy którym i matura i magisterka to bzdura!
Egzamin, na którym można oblać z powodu śniegu, z powodu widzimisię, bądź chorego kolana :). Cóż, tak się zdarza, że przy zbyt częstym wciskaniu sprzęgła odrobinę wysiada mi lewe kolano (no, trudno żebym je naciskał prawym, eh).
Co tam jednak będę się żalił!
Połowa mojej grupy nie zdała egzaminu teoretycznego. Teoretycznie mam więc egzamin (praktyczny) zdany, a przynjamniej mam na to półroku. Ha! Może nawet zdąrzę przed wiosną i kursem na prawko na motor? Mmmmm, marzy mi się taki chopper, lub cruiser. Raczej chopper, już chyba wystarczająco zmężniałem, aby nie wyglądać na takiej maszynie jak szczyl :).
Zresztą, poważnie, połowa osób nie zdała egzaminu na którym popełniłem jeden błąd przez nieuwagę, do któego zaś przygotowywałem się przez jeden wieczór. Jednak rowerzyści znają się na ruchu drogowym, proszę państwa :).
Pamiętajcie więc o tym, gdy następnym razem będziecie na nich, lub na pieszych, wymuszać pierwszeństwo. Bądź, gdy będziecie jechać jak idioci, nie zwracając uwagi na nikogo, uprzywilejowani "zmotoryzowani".
Mam dla Was złą wiadomość, pędzący przed siebie panowie bez mózgu - wsyzstkie prawdziwe kobiety wiedzą, że rekompensujecie sobie małe członki :D.
Pozdrawiam tych, którzy wiedzą, kiedy przystanąć i powąchać kwiaty... a kiedy olać debilne przepisy sikiem prostym!
M.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Para-życzenia
Wigilia tuż tuż. Tradycyjnie, dla Polaków, najważniejsza część obecnych świąt. Tylko dla Polaków? Ano, nie do końca tylko, niektóre zasadniczo katolickie kraje także ją zauważają, jednak to nie to samo.
Polska tradycja zdominowała wigilią, karpiem, wódką i prezentami wszystko.
Mamy więc rodzinę, mamy zbyt małe mieszkania, w których przebywa nagle więcej ludzi, niż w przeciętnym M2 z okresu PRL, mamy stres, kłótnie i inne "tradycyjne" sprawy.
Akurat u mnie w tym roku, jak też w miarę zazwyczaj, względny spokój. Mała rodzina = mały kłopot. Także i ja, tradycyjnie, obijam się, jak mogę. Niby kilka osób na Wigilię przyjechało "do mnie", ale to same kobiety (taka rodzina), więc "tradycyjnie" nie robię nic. Pasuje mi? A pewnie. Aż taki przeciwko tradycji nie jestem :).
Głupotą jest zaś nasza, barejowska niemalże, "nowa świecka tradycja". A i stara też mnie, cóż, dziwi pokątnie.
Święta to święta. Mówcie co chcecie. Ja nawet swoją babcię gonię, że niby taka katoliczka, a jakoś tego okresu nie przeżywa.
Rodzina, jedzenie, prezenty, koniec.
Sekularyzacja totalna. Nie żebym chciał komuś narzucać mistyczne przeżycie świąt. Kto mnie zna, to wie, że mam jakieś para-chrześcijańsko-gnostyczno-niedookreślone duchowo odjazdy. Kto nie zna, właśnie się dowiedział(/a).
Ciekawą rzecz dzisiaj usłyszałem w radiu, przypadkiem. Rzadko radia słucham. Tutaj zaś, pewien ksiądz (chyba?) wypowiedział następujące słowa:
"Obecnie święta to jak tradycja spotykania się przy obiedzie z okazji urodzin prababki. Są buraczki, jest kompocik, tylko tej prababci przy stole jakby mniej."
Paradoksalnie, mówię tutaj OK. Samemu nie po drodze mi z katolicyzmem. Nie po drodze mi z masami, z rytuałem, z pustą, nic nie znaczącą dla cuchnących przetrawianych alkoholem wyć (czytaj: pieśni) na pasterce.
Cóż jednak przeszkadza mi przystanąć i zadumać się na chwilę?
Pomyśleć, dlaczego miałbym popadać w szał świątecznych zakupów, konsumpcjonizmu, życia na pokaz i na zastaw? Spojrzeć w lustro i przyznać się, że bałbym się otworzyć drzwi "zbłąkanemu rodakowi" i ugościć go przy wigilijnym stole.
Takie czasy, człowieka coraz mniej nie tylko naokoło. Także i we mnie.
Czy wstydzę się tego? Tak i nie, zarazem.
Wstydzę się, że nigdy nie dorównam swoim ideałom, że nigdy nie będę tak otwarty i dobry (cokolwiek by to miało znaczyć), jak bym sobie tego życzył.
Jednocześnie jednak odczuwam pewną ulgę. Zawitała we mnie, choć na chwilę, refleksja.
Myślę, zastanawiam się, staram się zmienić w sobie to, co czuję, że nie do końca do mnie "pasuje". Taki mały oddech Spiritus Mundi.
Podobno wieje on przez świat i dotyka każdego.
I tego właśnie, tak naprawdę życzę dzisiaj wszystkim. Nie dajcie się ogłupić, nikomu i dla żadnej sprawy. Po prostu odnajdźcie w sobie nową głębie. Teraz, na zawsze i codziennie na nowo!
M.
Polska tradycja zdominowała wigilią, karpiem, wódką i prezentami wszystko.
Mamy więc rodzinę, mamy zbyt małe mieszkania, w których przebywa nagle więcej ludzi, niż w przeciętnym M2 z okresu PRL, mamy stres, kłótnie i inne "tradycyjne" sprawy.
Akurat u mnie w tym roku, jak też w miarę zazwyczaj, względny spokój. Mała rodzina = mały kłopot. Także i ja, tradycyjnie, obijam się, jak mogę. Niby kilka osób na Wigilię przyjechało "do mnie", ale to same kobiety (taka rodzina), więc "tradycyjnie" nie robię nic. Pasuje mi? A pewnie. Aż taki przeciwko tradycji nie jestem :).
Głupotą jest zaś nasza, barejowska niemalże, "nowa świecka tradycja". A i stara też mnie, cóż, dziwi pokątnie.
Święta to święta. Mówcie co chcecie. Ja nawet swoją babcię gonię, że niby taka katoliczka, a jakoś tego okresu nie przeżywa.
Rodzina, jedzenie, prezenty, koniec.
Sekularyzacja totalna. Nie żebym chciał komuś narzucać mistyczne przeżycie świąt. Kto mnie zna, to wie, że mam jakieś para-chrześcijańsko-gnostyczno-niedookreślone duchowo odjazdy. Kto nie zna, właśnie się dowiedział(/a).
Ciekawą rzecz dzisiaj usłyszałem w radiu, przypadkiem. Rzadko radia słucham. Tutaj zaś, pewien ksiądz (chyba?) wypowiedział następujące słowa:
"Obecnie święta to jak tradycja spotykania się przy obiedzie z okazji urodzin prababki. Są buraczki, jest kompocik, tylko tej prababci przy stole jakby mniej."
Paradoksalnie, mówię tutaj OK. Samemu nie po drodze mi z katolicyzmem. Nie po drodze mi z masami, z rytuałem, z pustą, nic nie znaczącą dla cuchnących przetrawianych alkoholem wyć (czytaj: pieśni) na pasterce.
Cóż jednak przeszkadza mi przystanąć i zadumać się na chwilę?
Pomyśleć, dlaczego miałbym popadać w szał świątecznych zakupów, konsumpcjonizmu, życia na pokaz i na zastaw? Spojrzeć w lustro i przyznać się, że bałbym się otworzyć drzwi "zbłąkanemu rodakowi" i ugościć go przy wigilijnym stole.
Takie czasy, człowieka coraz mniej nie tylko naokoło. Także i we mnie.
Czy wstydzę się tego? Tak i nie, zarazem.
Wstydzę się, że nigdy nie dorównam swoim ideałom, że nigdy nie będę tak otwarty i dobry (cokolwiek by to miało znaczyć), jak bym sobie tego życzył.
Jednocześnie jednak odczuwam pewną ulgę. Zawitała we mnie, choć na chwilę, refleksja.
Myślę, zastanawiam się, staram się zmienić w sobie to, co czuję, że nie do końca do mnie "pasuje". Taki mały oddech Spiritus Mundi.
Podobno wieje on przez świat i dotyka każdego.
I tego właśnie, tak naprawdę życzę dzisiaj wszystkim. Nie dajcie się ogłupić, nikomu i dla żadnej sprawy. Po prostu odnajdźcie w sobie nową głębie. Teraz, na zawsze i codziennie na nowo!
M.
środa, 19 grudnia 2012
Izerska Arktyka.
W końcu, nareszcie, najwyższy czas (był)! Nie, to nie bełkot o zbliżającym się końcu świata (wyjątkowo nie mam zamiaru pisać tutaj o pierdołach), lecz mała relacja z typowo zimowej wyprawy.
Wyprawa to odbyła się całkiem niedawno, w ten weekend, z różnych względów, jednak, zebranie mi się z niej i po niej zabrało mi "trochę" czasu. No nic, czas ów znalazłem i oto rozpoczyna się opis właściwy.
Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, jedno z najcieplejszych miejsc (i miast) w Polsce. Oto Legnica, takie całkiem miłe miasto na (z)Dolnym Śląsku. Nieopodal "nas" (taki mały patriota lokalny ze mnie wyrasta) znajduje się historyczna stolica Śląska, Wrocław. To taki mały prztyczek w nos czytającym ten blog (tak, akurat ;) ), "Ślunskim" separatystom.
Otóż z Legnicy wyruszyliśmy, tamże wróciliśmy. Bilans całkiem ładny, skoro dwa razy wylądowaliśmy w zaspie. Ale ja nie o tym!
Celem były Góry Izerskie, głównie zaś ich polska część. Czeska też jest śliczna, lecz... umówmy się, nie w taką pogodę. Lato, ciepło, rower, o tak. Żyć nie umierać (choć rzyć umierać już może, gdy ktoś niewprawny).
Po obowiązkowym zahaczeniu o Harrachov, nabyciu browiantu (czeskie piwo + część nabiałowo-mięsna), a także posileniu się smacznym (choć nie rwącym czterech liter) serem smażonym, wróciliśmy do Jakuszyc i postanowiliśmy zagubić się w bieli.
Moi drodzy, takiej pogody to dawno miastuchy nie widziały. Uwierzcie mi na słowo. Wszędzie biało, śnieg przynajmniej po kolana, temperatura poniżej zera, nic się nie roztapia. A z góry? Z góry zaś leciał sobie nowy śnieżek, ot tak, żeby nam za słodko nie było, aby na drugi dzień się ciężej wracało.
Chłopaki nawet myśleli o wypróbowaniu biegówek, lecz jakoś tak się zaoferowałem, iż poniosę większość browiantu. Ot, taki ze mnie kozak z pojemnym plecakiem. Wolałem poczłapać. A skoro człapać, to i się posilać różnymi delikatesami na "pitstopach", zwanych nieraz także "czekpointami". Wiecie, wymianę oleju trzeba było przeprowadzić ;). Jak widać na załączonym obrazku!
Uwierzcie mi, iż czasem dobra kurtka z użytym jako podpinka softshellem, ciepłe spodnie, dobre buty, chusta i gogle nie wystarczą. Trzeba się wzmocnić. Szczególnie, że wraz z przybywającą werwą wzmacniała się ciepłota ciała, robiło się gorąco, trzeba było się wietrzyć. A skoro się wietrzymy, to... o, a może mały łyczek na rozgrzewkę? Czuję przecież zimny wiatr ;).
Przyznam, że pod Samolot podchodziło się całkiem znośnie. Schodziło, rzecz jasna, równie dobrze. Szczególnie, że z niego do schroniska Orle już tylko w dół, Przez śnieg, gdzie buty zapadały się często ponad kostki, fakt. Był to również śnieg ubity - co powinno Wam dać do myślenia :). Prawdziwi faceci jednak się nie skarżą!
Nawet, gdy dochodząc do kolejnego schroniska, Chatki Górzystów, zostali przywitani śmiechem. "Jak tam, nie zapadliście się po drodze?". Ależ zapadliśmy! Lecz co to dla nas było ;).
Ech, Chatka Górzystów sama w sobie. Miejsce-legenda. Piękne w swojej surowości, wypełnione książkami (czuję się jak w domu!), z dobrą i tanią kuchnią, czeskim piwem za 6 złotych. Czego chcieć więcej?
Nawet mnie tam już poznają ^_^.
Ciężko było ją opuszczać, po miłym wieczorze i odrobinę przykrótkim noclegu. Szczególnie, iż na zewnątrz wyglądało o tak:
Droga powrotna zaś, ech... widoczność zerowa, ot taka śliczna, polska Arktyka. Zazwyczaj Hala Izerska obfituje w bogatą florę, w malownicze i łagodne widoki, w urozmaicony krajobraz. Tym razem zaś...
Poważnie, nie było widać nic! Cisza, pustka, jeno śmigający w te i wewte narciarze na biegówkach. Cóż więc my, biedne żuczki, mogliśmy uczynić? Przeć do przodu i czuć się jak polarnicy, ot co! Nie powiem, że było to nieprzyjemne. Nawet, gdy czuło się, że to już powoli koniec, wracamy do miasta, ciepła, cywilizacji. Pracy. Ech.
Czasem przydaje się łyk wolności. Trudno się z nim, jednak, rozstać.
Hmmmm... więc jak tam, do zobaczenia na szlaku ;) ?
M.
Wyprawa to odbyła się całkiem niedawno, w ten weekend, z różnych względów, jednak, zebranie mi się z niej i po niej zabrało mi "trochę" czasu. No nic, czas ów znalazłem i oto rozpoczyna się opis właściwy.
Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, jedno z najcieplejszych miejsc (i miast) w Polsce. Oto Legnica, takie całkiem miłe miasto na (z)Dolnym Śląsku. Nieopodal "nas" (taki mały patriota lokalny ze mnie wyrasta) znajduje się historyczna stolica Śląska, Wrocław. To taki mały prztyczek w nos czytającym ten blog (tak, akurat ;) ), "Ślunskim" separatystom.
Otóż z Legnicy wyruszyliśmy, tamże wróciliśmy. Bilans całkiem ładny, skoro dwa razy wylądowaliśmy w zaspie. Ale ja nie o tym!
Celem były Góry Izerskie, głównie zaś ich polska część. Czeska też jest śliczna, lecz... umówmy się, nie w taką pogodę. Lato, ciepło, rower, o tak. Żyć nie umierać (choć rzyć umierać już może, gdy ktoś niewprawny).
Po obowiązkowym zahaczeniu o Harrachov, nabyciu browiantu (czeskie piwo + część nabiałowo-mięsna), a także posileniu się smacznym (choć nie rwącym czterech liter) serem smażonym, wróciliśmy do Jakuszyc i postanowiliśmy zagubić się w bieli.
Moi drodzy, takiej pogody to dawno miastuchy nie widziały. Uwierzcie mi na słowo. Wszędzie biało, śnieg przynajmniej po kolana, temperatura poniżej zera, nic się nie roztapia. A z góry? Z góry zaś leciał sobie nowy śnieżek, ot tak, żeby nam za słodko nie było, aby na drugi dzień się ciężej wracało.
Chłopaki nawet myśleli o wypróbowaniu biegówek, lecz jakoś tak się zaoferowałem, iż poniosę większość browiantu. Ot, taki ze mnie kozak z pojemnym plecakiem. Wolałem poczłapać. A skoro człapać, to i się posilać różnymi delikatesami na "pitstopach", zwanych nieraz także "czekpointami". Wiecie, wymianę oleju trzeba było przeprowadzić ;). Jak widać na załączonym obrazku!
Uwierzcie mi, iż czasem dobra kurtka z użytym jako podpinka softshellem, ciepłe spodnie, dobre buty, chusta i gogle nie wystarczą. Trzeba się wzmocnić. Szczególnie, że wraz z przybywającą werwą wzmacniała się ciepłota ciała, robiło się gorąco, trzeba było się wietrzyć. A skoro się wietrzymy, to... o, a może mały łyczek na rozgrzewkę? Czuję przecież zimny wiatr ;).
Przyznam, że pod Samolot podchodziło się całkiem znośnie. Schodziło, rzecz jasna, równie dobrze. Szczególnie, że z niego do schroniska Orle już tylko w dół, Przez śnieg, gdzie buty zapadały się często ponad kostki, fakt. Był to również śnieg ubity - co powinno Wam dać do myślenia :). Prawdziwi faceci jednak się nie skarżą!
Nawet, gdy dochodząc do kolejnego schroniska, Chatki Górzystów, zostali przywitani śmiechem. "Jak tam, nie zapadliście się po drodze?". Ależ zapadliśmy! Lecz co to dla nas było ;).
Ech, Chatka Górzystów sama w sobie. Miejsce-legenda. Piękne w swojej surowości, wypełnione książkami (czuję się jak w domu!), z dobrą i tanią kuchnią, czeskim piwem za 6 złotych. Czego chcieć więcej?
Nawet mnie tam już poznają ^_^.
Ciężko było ją opuszczać, po miłym wieczorze i odrobinę przykrótkim noclegu. Szczególnie, iż na zewnątrz wyglądało o tak:
Droga powrotna zaś, ech... widoczność zerowa, ot taka śliczna, polska Arktyka. Zazwyczaj Hala Izerska obfituje w bogatą florę, w malownicze i łagodne widoki, w urozmaicony krajobraz. Tym razem zaś...
Poważnie, nie było widać nic! Cisza, pustka, jeno śmigający w te i wewte narciarze na biegówkach. Cóż więc my, biedne żuczki, mogliśmy uczynić? Przeć do przodu i czuć się jak polarnicy, ot co! Nie powiem, że było to nieprzyjemne. Nawet, gdy czuło się, że to już powoli koniec, wracamy do miasta, ciepła, cywilizacji. Pracy. Ech.
Czasem przydaje się łyk wolności. Trudno się z nim, jednak, rozstać.
Hmmmm... więc jak tam, do zobaczenia na szlaku ;) ?
M.
czwartek, 29 listopada 2012
Żydokomuna i inne takie niepolitycznie poprawne.
Nie miałem ostatnio pojęcia za opisywanie czego by tu się wziąć. Poważnie!
Moja ojczyzna, wespół z całym światem, zamieniła się w swego rodzaju kabaret.
Brunon K. chciał zbudować karbidówkę we współpracy z kilkoma agentami ABW, czy CBŚ, czy jak się tam teraz ta nasza pseud-agentura nazywa. Nim dołączył do grona terrorystów, złapano go po donosie żony (sic!), zaś nasi dzielni agenci pochwalili się tym na całą Polskę. Na świat już nie, gdyż to trochę wiocha, jaki kraj, taki terroryzm ;).
Morał zaś z tego wynika prosty: Zaufaj kobiecie, nie doczekasz wiosny.
W PSL zmieniły się władze, Pawlak odszedł. Niestety, nie na zieloną trawkę, pasać gęsi, czy inne żubery, jak ongiś taki dziadek z SLD. Pawlak wszak ludzkie panisko, musiał wpierw wygospodarować nagrodę dla wszystkich swoich podwładnych.
Dyć to gest na miarę... Kozakiewicza. W stronę każdego, z kogo ściąga się haracz zwany, z jakiegoś powodu, podatkiem.
Dalej. "Nasz" obecny budżet przewiduje 100 razy (sic!) większe wpływy z mandatów drogowych. Generalnie nazwałbym opieranie budżetu na czymś losowym i zależnym od łamania prawa przez obywateli za pomysł kretyński. Musiałbym jednak wtedy nazwać kretyńskim też pomysł NFZ'ów, które to przewidują, ilu obywateli zachoruje, a ilu zaś będzie leczonych. Oj, wybaczcie. Tak to przecież już działa, spóźniłem się.
Również "Pokłosie" rzuciło się pokłosiem na całą naszą elytę oraz inne lewackie i/lub pseudo-prawicowe grupy. Elita oczywiście bomba sobie na to, gdyż western o problemach etyczno-moralnych dwóch braci na zapyziałej, polskiej wsi (która to, jak wiadomo, w rzeczywistości jest zaawansowana i czysta jak łza), nie jest, jakby nie wysilić retoryki, obrazem POLSKI I POLAKÓW. Nie jest i nie będzie.
Niestety konieczność trąbienia o tym może ogłupić, czego doświadczył Stuhr młodszy, wypowiadając jakieś średnio mądre zdania o bitwie pod Cedynią.
A myślałem, że to tylko LPR'owcom stawał na ten temat :).
Tytuł dzisiejszy pije jednak do czegoś innego - do reakcji "Polaków" na wszystkie te powyższe sprawy.
Reakcja ta jest trudna do ujednolicenia, wiadomo.
Jedni z Brunona się śmieją, że niby wykształcony (niby doktorat z chemii ma), a nie potrafił profesjonalnej bomby zrobić. Inni zaś złorzeczą, że tuman nie zabił "Ryżego Żyda".
Powyższe określenie zasłyszałem zresztą dzisiaj, czekając na szczepionkę przeciwuczuleniową w pewnej legnickiej przychodni. Wypowiedziała je nierozgarnięta (sądząc po wymowie) starsza pani, która indoktrynowała znajomą o tym, kto Polską rządzi.
Nie wiem, czy wiecie, lecz żydokomuna ma się dobrze. Komorowski to wszak Żyd. Ukrywa się za szlacheckim nazwiskiem, ale Żyd. Mam tu też wrażenie, wtrącić sobie pozwolę, że głowie tej osoby słowo "Żyd" pisane było z małej litery. Żydy i komuchy to Palikoty, Pawlaki, Urbany (tu z komuchem trochę po drodze, w sensie cała ta ostatnia trójka to takie śmieszne lewactwo, w dodatku nie lubiące się nawzajem, więc jeszcze przez to bardziej groteskowe).
Wymienione powyżej osoby zabijają Polskość, honor i ojczyznę, Boga zaś już dawno ukrzyżowali (niewykształconych ateistów odsyłam do książek historycznych, pseudo-katolików za do Nowego Testamentu).
Ręce mi opadły, ale nie miałem siły, by wstać i kazać się wariatce zamknąć. Pewnie cierpiała na demencję, zaś mózg wyprało jej pewne radio.
Dodatkowo zaś, jako osoba anty-lewicowa, więc, siłą rzeczy, raczej prawicująca (i nie, PiS nie jest prawicowy i nigdy nie będzie), uważam, że każdy ma prawo wierzyć i głosić takie poglądy, jakie ma ochotę.
Wierzyć w to i głosić, o ile robi to w sposób cywilizowany.
Tym właśnie prawica różni się od lewicy, że mówi wyraźnie: my wiemy, że ludzie są różni i my chcemy, aby każdy miał takie prawa, na jakie zasłużył. Lewica zaś chce ludzi ujednolicić, sprowadzić do wspólnego mianownika i pozbawić różnorodności.
Powiedzcie mi moi mili, gdzie byście woleli mieszkać? Tam, gdzie możesz głosić dowolne poglądy i mieć swobodę wyznaniową, decyzje zaś podejmować podług indywidualnej etyki i moralności...
Czy też w państwie, gdzie czegoś większość (albo i mniejszość nawet) zabrania reszcie, gdzie głosić możesz tylko "słuszną wersję"?
Ja chciałbym żyć w takim, gdzie mogę powiedzieć wprost: tamta kobieta była kretynką (i pewnie dalej jest, czasu raczej nie miała, by się zmienić).
Głupi są także lewacy z polityczną poprawnością.
Głupi są pseudo-prawicowcy, którzy uważają, że ksenofobia jest OK. Nie żeby przy okazji wykształcona część Murzynów mieszkających w Irlandii nie wstydziła się za "świeżych" imigrantów z Afryki. Którzy zresztą nie zachowują się dużo gorzej od plebsu z Polski, rozróżnianych tam od Polaków mianem "Polaczka" (Polack, a nie Pole). Taka scenka rodzajowa, oparta na doświadczeniach własnych.
Wreszcie i ja jestem głupi myśląc, że napisanie tego może coś, lub kogoś zmienić.
Lecz kim byłbym, gdybym nie spróbował?
M.
Moja ojczyzna, wespół z całym światem, zamieniła się w swego rodzaju kabaret.
Brunon K. chciał zbudować karbidówkę we współpracy z kilkoma agentami ABW, czy CBŚ, czy jak się tam teraz ta nasza pseud-agentura nazywa. Nim dołączył do grona terrorystów, złapano go po donosie żony (sic!), zaś nasi dzielni agenci pochwalili się tym na całą Polskę. Na świat już nie, gdyż to trochę wiocha, jaki kraj, taki terroryzm ;).
Morał zaś z tego wynika prosty: Zaufaj kobiecie, nie doczekasz wiosny.
W PSL zmieniły się władze, Pawlak odszedł. Niestety, nie na zieloną trawkę, pasać gęsi, czy inne żubery, jak ongiś taki dziadek z SLD. Pawlak wszak ludzkie panisko, musiał wpierw wygospodarować nagrodę dla wszystkich swoich podwładnych.
Dyć to gest na miarę... Kozakiewicza. W stronę każdego, z kogo ściąga się haracz zwany, z jakiegoś powodu, podatkiem.
Dalej. "Nasz" obecny budżet przewiduje 100 razy (sic!) większe wpływy z mandatów drogowych. Generalnie nazwałbym opieranie budżetu na czymś losowym i zależnym od łamania prawa przez obywateli za pomysł kretyński. Musiałbym jednak wtedy nazwać kretyńskim też pomysł NFZ'ów, które to przewidują, ilu obywateli zachoruje, a ilu zaś będzie leczonych. Oj, wybaczcie. Tak to przecież już działa, spóźniłem się.
Również "Pokłosie" rzuciło się pokłosiem na całą naszą elytę oraz inne lewackie i/lub pseudo-prawicowe grupy. Elita oczywiście bomba sobie na to, gdyż western o problemach etyczno-moralnych dwóch braci na zapyziałej, polskiej wsi (która to, jak wiadomo, w rzeczywistości jest zaawansowana i czysta jak łza), nie jest, jakby nie wysilić retoryki, obrazem POLSKI I POLAKÓW. Nie jest i nie będzie.
Niestety konieczność trąbienia o tym może ogłupić, czego doświadczył Stuhr młodszy, wypowiadając jakieś średnio mądre zdania o bitwie pod Cedynią.
A myślałem, że to tylko LPR'owcom stawał na ten temat :).
Tytuł dzisiejszy pije jednak do czegoś innego - do reakcji "Polaków" na wszystkie te powyższe sprawy.
Reakcja ta jest trudna do ujednolicenia, wiadomo.
Jedni z Brunona się śmieją, że niby wykształcony (niby doktorat z chemii ma), a nie potrafił profesjonalnej bomby zrobić. Inni zaś złorzeczą, że tuman nie zabił "Ryżego Żyda".
Powyższe określenie zasłyszałem zresztą dzisiaj, czekając na szczepionkę przeciwuczuleniową w pewnej legnickiej przychodni. Wypowiedziała je nierozgarnięta (sądząc po wymowie) starsza pani, która indoktrynowała znajomą o tym, kto Polską rządzi.
Nie wiem, czy wiecie, lecz żydokomuna ma się dobrze. Komorowski to wszak Żyd. Ukrywa się za szlacheckim nazwiskiem, ale Żyd. Mam tu też wrażenie, wtrącić sobie pozwolę, że głowie tej osoby słowo "Żyd" pisane było z małej litery. Żydy i komuchy to Palikoty, Pawlaki, Urbany (tu z komuchem trochę po drodze, w sensie cała ta ostatnia trójka to takie śmieszne lewactwo, w dodatku nie lubiące się nawzajem, więc jeszcze przez to bardziej groteskowe).
Wymienione powyżej osoby zabijają Polskość, honor i ojczyznę, Boga zaś już dawno ukrzyżowali (niewykształconych ateistów odsyłam do książek historycznych, pseudo-katolików za do Nowego Testamentu).
Ręce mi opadły, ale nie miałem siły, by wstać i kazać się wariatce zamknąć. Pewnie cierpiała na demencję, zaś mózg wyprało jej pewne radio.
Dodatkowo zaś, jako osoba anty-lewicowa, więc, siłą rzeczy, raczej prawicująca (i nie, PiS nie jest prawicowy i nigdy nie będzie), uważam, że każdy ma prawo wierzyć i głosić takie poglądy, jakie ma ochotę.
Wierzyć w to i głosić, o ile robi to w sposób cywilizowany.
Tym właśnie prawica różni się od lewicy, że mówi wyraźnie: my wiemy, że ludzie są różni i my chcemy, aby każdy miał takie prawa, na jakie zasłużył. Lewica zaś chce ludzi ujednolicić, sprowadzić do wspólnego mianownika i pozbawić różnorodności.
Powiedzcie mi moi mili, gdzie byście woleli mieszkać? Tam, gdzie możesz głosić dowolne poglądy i mieć swobodę wyznaniową, decyzje zaś podejmować podług indywidualnej etyki i moralności...
Czy też w państwie, gdzie czegoś większość (albo i mniejszość nawet) zabrania reszcie, gdzie głosić możesz tylko "słuszną wersję"?
Ja chciałbym żyć w takim, gdzie mogę powiedzieć wprost: tamta kobieta była kretynką (i pewnie dalej jest, czasu raczej nie miała, by się zmienić).
Głupi są także lewacy z polityczną poprawnością.
Głupi są pseudo-prawicowcy, którzy uważają, że ksenofobia jest OK. Nie żeby przy okazji wykształcona część Murzynów mieszkających w Irlandii nie wstydziła się za "świeżych" imigrantów z Afryki. Którzy zresztą nie zachowują się dużo gorzej od plebsu z Polski, rozróżnianych tam od Polaków mianem "Polaczka" (Polack, a nie Pole). Taka scenka rodzajowa, oparta na doświadczeniach własnych.
Wreszcie i ja jestem głupi myśląc, że napisanie tego może coś, lub kogoś zmienić.
Lecz kim byłbym, gdybym nie spróbował?
M.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Fiord marzeń
Panie i panowie, nim zacznę na dobre, polecę serdecznie http://www.argumenty-portal.blogspot.com
Nie będę pisał, co i dlaczego tam mi się podoba. Nazwa owego portalu to Argumenty, zachęca on zaś do myślenia i poznawania. Czy potrzeba innego argumentu, by tam zajrzeć? Nie sądzę :).
Wszystkie (ewentualnie) zmartwione posuchą na tym blogu osoby przepraszam równie serdecznie, jak serdecznie polecam powyższy portal.
Zebrało mi się na stare lata na małe szaleństwo i jestem w trakcie kursu prawa jazdy. Szkolenie za mną, test wewnętrzny zdany. Teraz tylko 30 godzin jazdy i zobaczymy co dalej. Na wiosnę zaś egzamin prawa jazdy na motor, marzy mi się jakiś chopperek, czy inny cruiser. Niestety nie Harley, tam się za samą markę dopłaca 50 tysięcy... podczas gdy jakiś przeciętny chopperek to 4-5 tysięcy (a przynajmniej tak twierdzi Nasz Nowy Złoty Cielec, Carre... tfu, znaczy allegro.pl :) ).
Dzisiejszy wpis jest bardzo melancholijny. Pozytywnie, rzecz jasna. Taki z Gorillaz w tle, z:
Macie może takie miejsce, które na zawsze wyryło Wam się w pamięci? Wasze własne, prywatne Wzgórze Melancholii? Pozytywnej! Rzecz jasna ;).
Dla mnie jest to brzeg pewnego anonimowego fiordu w Norwegii.
Bardzo zresztą dziwna z nim sprawa. Nie chodzi o cały fiord, tylko o jego drobny skrawek. Taki prywatny kawałek nieba, którego nigdy nie pozbędę się z pamięci. Zresztą, nie mam zamiaru tego czynić. Moje intencje są dokładnie przeciwne. Nigdy tego nie zapomnieć.
Najśmieszniejsze jest to, iż miejsce te znalazło nas na równi z byciem przez nas odnalezionym. To trzeba było widzieć, cztery ździebko zmachane osoby, szukające dobrego miejsca na rozbicie namiotu i... nagle zwiadowca M. wskazuje ręką: "Patrzcie!". I już widzę to w naszych oczach, swój własny zachwyt, odbity i zwielokrotniony.
Też to widzicie? Jak z bajki :). Niemal jak domek. Te kolory, ech zdjęcie tego nie oddaje. Ta cisza, ta magia, która od razu złapała mnie za serce.
Po lewej były jakieś opuszczone domki letniskowe, ale my szliśmy właśnie tam.
Pamiętam, że rzuciliśmy plecaki, wyjęliśmy aparaty (dziewczyny wyjęły, faceci nieśli cięższe rzeczy, hehe). Chyba z godzinę snuliśmy się tak, chłonąc atmosferę tego miejsca.
Kilka dni wcześniej kupiłem sobie w Bryggen (piękna dzielnica Bergen, zabytek UNESCO) ręcznie wykonaną fajkę. Pamiętam, jak smakował mi wtedy tytoń (kto mnie zna, wie, że papierosów nie lubię!). Nie chodzi nawet o to, że był dobrej jakości.
To miejsce samo w sobie było dobre, mimo kilku ciekawych w konsekwencjach zajść :).
Oj, zdarzyło się, że ktoś się skąpał w ubraniu we fiordzie (nie z własnej woli!).
Możliwe nawet, iż byłem to ja...
Na koniec dnia, jednak... został już tylko spokój. Nie jestem pewien jaki ten nocleg miał długofalowy wpływ na resztę, ale mnie to zmieniło - być może nie jakoś diametralnie, ale bardzo pozytywnie.
Wtedy też uświadomiłem sobie, że takie miejsca, choć rzadkie, są na całym świecie.
Także w Polsce, a konkretnie na moim (z)Dolnym Śląsku :).
Gdzie? Dla każdego są gdzie indziej, wiadomo.
Najważniejsze, że jeżeli o tym pomyślimy, jeżeli to poczujemy, to może nas to zmienić. I to na lepsze, rozwinąć.
A czy nie o to chodzi w życiu? Aby, nieważne kiedy i gdzie, móc spojrzeć za siebie i uśmiechnąć się. Później zaś spojrzeć do przodu i poczuć siłę.
Naszą prywatną moc :).
M.
Nie będę pisał, co i dlaczego tam mi się podoba. Nazwa owego portalu to Argumenty, zachęca on zaś do myślenia i poznawania. Czy potrzeba innego argumentu, by tam zajrzeć? Nie sądzę :).
Wszystkie (ewentualnie) zmartwione posuchą na tym blogu osoby przepraszam równie serdecznie, jak serdecznie polecam powyższy portal.
Zebrało mi się na stare lata na małe szaleństwo i jestem w trakcie kursu prawa jazdy. Szkolenie za mną, test wewnętrzny zdany. Teraz tylko 30 godzin jazdy i zobaczymy co dalej. Na wiosnę zaś egzamin prawa jazdy na motor, marzy mi się jakiś chopperek, czy inny cruiser. Niestety nie Harley, tam się za samą markę dopłaca 50 tysięcy... podczas gdy jakiś przeciętny chopperek to 4-5 tysięcy (a przynajmniej tak twierdzi Nasz Nowy Złoty Cielec, Carre... tfu, znaczy allegro.pl :) ).
Dzisiejszy wpis jest bardzo melancholijny. Pozytywnie, rzecz jasna. Taki z Gorillaz w tle, z:
Macie może takie miejsce, które na zawsze wyryło Wam się w pamięci? Wasze własne, prywatne Wzgórze Melancholii? Pozytywnej! Rzecz jasna ;).
Dla mnie jest to brzeg pewnego anonimowego fiordu w Norwegii.
Bardzo zresztą dziwna z nim sprawa. Nie chodzi o cały fiord, tylko o jego drobny skrawek. Taki prywatny kawałek nieba, którego nigdy nie pozbędę się z pamięci. Zresztą, nie mam zamiaru tego czynić. Moje intencje są dokładnie przeciwne. Nigdy tego nie zapomnieć.
Najśmieszniejsze jest to, iż miejsce te znalazło nas na równi z byciem przez nas odnalezionym. To trzeba było widzieć, cztery ździebko zmachane osoby, szukające dobrego miejsca na rozbicie namiotu i... nagle zwiadowca M. wskazuje ręką: "Patrzcie!". I już widzę to w naszych oczach, swój własny zachwyt, odbity i zwielokrotniony.
Też to widzicie? Jak z bajki :). Niemal jak domek. Te kolory, ech zdjęcie tego nie oddaje. Ta cisza, ta magia, która od razu złapała mnie za serce.
Po lewej były jakieś opuszczone domki letniskowe, ale my szliśmy właśnie tam.
Pamiętam, że rzuciliśmy plecaki, wyjęliśmy aparaty (dziewczyny wyjęły, faceci nieśli cięższe rzeczy, hehe). Chyba z godzinę snuliśmy się tak, chłonąc atmosferę tego miejsca.
Kilka dni wcześniej kupiłem sobie w Bryggen (piękna dzielnica Bergen, zabytek UNESCO) ręcznie wykonaną fajkę. Pamiętam, jak smakował mi wtedy tytoń (kto mnie zna, wie, że papierosów nie lubię!). Nie chodzi nawet o to, że był dobrej jakości.
To miejsce samo w sobie było dobre, mimo kilku ciekawych w konsekwencjach zajść :).
Oj, zdarzyło się, że ktoś się skąpał w ubraniu we fiordzie (nie z własnej woli!).
Możliwe nawet, iż byłem to ja...
Na koniec dnia, jednak... został już tylko spokój. Nie jestem pewien jaki ten nocleg miał długofalowy wpływ na resztę, ale mnie to zmieniło - być może nie jakoś diametralnie, ale bardzo pozytywnie.
Wtedy też uświadomiłem sobie, że takie miejsca, choć rzadkie, są na całym świecie.
Także w Polsce, a konkretnie na moim (z)Dolnym Śląsku :).
Gdzie? Dla każdego są gdzie indziej, wiadomo.
Najważniejsze, że jeżeli o tym pomyślimy, jeżeli to poczujemy, to może nas to zmienić. I to na lepsze, rozwinąć.
A czy nie o to chodzi w życiu? Aby, nieważne kiedy i gdzie, móc spojrzeć za siebie i uśmiechnąć się. Później zaś spojrzeć do przodu i poczuć siłę.
Naszą prywatną moc :).
M.
niedziela, 28 października 2012
Kilka słów nie o dziennikarstwie.
Cóż, post ten miał zawierać kolejne słowa i przemyślenia powiązane z dziennikarstwem, lecz znowu się z tego nie wywiążę. Wymówek mam kilka, a jakże.
Po pierwsze i w sumie najbardziej merytorycznie - nie ma po co dalej się tutaj rozpisywać na ten temat. Jak dziennikarstwo w Polsce i na świecie wygląda, każdy widzi.
Po drugie mam pełno spraw na głowie. Praca, projekt z Unii Europejskiej (czyli druga praca), kurs na prawo jazdy (w końcu się obudził, stary koń, heh) i różne takie towarzyskie sprawy. Nie było kiedy spokojnie usiąść i przelać myśli na cyfry.
Po trzecie zaś... nie mam dzisiaj absolutnie głowy do niczego. Czeka mnie przynajmniej tydzień melancholii i to w najlepszym wypadku.
Tak to bywa, kiedy nagle wszystko traci barwy, smak i zapach.
Cóż, przez jakiś czas będzie tak ze mną.
W sumie śmieszna sprawa, prawda? Każdy postrzega szczęście inaczej, dąży do niego inną drogą, inaczej sobie ten cel wyobraża. Nie zaprzeczę, że u mnie to sama droga jest szczęściem, więc zdarza się, że nagle budzę się z ręką w nocniku.
Jest tak, gdy zdaję sobie sprawę, że zapędziłem się w kozi róg. Rozglądam się i widzę, że nagle to, co miało być tymczasowe i służyć czemuś w bliższej, lub dalszej przyszłości, teraz staje się miałkie i bez znaczenia.
Oto słyszę, jak w popiół
przemieniam się i kruszę.
I coraz mniejszy ciałem,
wierzę we własną duszę.
Tak to właśnie bywa, gdy po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że z otaczających mnie rzeczy nic tak naprawdę mnie nie interesuje. Tak wiele robię z przyzwyczajenia, lub z przymusu. Czy też z wygody.
A przecież tak naprawdę nie istnieje nic, poza tym co oddziałuje bezpośrednio na moją duszę. Nawet jeśli reszta jest namacalna, osiągalna i "rzeczywista", to są o tylko przedmioty, wcale nie niezbędne ułatwienia... lub przeszkody.
Także w moim życiu nadszedł czas na kolejne wypośrodkowanie siebie i swoich priorytetów. Być może także - na zastanowienie się, czy mam jakieś, bądź czy warto je mieć. Przyznaje się i przed Wami i przed samym sobą, że boję się tego.
Boję się, że za każdym takim razem zostaje mnie coraz mniej i coraz mniej mi zależy.
Oczywiście, że moje wnętrze się wzbogaca. Temu nie zaprzeczę. Jednak myślę, że to wzbogacenie zbyt introwertyczne, żeby wyszło mi na dobre.
Czasem chciałbym być zwykłym prostakiem i nie mieć rozterek duchowych.
Na szczęście szybko wtedy dochodzę do siebie.
Nie zamieniłbym mojej zwichrowanej duszy i poszarpanej nadziei na nic innego.
Pozdrawiam więc całą resztę Wędrowców, tyle jeszcze drogi przed nami, nim okaże się, czy mieliśmy rację, czy pobłądziliśmy na amen.
M.
Po pierwsze i w sumie najbardziej merytorycznie - nie ma po co dalej się tutaj rozpisywać na ten temat. Jak dziennikarstwo w Polsce i na świecie wygląda, każdy widzi.
Po drugie mam pełno spraw na głowie. Praca, projekt z Unii Europejskiej (czyli druga praca), kurs na prawo jazdy (w końcu się obudził, stary koń, heh) i różne takie towarzyskie sprawy. Nie było kiedy spokojnie usiąść i przelać myśli na cyfry.
Po trzecie zaś... nie mam dzisiaj absolutnie głowy do niczego. Czeka mnie przynajmniej tydzień melancholii i to w najlepszym wypadku.
Tak to bywa, kiedy nagle wszystko traci barwy, smak i zapach.
Cóż, przez jakiś czas będzie tak ze mną.
W sumie śmieszna sprawa, prawda? Każdy postrzega szczęście inaczej, dąży do niego inną drogą, inaczej sobie ten cel wyobraża. Nie zaprzeczę, że u mnie to sama droga jest szczęściem, więc zdarza się, że nagle budzę się z ręką w nocniku.
Jest tak, gdy zdaję sobie sprawę, że zapędziłem się w kozi róg. Rozglądam się i widzę, że nagle to, co miało być tymczasowe i służyć czemuś w bliższej, lub dalszej przyszłości, teraz staje się miałkie i bez znaczenia.
Oto słyszę, jak w popiół
przemieniam się i kruszę.
I coraz mniejszy ciałem,
wierzę we własną duszę.
Tak to właśnie bywa, gdy po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że z otaczających mnie rzeczy nic tak naprawdę mnie nie interesuje. Tak wiele robię z przyzwyczajenia, lub z przymusu. Czy też z wygody.
A przecież tak naprawdę nie istnieje nic, poza tym co oddziałuje bezpośrednio na moją duszę. Nawet jeśli reszta jest namacalna, osiągalna i "rzeczywista", to są o tylko przedmioty, wcale nie niezbędne ułatwienia... lub przeszkody.
Także w moim życiu nadszedł czas na kolejne wypośrodkowanie siebie i swoich priorytetów. Być może także - na zastanowienie się, czy mam jakieś, bądź czy warto je mieć. Przyznaje się i przed Wami i przed samym sobą, że boję się tego.
Boję się, że za każdym takim razem zostaje mnie coraz mniej i coraz mniej mi zależy.
Oczywiście, że moje wnętrze się wzbogaca. Temu nie zaprzeczę. Jednak myślę, że to wzbogacenie zbyt introwertyczne, żeby wyszło mi na dobre.
Czasem chciałbym być zwykłym prostakiem i nie mieć rozterek duchowych.
Na szczęście szybko wtedy dochodzę do siebie.
Nie zamieniłbym mojej zwichrowanej duszy i poszarpanej nadziei na nic innego.
Pozdrawiam więc całą resztę Wędrowców, tyle jeszcze drogi przed nami, nim okaże się, czy mieliśmy rację, czy pobłądziliśmy na amen.
M.
czwartek, 18 października 2012
Czwarta w(ł)adzia.
Dziennikarstwo to piękna rzecz.
Napisawszy te słowa, rzecz jasna, musiałem sam siebie spoliczkować. Nawet gdy przed samym sobą, a i przed Wami, mówię jasno: był to sarkazm.
Gdy myślę: dziennikarz, nie staje mi (khem khem) przed oczami obraz Kubusia ze "Złego" Tyrmanda. Niestety! Czasy nie te. Misja, powołanie i miłość do języka, o! Bezpowrotnie utracone ideały.
Włączam kochaną naszą TVP (nie mam serca wyrzucać telewizora, a czasem w kablówce coś się znajdzie na oglądanie przy obiedzie) i słyszę co... "tą sprawę".
No i szlag mnie trafia. Niedouczony patafian (czy patafianka; mamy równouprawnienie, kobiety też mogą być głupie!) nie potrafi się nawet wysłowić w ojczystym języku.
Co gorsza, nie tyle nie potrafi, co nie chce mu się.
Naprawdę nie chciałbym znęcać się nad tymi "harującymi" w pocie czoła przodownikami pracy, tytanami umysłu i znawcami kultury... stop. Za dużo sarkazmu.
Powiem Wam szczerze, od dziennikarzyków nie wymagam już nawet rzetelności, czy przekazywania w sposób przejrzysty i ciekawy informacji na tematy ważne, a nie sensacyjne. Wymagam od nich tylko jednego: żeby niebo nie zwaliło im się na głowę.
Niestety, za późno na to. Zwaliło im się (no dobrze, nie wszystkim, są chlubne wyjątki) i pozbawiło umiejętności poprawnego posługiwania się polszczyzną.
Żeby to tylko chodziło o telewizję. Wielokroć pismaki popełniają morderstwa na papierze, a jak nie na papierze, to po prostu na słowie pisanym.
Choć mam ostatnio straszne urwanie głowy przysiadłem dzisiaj do parakultury z czystego przypadku.
Lubię czasem odmóżdżyć się. Onety, o2 i inne takie popierdółkowe portale internetowe (nie mylić ze z dużymi luźnymi gaciami) wielokrotnie dostarczają mi taniej, acz przedniej zabawy. Utwardzają mnie też w przekonaniu, że dookoła jest tak dużo głupszych ode mnie istot, że faktycznie nie mogę być zwykłym przeciętniakiem.
Nieźle to podnosi samopoczucie, a i (w miarę zdrowo) buduje ego.
Dzisiaj jednak... słuchajcie tego.
onet.pl
Wiadomo, że tylko o szczebel wyżej poziomem od o2, generalnie jedyne co tam jest ciekawego, to wiadomości ze świata. Mało w nich komentarza. I dobrze, internetowe pismaki to najgorsze, co może spotkać ludzkość.
A nie? Patrzcie! Każdy idiota może założyć bloga, komentować, popisywać się malkontenctwem i wychodzić na nadętego bufona.
Dobrze, że ja taki nie jestem ;).
Przejdźmy do sedna, owej kropli przelewającej czarę goryczy.
Mały cytat ze strony głównej:
Chodzi o wazektomię. http://pl.wikipedia.org/wiki/Wazektomia - oczywiście polecam angielską wersję hasła; polska jest... uboga
Zacznijmy od tego, że najpewniejszą metodą antykoncepcji jest celibat. No, wybaczcie, tego się przebić nie da.
Mówienie także, że jest to najmniej inwazyjna metoda antykoncepcji dla kobiet, to jak powiedzieć, że dla mężczyzny najmniej inwazyjna jest dopochwowa spirala.
No... wiecie... mężczyźni nie mają pochwy. Z tego co mi wiadomo, żadnemu nie sprawdzałem, może żyję w innym świecie?
Nie będę negował (z doświadczeń swoich oraz osób mi znanych), że mężczyźni są wygodniccy. W sumie uznajemy niemal tylko prezerwatywę albo tabletki (oczywiście brane przez kobietę).
I co? Źle? Ano nie.
Ale antykoncepcja to coś, co można odstawić, co można przestać stosować. Wazektomia jest permanentną formą kontroli urodzin. Dobrze przeprowadzona jest nieodwołalna.
Nie ma zmiłuj, już zawsze postrzelasz ślepakami.
Czy więc to mężczyzna traci najwięcej? Chyba nie. Znowu, popierając się wywiadem środowiskowym, stwierdzam dobitnie - wśród moich znajomych panuje święte przekonanie, że "gumka" to jednak nie to. Jest to, jakby nie patrzeć, wypowiedź ze strony obu płci, więc "szanowne" feministki mogą "mnie skoczyć" ;).
Otóż w przypadku wazektomii traci para. Dwoje ludzi, którzy już nigdy nie będą mogli mieć ze sobą dzieci. Chyba, rzecz jasna, że zamrożą sobie kilka "strzałów" i później zapłodnią się in vitro. A pewnie, czemu nie?
Jednak strata jest po dwóch stronach i tego nie da się wywinąć ogonem.
Mała sprawa, błaha w sumie, prawda? A jednak tak działają dziennikarzyki. Wypisują dyrdymały, nie myśląc nawet, czy to co Bogu ducha winni ludzie będą czytać jest prawdą, czy też nie.
Najczęściej okazuje się, że nie.
Nasza czwarta władza to właśnie taka pani Władzia. Niedouczona, pretensjonalna i dość prymitywna. We mnie wzbudza pogardę, gdyż jej bożkiem jest oglądalność, bądź misja propagowania danej pseudo-idei.
Lecz o tym drugim następnym razem, na dziś już starczy tych wynurzeń ;).
Dobranoc!
M.
Napisawszy te słowa, rzecz jasna, musiałem sam siebie spoliczkować. Nawet gdy przed samym sobą, a i przed Wami, mówię jasno: był to sarkazm.
Gdy myślę: dziennikarz, nie staje mi (khem khem) przed oczami obraz Kubusia ze "Złego" Tyrmanda. Niestety! Czasy nie te. Misja, powołanie i miłość do języka, o! Bezpowrotnie utracone ideały.
Włączam kochaną naszą TVP (nie mam serca wyrzucać telewizora, a czasem w kablówce coś się znajdzie na oglądanie przy obiedzie) i słyszę co... "tą sprawę".
No i szlag mnie trafia. Niedouczony patafian (czy patafianka; mamy równouprawnienie, kobiety też mogą być głupie!) nie potrafi się nawet wysłowić w ojczystym języku.
Co gorsza, nie tyle nie potrafi, co nie chce mu się.
Naprawdę nie chciałbym znęcać się nad tymi "harującymi" w pocie czoła przodownikami pracy, tytanami umysłu i znawcami kultury... stop. Za dużo sarkazmu.
Powiem Wam szczerze, od dziennikarzyków nie wymagam już nawet rzetelności, czy przekazywania w sposób przejrzysty i ciekawy informacji na tematy ważne, a nie sensacyjne. Wymagam od nich tylko jednego: żeby niebo nie zwaliło im się na głowę.
Niestety, za późno na to. Zwaliło im się (no dobrze, nie wszystkim, są chlubne wyjątki) i pozbawiło umiejętności poprawnego posługiwania się polszczyzną.
Żeby to tylko chodziło o telewizję. Wielokroć pismaki popełniają morderstwa na papierze, a jak nie na papierze, to po prostu na słowie pisanym.
Choć mam ostatnio straszne urwanie głowy przysiadłem dzisiaj do parakultury z czystego przypadku.
Lubię czasem odmóżdżyć się. Onety, o2 i inne takie popierdółkowe portale internetowe (nie mylić ze z dużymi luźnymi gaciami) wielokrotnie dostarczają mi taniej, acz przedniej zabawy. Utwardzają mnie też w przekonaniu, że dookoła jest tak dużo głupszych ode mnie istot, że faktycznie nie mogę być zwykłym przeciętniakiem.
Nieźle to podnosi samopoczucie, a i (w miarę zdrowo) buduje ego.
Dzisiaj jednak... słuchajcie tego.
onet.pl
Wiadomo, że tylko o szczebel wyżej poziomem od o2, generalnie jedyne co tam jest ciekawego, to wiadomości ze świata. Mało w nich komentarza. I dobrze, internetowe pismaki to najgorsze, co może spotkać ludzkość.
A nie? Patrzcie! Każdy idiota może założyć bloga, komentować, popisywać się malkontenctwem i wychodzić na nadętego bufona.
Dobrze, że ja taki nie jestem ;).
Przejdźmy do sedna, owej kropli przelewającej czarę goryczy.
Mały cytat ze strony głównej:
Najpewniejsza metoda antykoncepcji. Dla kobiety, która nie chce mieć (więcej) dzieci jest najmniej inwazyjną i najpewniejszą metodą antykoncepcji. Ale mężczyźni mają do stracenia najwięcej...
Chodzi o wazektomię. http://pl.wikipedia.org/wiki/Wazektomia - oczywiście polecam angielską wersję hasła; polska jest... uboga
Zacznijmy od tego, że najpewniejszą metodą antykoncepcji jest celibat. No, wybaczcie, tego się przebić nie da.
Mówienie także, że jest to najmniej inwazyjna metoda antykoncepcji dla kobiet, to jak powiedzieć, że dla mężczyzny najmniej inwazyjna jest dopochwowa spirala.
No... wiecie... mężczyźni nie mają pochwy. Z tego co mi wiadomo, żadnemu nie sprawdzałem, może żyję w innym świecie?
Nie będę negował (z doświadczeń swoich oraz osób mi znanych), że mężczyźni są wygodniccy. W sumie uznajemy niemal tylko prezerwatywę albo tabletki (oczywiście brane przez kobietę).
I co? Źle? Ano nie.
Ale antykoncepcja to coś, co można odstawić, co można przestać stosować. Wazektomia jest permanentną formą kontroli urodzin. Dobrze przeprowadzona jest nieodwołalna.
Nie ma zmiłuj, już zawsze postrzelasz ślepakami.
Czy więc to mężczyzna traci najwięcej? Chyba nie. Znowu, popierając się wywiadem środowiskowym, stwierdzam dobitnie - wśród moich znajomych panuje święte przekonanie, że "gumka" to jednak nie to. Jest to, jakby nie patrzeć, wypowiedź ze strony obu płci, więc "szanowne" feministki mogą "mnie skoczyć" ;).
Otóż w przypadku wazektomii traci para. Dwoje ludzi, którzy już nigdy nie będą mogli mieć ze sobą dzieci. Chyba, rzecz jasna, że zamrożą sobie kilka "strzałów" i później zapłodnią się in vitro. A pewnie, czemu nie?
Jednak strata jest po dwóch stronach i tego nie da się wywinąć ogonem.
Mała sprawa, błaha w sumie, prawda? A jednak tak działają dziennikarzyki. Wypisują dyrdymały, nie myśląc nawet, czy to co Bogu ducha winni ludzie będą czytać jest prawdą, czy też nie.
Najczęściej okazuje się, że nie.
Nasza czwarta władza to właśnie taka pani Władzia. Niedouczona, pretensjonalna i dość prymitywna. We mnie wzbudza pogardę, gdyż jej bożkiem jest oglądalność, bądź misja propagowania danej pseudo-idei.
Lecz o tym drugim następnym razem, na dziś już starczy tych wynurzeń ;).
Dobranoc!
M.
czwartek, 4 października 2012
Biurokracja, a człowiek
Rozbroiło mnie ostatnio kilka rzeczy.
Niektóre pozytywnie, jak chociażby przedłużony wyjazd w góry, przełamany szlajaniem się po Wrocławiu. Oj, trzeba jakoś dwudziesty-ósmy rok życia uczcić, a jak lepiej, niż w złotych, jesiennych Karkonoszach? Zejście czerwonym szlakiem ze Śnieżki dołączyło do grona najlepszych wspomnień w życiu.
Między innymi dlatego, że przeżyłem, a mam swoisty lęk przestrzeni. Kto zaś tamtędy schodził, wie, o co chodzi. Istna masakra i tyle. Kozica by się ze strachu potentegowała :).
Ale ja nie o tym. Chociaż... nawet i tam spotkaliśmy się ze zwykłą, ludzką tępotą.
Pewna niezbyt rozgarnięta pani (na wyrost pisane) w pewnej pizzerii w Karpaczu, nie była w stanie objąć małym rozumkiem tego, że ktoś chciałby ot tak, wymienić sobie jakiś składnik na pizzy na inny. Za dopłatą, owszem. Ale zwykła wymiana? Bójcie się Boga, kto takie herezyje wymyśla?! Pewnie jakieś studenty i inne wagabundy :).
Przynajmniej sama pizza (choć inna niż chcieliśmy), była ze wszech miar pyszna. Wybitne ciasto - mała reklama, chodzi o Diabolo, czy tam Diavolo, nie pamiętam dokładnie. Polecam, ale za nic nie dawać napiwków.
Cóż tam dalej? Pierdoły z cyklu "pracował Pan u nas przed chwilą, ale niestety nie wiemy niczego o Panu, więc proszę jeszcze raz napisać oświadczenie, że pracował Pan u nas w ubiegłym roku". Przesadzam jeno odrobinę, przyjmowanie do pracy, tak w 100% legalnie i tak dalej, to musi być jakiś koszmar dla pracodawcy.
"Tony papierów, tony analiz". A przede wszystkim te druki, druczki, pierdoły.
Ludzie! Toniemy w bezsensownej kupie papierzysk. Biurokracja robi z nas idiotów, którzy nie potrafią i nie mogą myśleć inaczej, niż w odbiciu z szablonu.
Ja rozumiem, wolna Amerykanka i pełna swoboda to gwarantowany burdel. Obecnie, jednak, biurokracja rozszerza się cały czas - i to tylko po to, by urosnąć w siłę. By dać "miejsca pracy", a więc, by zabrać czas i pieniądze tym, którzy woleliby tych wszystkich pierdół uniknąć - i mieć święty spokój.
Ktoś mógłby powiedzieć (siema Radzio ;) ), że oto Polska właśnie. Nic bardziej mylnego! Cała Unia Europejska dąży do tego. Odhumanizowanie, zamienienie w numerek, w jednostkę pracującą, czy tam fizyczną. Przecież to już nie człowiek.
Sprowadzają nas do płatnika, podatnika i idioty. Ale, przecież tak trzeba. Co nie?
Słyszę to często powtarzane, jak mantrę. Trzeba mieć pieniądze.
Trzeba robić karierę. Trzeba piąć się w górę!
Trzeba wygrać w wyścigu szczurów!
Tylko, że... wiecie co? Ten, kto wygrywa w wyścigu szczurów, dalej pozostaje szczurem. A ja wolę zostać z boku i cieszyć się życiem.
Czego i Wam życzę!
M.
Niektóre pozytywnie, jak chociażby przedłużony wyjazd w góry, przełamany szlajaniem się po Wrocławiu. Oj, trzeba jakoś dwudziesty-ósmy rok życia uczcić, a jak lepiej, niż w złotych, jesiennych Karkonoszach? Zejście czerwonym szlakiem ze Śnieżki dołączyło do grona najlepszych wspomnień w życiu.
Między innymi dlatego, że przeżyłem, a mam swoisty lęk przestrzeni. Kto zaś tamtędy schodził, wie, o co chodzi. Istna masakra i tyle. Kozica by się ze strachu potentegowała :).
Ale ja nie o tym. Chociaż... nawet i tam spotkaliśmy się ze zwykłą, ludzką tępotą.
Pewna niezbyt rozgarnięta pani (na wyrost pisane) w pewnej pizzerii w Karpaczu, nie była w stanie objąć małym rozumkiem tego, że ktoś chciałby ot tak, wymienić sobie jakiś składnik na pizzy na inny. Za dopłatą, owszem. Ale zwykła wymiana? Bójcie się Boga, kto takie herezyje wymyśla?! Pewnie jakieś studenty i inne wagabundy :).
Przynajmniej sama pizza (choć inna niż chcieliśmy), była ze wszech miar pyszna. Wybitne ciasto - mała reklama, chodzi o Diabolo, czy tam Diavolo, nie pamiętam dokładnie. Polecam, ale za nic nie dawać napiwków.
Cóż tam dalej? Pierdoły z cyklu "pracował Pan u nas przed chwilą, ale niestety nie wiemy niczego o Panu, więc proszę jeszcze raz napisać oświadczenie, że pracował Pan u nas w ubiegłym roku". Przesadzam jeno odrobinę, przyjmowanie do pracy, tak w 100% legalnie i tak dalej, to musi być jakiś koszmar dla pracodawcy.
"Tony papierów, tony analiz". A przede wszystkim te druki, druczki, pierdoły.
Ludzie! Toniemy w bezsensownej kupie papierzysk. Biurokracja robi z nas idiotów, którzy nie potrafią i nie mogą myśleć inaczej, niż w odbiciu z szablonu.
Ja rozumiem, wolna Amerykanka i pełna swoboda to gwarantowany burdel. Obecnie, jednak, biurokracja rozszerza się cały czas - i to tylko po to, by urosnąć w siłę. By dać "miejsca pracy", a więc, by zabrać czas i pieniądze tym, którzy woleliby tych wszystkich pierdół uniknąć - i mieć święty spokój.
Ktoś mógłby powiedzieć (siema Radzio ;) ), że oto Polska właśnie. Nic bardziej mylnego! Cała Unia Europejska dąży do tego. Odhumanizowanie, zamienienie w numerek, w jednostkę pracującą, czy tam fizyczną. Przecież to już nie człowiek.
Sprowadzają nas do płatnika, podatnika i idioty. Ale, przecież tak trzeba. Co nie?
Słyszę to często powtarzane, jak mantrę. Trzeba mieć pieniądze.
Trzeba robić karierę. Trzeba piąć się w górę!
Trzeba wygrać w wyścigu szczurów!
Tylko, że... wiecie co? Ten, kto wygrywa w wyścigu szczurów, dalej pozostaje szczurem. A ja wolę zostać z boku i cieszyć się życiem.
Czego i Wam życzę!
M.
środa, 26 września 2012
Morloków pokłosie.
Dziś niespecjalnie był czas na głębsze refleksje - ot, siedzenie od rana w poczekalni (dwie książki, na zapas), drzemka, obiad, ponowna wizyta, tym razem już, na szczęście koniec. Miła niespodzianka w postaci czyiś odwiedzin. No i w sumie tyle, cały dzień przeleciał. Druga część nawet bardzo miło, ale ja nie o tym.
Znowuż spotkałem morloków! Tym razem już bardziej zaawansowanych, starszych. Ja tego nie rozumiem, moi drodzy. Wszystkie poczekalnie wypełnione są ludźmi, którzy nudzą się jak mopsy. Wszystkie poczekalnie w Polsce, a pewnie i na całym świecie.
Jeżeli poza Ziemią istnieje jeszcze jakieś życie, to pewnie i u nich ludzie w kolejkach się nudzą.
Więc czemu, powiedzcie mi, nie ma dżemu? Tfu, znaczy: czemu znowu tylko ja miałem książkę? Przecież to jest... chore. Nawet ludzie którzy czekali tam ze mną rano (nie tak trudno jest zapamiętać kilka z kilkunastu twarzy), nie poszli po rozum do głowy i nie przynieśli ze sobą... niczego. Przecież oni nawet nie bawili się komórkami. Siedzieli, czasem wymienili kilka słów. Generalnie jednak, banda zombie.
Prawie się bałem, że rzucą się na mój mózg. W końcu pracował, więc musiał smakowicie pachnieć!
Sytuację uratował i skomplikował pewien pan, który, co prawda, nie spodziewał się kolejki (hurraoptymista ;) ), lecz szybko zlokalizował na stojącym tam stoliku stertę czasopism. I to nie syfu pokroju "Twój Styl", lecz całkiem rzeczowego i konkretnego czasopisma "Angora" (jak ktoś nie wie - zbiór co ciekawszych przedruków z poprzedniego tygodnia + artykuły własne).
Dwie osoby, z dość głupimi minami, sięgnęło również po ową makulaturę. I to tyle.
Wyobrażacie sobie?
Kilkanaście osób (+ dobre parę, które już wcześniej wyszło), jednak książka, trzy czasopisma (dwa czytane, jedno tylko przeglądane - zapewne zbyt mało obrazków).
Można zżymać się, że młodzi nie czytają. Hulaj dusza, niechże zajmują się jakąś inną ambitną gałęzią kultury. Filmy? OK, czemu nie. Też zdarzają się wartościowe. Sam Internet to kapitalny temat na cały cykl wywodów (zwanych potocznie wynurzeniami, bądź wypocinami, he he). Czytanie to coś, co powinni zaszczepić dorośli. Rodzice. Nauczyciel może zachęcić, lecz czym skorupka za młodu nie nasiąknie, tym większa szansa, że na starość będzie trącić głąbem.
Niestety, mamy w kraju morloków, pozwalających wychowywać się nowym morlokom. Dlatego proszę, bardzo uniżenie zresztą: zawsze i wszędzie namawiajcie znajomych, sąsiadów i rodzinę do poszerzania horyzontów. Nie mówię tylko o książkach (pragmatyczny dorobkiewicz ma taki eskapizm za godny pogardy, trudno). Ale dobry film, teatr... ba! Nazwanie tego, co leci w radiu badziewiem i przedstawienie alternatywy. Może i nie jest to wyjście dyplomatyczne, lecz w końcu mamy wolność słowa, jo?
Skorzystajmy więc z niej. Ja korzystam :). I najchętniej wprowadziłbym plan trzyletni pod hasłem "Matoły do stodoły!", lecz obawiam się, że pozostaję tutaj w mniejszości. Cóż, mniejszość wcale jednak nie musi być cicha i niesłyszalna.
Pokażcie światu, że literatura i inne oblicza sztuki to coś, co warte jest poświęcenia czasu, a nawet i zachodu. Miarą cywilizacji jest nie to, ile energii wyciśniemy z kilograma danej materii, lecz jak podchodzimy do naszego miejsca w świecie, jak przeżywamy każdy dzień i jak odnajdujemy się na tej drodze ku nieznanemu.
Nie bądźmy więc ani morlokami, ani elojami.... ejolami... cholera, znajdźmy złoty środek. Chociaż tak dla siebie. I dla bliskich. Naprawdę warto, daję słowo!
M.
Znowuż spotkałem morloków! Tym razem już bardziej zaawansowanych, starszych. Ja tego nie rozumiem, moi drodzy. Wszystkie poczekalnie wypełnione są ludźmi, którzy nudzą się jak mopsy. Wszystkie poczekalnie w Polsce, a pewnie i na całym świecie.
Jeżeli poza Ziemią istnieje jeszcze jakieś życie, to pewnie i u nich ludzie w kolejkach się nudzą.
Więc czemu, powiedzcie mi, nie ma dżemu? Tfu, znaczy: czemu znowu tylko ja miałem książkę? Przecież to jest... chore. Nawet ludzie którzy czekali tam ze mną rano (nie tak trudno jest zapamiętać kilka z kilkunastu twarzy), nie poszli po rozum do głowy i nie przynieśli ze sobą... niczego. Przecież oni nawet nie bawili się komórkami. Siedzieli, czasem wymienili kilka słów. Generalnie jednak, banda zombie.
Prawie się bałem, że rzucą się na mój mózg. W końcu pracował, więc musiał smakowicie pachnieć!
Sytuację uratował i skomplikował pewien pan, który, co prawda, nie spodziewał się kolejki (hurraoptymista ;) ), lecz szybko zlokalizował na stojącym tam stoliku stertę czasopism. I to nie syfu pokroju "Twój Styl", lecz całkiem rzeczowego i konkretnego czasopisma "Angora" (jak ktoś nie wie - zbiór co ciekawszych przedruków z poprzedniego tygodnia + artykuły własne).
Dwie osoby, z dość głupimi minami, sięgnęło również po ową makulaturę. I to tyle.
Wyobrażacie sobie?
Kilkanaście osób (+ dobre parę, które już wcześniej wyszło), jednak książka, trzy czasopisma (dwa czytane, jedno tylko przeglądane - zapewne zbyt mało obrazków).
Można zżymać się, że młodzi nie czytają. Hulaj dusza, niechże zajmują się jakąś inną ambitną gałęzią kultury. Filmy? OK, czemu nie. Też zdarzają się wartościowe. Sam Internet to kapitalny temat na cały cykl wywodów (zwanych potocznie wynurzeniami, bądź wypocinami, he he). Czytanie to coś, co powinni zaszczepić dorośli. Rodzice. Nauczyciel może zachęcić, lecz czym skorupka za młodu nie nasiąknie, tym większa szansa, że na starość będzie trącić głąbem.
Niestety, mamy w kraju morloków, pozwalających wychowywać się nowym morlokom. Dlatego proszę, bardzo uniżenie zresztą: zawsze i wszędzie namawiajcie znajomych, sąsiadów i rodzinę do poszerzania horyzontów. Nie mówię tylko o książkach (pragmatyczny dorobkiewicz ma taki eskapizm za godny pogardy, trudno). Ale dobry film, teatr... ba! Nazwanie tego, co leci w radiu badziewiem i przedstawienie alternatywy. Może i nie jest to wyjście dyplomatyczne, lecz w końcu mamy wolność słowa, jo?
Skorzystajmy więc z niej. Ja korzystam :). I najchętniej wprowadziłbym plan trzyletni pod hasłem "Matoły do stodoły!", lecz obawiam się, że pozostaję tutaj w mniejszości. Cóż, mniejszość wcale jednak nie musi być cicha i niesłyszalna.
Pokażcie światu, że literatura i inne oblicza sztuki to coś, co warte jest poświęcenia czasu, a nawet i zachodu. Miarą cywilizacji jest nie to, ile energii wyciśniemy z kilograma danej materii, lecz jak podchodzimy do naszego miejsca w świecie, jak przeżywamy każdy dzień i jak odnajdujemy się na tej drodze ku nieznanemu.
Nie bądźmy więc ani morlokami, ani elojami.... ejolami... cholera, znajdźmy złoty środek. Chociaż tak dla siebie. I dla bliskich. Naprawdę warto, daję słowo!
M.
poniedziałek, 24 września 2012
Polskie morloki.
Uciąłem sobie ostatnio pogawędkę z mamą, polonistką (dla tych co nie wiedzą; ważna informacja). Rozmowa dotyczyła sztuki ogółem, a literatury w szczególności, była zaś pokłosiem artykułu dziennikarza Wyborczej, który popełnił w swoim życiu też kilka powieści, a przynajmniej książek.
Z artykuł ten, a więc, z konieczności, i rozmowa, dotyczył pewnego smutnego faktu. Wedle badań jakiegoś OBOP-u, czy podobnego tworu, ponad połowa Polaków nie sięgnęła w ubiegłym roku do książki. Co gorsza, nie zamierza.
Sam artykuł jakiś nowatorski nie był, ot, modnie wyśmiewał obecnego premiera (co miał dziadka w Wermachcie), iż ten woli grać "w gałę", niż zabrać swoich ministrów do księgarni.
Jako mnie samego to nie dziwi, w końcu sam bym bydła na salony nie prowadził. A i jaki pasterz, każdy widzi :).
Urzekło mnie jednak odwołanie do H. G. Wells'a i jego podziemnych morloków, zafascynowanych maszynami, wypaczonym postępem i tym co przyziemne, odrzucające piękno i to, co nie praktyczne. Żerujących zaś na ejolach... uhmmm... a może elojach? Dokładnie nie nazwy pamiętam i poprawę obiecuję, fakt, że żerowali w sposób bardzo bezpośredni (kanibalizm), zaś te, niegdyś bratnie, istoty, ze wszech miar przypominały niewykształcone dzieci, naiwne i nie potrafiące współpracować. Łatwe do zmanipulowania, by nie rzec, wypasu.
Obie grupy zaś nie czytały. I jedne i drugie były na to, na swój sposób, za głupie. Choć jedne z wrodzonej już niemalże indolencji, drugie zaś z powodu świadomej ignorancji, odrzucenia takich wartości.
Czemuż to mi przyszło do głowy, czemu o tym właśnie piszę? (świadomie używam tu czasu teraźniejszego, gwoli ścisłości)
Otóż siedziałem sobie dzisiaj chwilę niedługą w pobliskim centrum medycznym. Bywam tam w miarę regularnym gościem, ot, takie sprawy alergika.
Tym jednak razem zagnały mnie tam sprawy medycyny pracy. Wiecie, te badania i inne duperele. No i oba typy wizyt miały pewną wspólny mianownik.
Zawsze, ale to zawsze noszę ze sobą książkę.
Zdziwilibyście się, jak rzadko widzę kogokolwiek, kto by czytał, czekając, razem ze mną. Zrozumiem osoby czekające razem, zawsze można porozmawiać.
Lecz reszta? Siedzą, bądź stoją, mina cierpiętnicza, bądź chociaż znudzona, przygarbieni, puste spojrzenie. Tragedia, powiadam.
Tak samo było dzisiaj. Małym wyjątkiem było to, że cała poczekalnia była wypełniona młodzieżą szkolną i studentami, co mi trochę szyki pokrzyżowało, gdyż mogłem się tylko zarejestrować na jutro. Nic to. Chwilkę poczekałem (czytając "Ptaśka" - tak, tak, cicho, nadrabiam), nie omieszkałem jednak przyjrzeć się bacznie otoczeniu.
W poczekalni znajdowało się, poza mną, kilkanaście osób. Trzy dziewczyny zawzięcie między sobą trajkotały. Fair enough. Wizyta u dermatologa też ciekawa sprawa. Akurat średnio mnie interesowało, gdzie jedna z drugą mają krosty, ale to już insza inszość.
Prawdziwy problem leżał w tym, że byłem absolutnie jedyną osobą z książką.
Nie było wyjątku. Nie wiem, czy to pokłosie tego, że można "bawić się komórką", czy też brak doświadczenia w kwestii przebywania w słynnych "życiowych" kolejkach.
Tak, czy inaczej, ja od niepamiętnych czasów nie lubię marnować ten sposób czasu. Lubię się polenić, mieć czas wolny, nic nie robić. Bezczynność jednak... jest dla mnie męcząca, uciążliwa. Nie potrafię tak, słowo.
Na szczęście jako osoba do rejestracji byłem poza kolejką, szybko więc opuściłem naszą osowiałą gromadkę morloczków. Gnębi mnie jednak pewna myśl - czy był to przypadek, czy te osoby naprawdę nigdy nie sięgają po książkę?
Jeśli zaś prawdziwa jest ta druga opcja, to czy zamiłowanie do kultury mogą odnaleźć w cyfrowym świecie? Wiadomo, że ona tam jest. Internet (i peryferia) jest jednak strasznym śmietnikiem. Czy na pewno mogą trafić na to, co wartościowe?
I, co gorsza, czy chcą?
M.
Z artykuł ten, a więc, z konieczności, i rozmowa, dotyczył pewnego smutnego faktu. Wedle badań jakiegoś OBOP-u, czy podobnego tworu, ponad połowa Polaków nie sięgnęła w ubiegłym roku do książki. Co gorsza, nie zamierza.
Sam artykuł jakiś nowatorski nie był, ot, modnie wyśmiewał obecnego premiera (co miał dziadka w Wermachcie), iż ten woli grać "w gałę", niż zabrać swoich ministrów do księgarni.
Jako mnie samego to nie dziwi, w końcu sam bym bydła na salony nie prowadził. A i jaki pasterz, każdy widzi :).
Urzekło mnie jednak odwołanie do H. G. Wells'a i jego podziemnych morloków, zafascynowanych maszynami, wypaczonym postępem i tym co przyziemne, odrzucające piękno i to, co nie praktyczne. Żerujących zaś na ejolach... uhmmm... a może elojach? Dokładnie nie nazwy pamiętam i poprawę obiecuję, fakt, że żerowali w sposób bardzo bezpośredni (kanibalizm), zaś te, niegdyś bratnie, istoty, ze wszech miar przypominały niewykształcone dzieci, naiwne i nie potrafiące współpracować. Łatwe do zmanipulowania, by nie rzec, wypasu.
Obie grupy zaś nie czytały. I jedne i drugie były na to, na swój sposób, za głupie. Choć jedne z wrodzonej już niemalże indolencji, drugie zaś z powodu świadomej ignorancji, odrzucenia takich wartości.
Czemuż to mi przyszło do głowy, czemu o tym właśnie piszę? (świadomie używam tu czasu teraźniejszego, gwoli ścisłości)
Otóż siedziałem sobie dzisiaj chwilę niedługą w pobliskim centrum medycznym. Bywam tam w miarę regularnym gościem, ot, takie sprawy alergika.
Tym jednak razem zagnały mnie tam sprawy medycyny pracy. Wiecie, te badania i inne duperele. No i oba typy wizyt miały pewną wspólny mianownik.
Zawsze, ale to zawsze noszę ze sobą książkę.
Zdziwilibyście się, jak rzadko widzę kogokolwiek, kto by czytał, czekając, razem ze mną. Zrozumiem osoby czekające razem, zawsze można porozmawiać.
Lecz reszta? Siedzą, bądź stoją, mina cierpiętnicza, bądź chociaż znudzona, przygarbieni, puste spojrzenie. Tragedia, powiadam.
Tak samo było dzisiaj. Małym wyjątkiem było to, że cała poczekalnia była wypełniona młodzieżą szkolną i studentami, co mi trochę szyki pokrzyżowało, gdyż mogłem się tylko zarejestrować na jutro. Nic to. Chwilkę poczekałem (czytając "Ptaśka" - tak, tak, cicho, nadrabiam), nie omieszkałem jednak przyjrzeć się bacznie otoczeniu.
W poczekalni znajdowało się, poza mną, kilkanaście osób. Trzy dziewczyny zawzięcie między sobą trajkotały. Fair enough. Wizyta u dermatologa też ciekawa sprawa. Akurat średnio mnie interesowało, gdzie jedna z drugą mają krosty, ale to już insza inszość.
Prawdziwy problem leżał w tym, że byłem absolutnie jedyną osobą z książką.
Nie było wyjątku. Nie wiem, czy to pokłosie tego, że można "bawić się komórką", czy też brak doświadczenia w kwestii przebywania w słynnych "życiowych" kolejkach.
Tak, czy inaczej, ja od niepamiętnych czasów nie lubię marnować ten sposób czasu. Lubię się polenić, mieć czas wolny, nic nie robić. Bezczynność jednak... jest dla mnie męcząca, uciążliwa. Nie potrafię tak, słowo.
Na szczęście jako osoba do rejestracji byłem poza kolejką, szybko więc opuściłem naszą osowiałą gromadkę morloczków. Gnębi mnie jednak pewna myśl - czy był to przypadek, czy te osoby naprawdę nigdy nie sięgają po książkę?
Jeśli zaś prawdziwa jest ta druga opcja, to czy zamiłowanie do kultury mogą odnaleźć w cyfrowym świecie? Wiadomo, że ona tam jest. Internet (i peryferia) jest jednak strasznym śmietnikiem. Czy na pewno mogą trafić na to, co wartościowe?
I, co gorsza, czy chcą?
M.
niedziela, 23 września 2012
Podwójna reaktywacja (po raz n-ty)
Powrót do parakultury odkładałem od bardzo, bardzo dawna.
Cóż, "odkładałem", to dość nieszczęśliwe wyrażenie. Dojrzewał on we mnie, powoli i nieśpiesznie. Po prostu to, co popchnęło mnie do założenia tego bloga, przygasło. Nie zniknęło, broń Światłości. Ot, blog ów stracił świeżość i nie zawierał już tego, co chciałbym w nim przekazywać.
Potrzebowałem odpocząć, stąd milczenie.
Parakultura powraca więc, na kilka dni przez kolejnymi urodzinami. Moimi, nie jej, rzecz jasna :).
Czy odzyskałem świeżość i czy będę potrafił pisać przyjemne, odpowiednio zgryźliwe, lecz jednocześnie pozytywne teksty? Mam nadzieję.
Właśnie ta pozytywność jest tym, czego brakowało mi w ostatnich tekstach, bądź gdy myślałem, czy o czymś nie napisać. Powiem Wam, drodzy czytelnicy, że nie lubię wylewać jadu. Niestety zaś, wiele ze spraw, o których słuchać na co dzień, nie pozostawia nic innego.
Dlatego też dzisiejszy wpis traktować będzie o pewnym zjawisku, dzięki któremu takie pojęcie, jak (moja) parakultura w ogóle istnieje. Zjawisko owe zaś nosi miano Dead Can Dance (nie mylić z You Can Dance!). A cóż to takiego? – być może ktoś zapyta. Wujek Wiki zaś służy odpowiedzią:
(jest to) brytyjsko-australijska grupa muzyczna prezentująca alternatywne spojrzenie na world music, z wpływami gatunków zaliczanych do szeroko pojętego dark independent. Powstała 1981 r. w Melbourne z inicjatywy Brytyjczyka Brendana Perry'ego, do którego wkrótce dołączyła Australijka Lisa Gerrard[2]
Ot i tyle. Zespół ten zakończył działalność w 1998 roku, kapitalną płytą Spiritchaser, by niedawno odrodzić się, jak Feniks, własnym Anastasis. Odrodzić się, to dobre słowo, gdyż brzmią dokładnie tak, jak brzmieli niegdyś. Jakby te 14 lat ciszy było tylko kontemplacją, krótką pauzą w muzyce, która gra w ich duszach.
Moi drodzy, zapraszam w moją własną wycieczkę po tym, czym jest Dead Can Dance; po zjawisku, które re-definiuje wiele pojęć, dotykając bezpośrednio tego, co ulotne, duchowe i metafizyczne. A także niezaprzeczalnie piękne w ten kruchy, niekomercyjny sposób. Moja muzyczna ikona parakultury...
Jak sam Brandon śpiewa w otwierającym płytę utworze:
We are the children of the sun, our journey's just begun.
Tak, ich podróż dopiero się zaczyna, gdyż, podobnie jak i dla mnie, to podróż jest ważna, a nie cel. Podróż zaś zaczyna się codziennie na nowo. I tak ich muzyka towarzyszy mi już od dobrych kilku lat, w szczęściu i smutku. W domu i w podróży, cały czas jednak w sercu i w duszy.
Nie jestem pewien, czy będę potrafił opisać, jak bardzo ewoluuje we mnie sam odbiór ich utworów i ich przekazu. Tkwi w nich prawdziwa magia. Taka magia słów, dźwięków i aury.
Chyba ta ostatnia przemawia do mnie i działa na mnie najbardziej.
Wystarczy czasem, że zamknę oczy, by pojawił się we mnie obraz powiązany z jednym, lub drugim utworem. A też inaczej – stojąc gdzieś, w lesie, nad rzeką, czy też w górach, potrafię przypomnieć sobie jeden z ich utworów.
Ta muzyka przeniknęła mnie na wskroś, stała się częścią mnie. Po części wręcz stworzyła mnie, uczyniła ze mnie tego, kim jestem. To z niej, bezpośrednio z niej narodziła się parakultura.
Fakt, że ta idea wzrosła na podatnym gruncie. Zawsze byłem estetą, zawsze fascynowała mnie sztuka, piękno i poszukiwanie odpowiedzi, doznań, myśli.
Jednak dopiero Dead Can Dance pobudził to ziarno, które zakiełkowała we mnie literatura. Ot, takie uzupełnienie, gdyż człowiek bez różnorodnych bodźców nie ma szans na rozwój. Ja zaś nie mam zamiaru przestać się rozwijać. Górnolotny plan, cóż, lecz czasem bywam ambitny :).
Wróćmy jednak do ich nowej płyty. Zapraszam do mojej prywatnej i osobliwej minirecenzji. Mam nadzieję, że nią nie zanudzę!
Nim jednak zacznę, polecam puścić w tle następujący utwór - http://www.youtube.com/watch?v=J6aQEFzB3zQ a więc otwierające płytę Children of the Sun. Można dalej przy tym czytać, lecz nie radzę. Lepiej zamknąć oczy i się wsłuchać. Bądź znaleźć słowa tego utworu, by łatwiej zrozumieć, czym i dlaczego otwieramy płytę.
Przede wszystkim podkreślam, że ich nowa płyta nie jest wielkim krokiem naprzód, tak samo jak niczym przełomowym nie była ich pierwsza płyta. Z początku byli, jak to ładnie określono na wikipedii, dark independent. Wiecie, takie około-gotyckie granie. Przyjemne, ciekawe, intrygujące, a nawet i dość żywe (kto nie wierzy, tego odsyłam do The Trial http://www.youtube.com/watch?v=DggPe4KaD_c ).
Zmieniali się zaś z płyty na płytę, jednocześnie (i paradoksalnie) od drugiej pozostając tacy sami. Nie na darmo pojawiło się wśród osób zorientowanych określenie 'oni grają jak Dead Can Dance'. Potrafili zrobić... wszystko. Grali (grają!) muzykę z całego świata. Sięgali do brzmień egzotycznych, arabskich, irlandzkich i w zasadzie wszystkich innych. Płyta z 1998 roku, Spiritchaser, była niesamowicie szamańska, inspirowana etniczną muzyką Afryki.
Co więc ja znalazłem w DCD?
Przede wszystkim ich karnawał, a raczej pożegnanie z nich. Utwór tak pięknie nostalgiczny, że może być jednocześnie oswojeniem się z koncepcją śmierci, jak i kołysanką, dodającym otuchy i mówiącym o pięknie świata kocem, oddzielającym od wszystkiego, co zmęczyło nas w danym dniu.
Nie wiem jak opisać ten utwór słowami i pojęciami innymi, niż "doskonały", "kompletny", "magiczny", "hipnotyzujący".
Cała jego aranżacja, brzmienie, słowa, nawet teledysk... przepiękne i składające się w coś większego. O, właśnie tego szukałem. Jego suma jest większa, niż części składowe. Można go rozbierać na części, analizować i szukać w nim geniuszu. Jednak ów geniusz jest wszędzie, pomiędzy i jest nieuchwytny. Spotkać i znaleźć można go dopiero patrząc na całość, słuchając nie tylko uchem – też i duszą.
I właśnie... tutaj dochodzimy do sedna mojej minirecenzji. Muzycznie Dead Can Dance nie zmieniło się. Nadal są sobą i nadal trzymają poziom. Wielu ma im to za złe. Chcieli czegoś nowego. Lecz to jest jakby... zarzucać Paganiniemu, że to kapitalnie, iż wymyślił granie na skrzypcach niemal na nowo, ale teraz czekamy na coś nowego.
To nie tak, moi drodzy. Dead Can Dance to coś, co narodziło się w duszach pewnej dwójki, lecz co dojrzewa i kiełkuje w nas. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się tutaj... instrumentem.
Tak jak Brandon i Lisa jestem owym dzieckiem słońca, którego podróż dopiero się rozpoczyna. Tak jak i przez nich, tak i przeze mnie muzyka płynie i przedostaje się dalej. Kształtując mnie i świat.
Nie chciałbym, by to się zmieniło, zaś zbytnie eksperymentowanie mogłoby do tego doprowadzić.
Tak jak kiedyś Karnawał się zakończył, tak teraz rozpoczyna się na nowo. Inny, a jednak taki sam. Piękny i współtworzony przez to, jak go odbieramy.
To jest coś więcej niż rozrywka, coś więcej niż muzyka, coś więcej niż zwykła sztuka. To jest czysta parakultura, wykraczająca poza ramy, poza bariery, poza rzeczywistość.
Oto czym jest dla mnie Dead Can Dance.
A czym jest, lub może stać się dla Was? Odpowiedź można znaleźć tylko w jednym miejscu.
W Was.
Al'diel sha'la ;)
M.
Cóż, "odkładałem", to dość nieszczęśliwe wyrażenie. Dojrzewał on we mnie, powoli i nieśpiesznie. Po prostu to, co popchnęło mnie do założenia tego bloga, przygasło. Nie zniknęło, broń Światłości. Ot, blog ów stracił świeżość i nie zawierał już tego, co chciałbym w nim przekazywać.
Potrzebowałem odpocząć, stąd milczenie.
Parakultura powraca więc, na kilka dni przez kolejnymi urodzinami. Moimi, nie jej, rzecz jasna :).
Czy odzyskałem świeżość i czy będę potrafił pisać przyjemne, odpowiednio zgryźliwe, lecz jednocześnie pozytywne teksty? Mam nadzieję.
Właśnie ta pozytywność jest tym, czego brakowało mi w ostatnich tekstach, bądź gdy myślałem, czy o czymś nie napisać. Powiem Wam, drodzy czytelnicy, że nie lubię wylewać jadu. Niestety zaś, wiele ze spraw, o których słuchać na co dzień, nie pozostawia nic innego.
Dlatego też dzisiejszy wpis traktować będzie o pewnym zjawisku, dzięki któremu takie pojęcie, jak (moja) parakultura w ogóle istnieje. Zjawisko owe zaś nosi miano Dead Can Dance (nie mylić z You Can Dance!). A cóż to takiego? – być może ktoś zapyta. Wujek Wiki zaś służy odpowiedzią:
(jest to) brytyjsko-australijska grupa muzyczna prezentująca alternatywne spojrzenie na world music, z wpływami gatunków zaliczanych do szeroko pojętego dark independent. Powstała 1981 r. w Melbourne z inicjatywy Brytyjczyka Brendana Perry'ego, do którego wkrótce dołączyła Australijka Lisa Gerrard[2]
Ot i tyle. Zespół ten zakończył działalność w 1998 roku, kapitalną płytą Spiritchaser, by niedawno odrodzić się, jak Feniks, własnym Anastasis. Odrodzić się, to dobre słowo, gdyż brzmią dokładnie tak, jak brzmieli niegdyś. Jakby te 14 lat ciszy było tylko kontemplacją, krótką pauzą w muzyce, która gra w ich duszach.
Moi drodzy, zapraszam w moją własną wycieczkę po tym, czym jest Dead Can Dance; po zjawisku, które re-definiuje wiele pojęć, dotykając bezpośrednio tego, co ulotne, duchowe i metafizyczne. A także niezaprzeczalnie piękne w ten kruchy, niekomercyjny sposób. Moja muzyczna ikona parakultury...
Jak sam Brandon śpiewa w otwierającym płytę utworze:
We are the children of the sun, our journey's just begun.
Tak, ich podróż dopiero się zaczyna, gdyż, podobnie jak i dla mnie, to podróż jest ważna, a nie cel. Podróż zaś zaczyna się codziennie na nowo. I tak ich muzyka towarzyszy mi już od dobrych kilku lat, w szczęściu i smutku. W domu i w podróży, cały czas jednak w sercu i w duszy.
Nie jestem pewien, czy będę potrafił opisać, jak bardzo ewoluuje we mnie sam odbiór ich utworów i ich przekazu. Tkwi w nich prawdziwa magia. Taka magia słów, dźwięków i aury.
Chyba ta ostatnia przemawia do mnie i działa na mnie najbardziej.
Wystarczy czasem, że zamknę oczy, by pojawił się we mnie obraz powiązany z jednym, lub drugim utworem. A też inaczej – stojąc gdzieś, w lesie, nad rzeką, czy też w górach, potrafię przypomnieć sobie jeden z ich utworów.
Ta muzyka przeniknęła mnie na wskroś, stała się częścią mnie. Po części wręcz stworzyła mnie, uczyniła ze mnie tego, kim jestem. To z niej, bezpośrednio z niej narodziła się parakultura.
Fakt, że ta idea wzrosła na podatnym gruncie. Zawsze byłem estetą, zawsze fascynowała mnie sztuka, piękno i poszukiwanie odpowiedzi, doznań, myśli.
Jednak dopiero Dead Can Dance pobudził to ziarno, które zakiełkowała we mnie literatura. Ot, takie uzupełnienie, gdyż człowiek bez różnorodnych bodźców nie ma szans na rozwój. Ja zaś nie mam zamiaru przestać się rozwijać. Górnolotny plan, cóż, lecz czasem bywam ambitny :).
Wróćmy jednak do ich nowej płyty. Zapraszam do mojej prywatnej i osobliwej minirecenzji. Mam nadzieję, że nią nie zanudzę!
Nim jednak zacznę, polecam puścić w tle następujący utwór - http://www.youtube.com/watch?v=J6aQEFzB3zQ a więc otwierające płytę Children of the Sun. Można dalej przy tym czytać, lecz nie radzę. Lepiej zamknąć oczy i się wsłuchać. Bądź znaleźć słowa tego utworu, by łatwiej zrozumieć, czym i dlaczego otwieramy płytę.
Przede wszystkim podkreślam, że ich nowa płyta nie jest wielkim krokiem naprzód, tak samo jak niczym przełomowym nie była ich pierwsza płyta. Z początku byli, jak to ładnie określono na wikipedii, dark independent. Wiecie, takie około-gotyckie granie. Przyjemne, ciekawe, intrygujące, a nawet i dość żywe (kto nie wierzy, tego odsyłam do The Trial http://www.youtube.com/watch?v=DggPe4KaD_c ).
Zmieniali się zaś z płyty na płytę, jednocześnie (i paradoksalnie) od drugiej pozostając tacy sami. Nie na darmo pojawiło się wśród osób zorientowanych określenie 'oni grają jak Dead Can Dance'. Potrafili zrobić... wszystko. Grali (grają!) muzykę z całego świata. Sięgali do brzmień egzotycznych, arabskich, irlandzkich i w zasadzie wszystkich innych. Płyta z 1998 roku, Spiritchaser, była niesamowicie szamańska, inspirowana etniczną muzyką Afryki.
Co więc ja znalazłem w DCD?
Przede wszystkim ich karnawał, a raczej pożegnanie z nich. Utwór tak pięknie nostalgiczny, że może być jednocześnie oswojeniem się z koncepcją śmierci, jak i kołysanką, dodającym otuchy i mówiącym o pięknie świata kocem, oddzielającym od wszystkiego, co zmęczyło nas w danym dniu.
Nie wiem jak opisać ten utwór słowami i pojęciami innymi, niż "doskonały", "kompletny", "magiczny", "hipnotyzujący".
Cała jego aranżacja, brzmienie, słowa, nawet teledysk... przepiękne i składające się w coś większego. O, właśnie tego szukałem. Jego suma jest większa, niż części składowe. Można go rozbierać na części, analizować i szukać w nim geniuszu. Jednak ów geniusz jest wszędzie, pomiędzy i jest nieuchwytny. Spotkać i znaleźć można go dopiero patrząc na całość, słuchając nie tylko uchem – też i duszą.
I właśnie... tutaj dochodzimy do sedna mojej minirecenzji. Muzycznie Dead Can Dance nie zmieniło się. Nadal są sobą i nadal trzymają poziom. Wielu ma im to za złe. Chcieli czegoś nowego. Lecz to jest jakby... zarzucać Paganiniemu, że to kapitalnie, iż wymyślił granie na skrzypcach niemal na nowo, ale teraz czekamy na coś nowego.
To nie tak, moi drodzy. Dead Can Dance to coś, co narodziło się w duszach pewnej dwójki, lecz co dojrzewa i kiełkuje w nas. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję się tutaj... instrumentem.
Tak jak Brandon i Lisa jestem owym dzieckiem słońca, którego podróż dopiero się rozpoczyna. Tak jak i przez nich, tak i przeze mnie muzyka płynie i przedostaje się dalej. Kształtując mnie i świat.
Nie chciałbym, by to się zmieniło, zaś zbytnie eksperymentowanie mogłoby do tego doprowadzić.
Tak jak kiedyś Karnawał się zakończył, tak teraz rozpoczyna się na nowo. Inny, a jednak taki sam. Piękny i współtworzony przez to, jak go odbieramy.
To jest coś więcej niż rozrywka, coś więcej niż muzyka, coś więcej niż zwykła sztuka. To jest czysta parakultura, wykraczająca poza ramy, poza bariery, poza rzeczywistość.
Oto czym jest dla mnie Dead Can Dance.
A czym jest, lub może stać się dla Was? Odpowiedź można znaleźć tylko w jednym miejscu.
W Was.
Al'diel sha'la ;)
M.
wtorek, 12 czerwca 2012
Nie o EURO
A przynajmniej, nie w zasadniczej części wpisu.
Wiadomo, że rzetelność dziennikarska (ach, ten mój przeuroczy sarkazm) wymaga ode mnie poświęcenia tematowi kilku słów.
Zacznijmy od tematu bliskiego memu sercu, czyli tematowi cycków, domyślnie - ukraińskich. Otóż w ostatnim poście rozpisałem się na temat krasnych biustów ukraińskich feministek. Niestety, spotkał mnie srogi zawód. W ostatnich manifestacjach udział wzięły niewiasty raczej średnio ciekawe. Pal licho twarz, wiadomo, że wychodziła z nich złość. Złość na co? Nie wiem. Szczerze wątpię, żeby na Ukrainie mafia robiła regularne łapanki i zmuszała tamtejsze dziewuchy do nierządu.
No a co feministkom do cichodajek? To tak, jakby kury domowe protestowały przeciwko 'kobietom sukcesu'. I jedne i drugie mają nie po kolei w głowie, więc nie pozostaje nic innego, jak plasnąć się w czoło i oglądać mecze. Albo i nie, jak kto woli. Na tym polega wolność :).
Także Fe-menki mogły nawet mieć dobry pomysł na swój protest.
- Patrzcie - zdają się mówić - u nas wcale nie takie ładne kobiety, nie ma po co seksturystyki uprawiać.
No, powiedzcie sami, tak szczerze, z ręką na sercu... Być może chodzi tu o ekspresję i zniekształcenie (w innym przypadku przyjemnych dla oka) rysów twarzy, ale te przedstawicielki płci PIĘKNEJ z poniższych zdjęć jakoś mnie nie napawają zachwytem.


Przynajmniej ich reprezentacja wygrała. Dziewuszki pewnie mają to w czterech literach. Ciekawe, prawda? Mi się to kojarzy z pewnym rodzajem seksu, ale fe-ministki mają swój własny świat, a i ja się bawię innymi zabawkami, w innej piaskownicy, z innymi przedstawicielkami ich płci :).
Czego więc będzie dotyczył właściwy wpis?
Otóż, dość przypadkowo, Moskwy. W zasadzie tej Małej Moskwy, a więc Legnicy. Zainteresowanych rozwinięciem tematu zapraszam do odwiedzenia następującego linku -> http://poznajpolske.onet.pl/reportaze,49/legnica-pozdrowienia-z-malej-moskwy,42697,page2.html
Na zachętę zaś wkleję mały cycat... tfu, znaczy cytat :)
Jest to, proszę państwa, prawda co do kropki. Sam, mimo dość młodego wieku (gdy Rosjanie wyjeżdżali na dobre z Legnicy, w roku 1993, miałem raptem 9 lat), pamiętam część z opisanych sytuacji. Pamiętam, że czasem nieupilnowane, mówiące dziwnym językiem dzieci (tak podobnym, a tak innym) bawiły się z 'nami' w parku. Pamiętam stojący tam, jako pomniki, autentyczny sprzęt wojskowy z czasów II wojny światowej. Pamiętam patrole w charakterystycznych, obcych mundurach, z czerwoną gwiazdą. Pamiętam też Strefę. Kwadrat. Dzielnicę zakazaną. Drut kolczasty, karabiny, totalną obcość.
Pamiętam też dziurę w owym drucie, dobrze pilnowaną, rzecz jasna, przez którą, za łapówką, pewien smarkacz, pod opieką dorosłych, przedostawał się na egzotyczne zakupy.
A jednocześnie, do innego świata.
Cóż to był za świat! Zapuszczony bardziej, niż świat mojego dzieciństwa, późny PRL. Świat który sypał się i rozpadał. Brudny, zaniedbany, obcy.
Mimo tego, że Rosjanie to bracia Słowianie, byli jednak tak obcy, że przerażali owego małego chłopaka.
Jedyne co dawało mi odwagę tam iść, to słodkie, kandyzowane mleko w puszcze, dziwne, niespotykane w Polsce cukierki z dziwnymi napisami, cholernie słodki sok jabłkowy (także w puszcze!) i jeszcze inne rzeczy, których teraz nie pamiętam. Była tam jednak, na pewno, książka z Wilkiem i Zającem :).
Najbardziej jednak utrwaliły mi się w pamięci rewizje. A także moje pytanie - "Mamo, czego ci żołnierze szukają?"
Następnie zaś odpowiedź - 'Materiałów wybuchowych."
Wyobraźcie sobie teraz moje zdumienie - jak to, to moje spodenki mogą wybuchnąć?
Ech, dziecko z wyobraźnią to straszne przekleństwo ;).
Teraz po obecności wojsk radzieckich zostało mało.
Dla mnie osobiście, wpisali się w wielokulturowość mojego dzieciństwa, w obecny kosmopolityzm. Byli dla mnie integralną częścią świata.
Tak samo, jak oczywisty był znajdujący się jakieś 100 metrów od miejsca mojego zamieszkania stary, jeszcze przedwojenny, cmentarz żydowski. Czy też odwiedzający miasto Niemcy, którzy kiedyś mieli tu swe domu. Ot, Dolny Śląsk.
Rosjanie zaś zawsze byli tymi, którzy cierpieli z nami. Mieszkali obok, a nie wolno było im się zintegrować.
Wyrosłem wychowany w przekonaniu, że to nie Rosjanie są źli, ale władze sowieckie. Niezależnie od tego, po której stronie granicy, lewactwo jest mi obce i obrzydliwe. I choć w liceum przeżywałem zafascynowanie różnymi alternatywami, anarchizmem, Che Guevarą i wszystkim, co nie kojarzyło mi się z systemem, jednocześnie po wygraniu ongiś przez SLD wyborów parlamentarnych, po wybraniu Kwaśniewskiego na prezydenta, byłem święcie przekonany, że kończy się świat.
Że powrócą druty, kolczaste, mury i skończy się wolność.
Gdybym tylko wiedział, jacy idioci nadejdą do rządu później, zachowałbym trochę energii na strach w przyszłości ;).
A tak? Żyję w innym świecie i dobrze mi z tym. Czasem lepiej nie wiedzieć, co niesie ze sobą przyszłość.
Zabrakłoby nam siły na życie :).
Pozdrawiam i....
POLSKA GOLA!
M.
Wiadomo, że rzetelność dziennikarska (ach, ten mój przeuroczy sarkazm) wymaga ode mnie poświęcenia tematowi kilku słów.
Zacznijmy od tematu bliskiego memu sercu, czyli tematowi cycków, domyślnie - ukraińskich. Otóż w ostatnim poście rozpisałem się na temat krasnych biustów ukraińskich feministek. Niestety, spotkał mnie srogi zawód. W ostatnich manifestacjach udział wzięły niewiasty raczej średnio ciekawe. Pal licho twarz, wiadomo, że wychodziła z nich złość. Złość na co? Nie wiem. Szczerze wątpię, żeby na Ukrainie mafia robiła regularne łapanki i zmuszała tamtejsze dziewuchy do nierządu.
No a co feministkom do cichodajek? To tak, jakby kury domowe protestowały przeciwko 'kobietom sukcesu'. I jedne i drugie mają nie po kolei w głowie, więc nie pozostaje nic innego, jak plasnąć się w czoło i oglądać mecze. Albo i nie, jak kto woli. Na tym polega wolność :).
Także Fe-menki mogły nawet mieć dobry pomysł na swój protest.
- Patrzcie - zdają się mówić - u nas wcale nie takie ładne kobiety, nie ma po co seksturystyki uprawiać.
No, powiedzcie sami, tak szczerze, z ręką na sercu... Być może chodzi tu o ekspresję i zniekształcenie (w innym przypadku przyjemnych dla oka) rysów twarzy, ale te przedstawicielki płci PIĘKNEJ z poniższych zdjęć jakoś mnie nie napawają zachwytem.
Przynajmniej ich reprezentacja wygrała. Dziewuszki pewnie mają to w czterech literach. Ciekawe, prawda? Mi się to kojarzy z pewnym rodzajem seksu, ale fe-ministki mają swój własny świat, a i ja się bawię innymi zabawkami, w innej piaskownicy, z innymi przedstawicielkami ich płci :).
Czego więc będzie dotyczył właściwy wpis?
Otóż, dość przypadkowo, Moskwy. W zasadzie tej Małej Moskwy, a więc Legnicy. Zainteresowanych rozwinięciem tematu zapraszam do odwiedzenia następującego linku -> http://poznajpolske.onet.pl/reportaze,49/legnica-pozdrowienia-z-malej-moskwy,42697,page2.html
Na zachętę zaś wkleję mały cycat... tfu, znaczy cytat :)
Gdy Armia Radziecka wkraczała do Legnicy, nikt nie mógł przewidzieć, że zostanie tu 48 lat. Zajęto lotnisko, szkoły, szpitale, gmach sądu z więzieniem, Akademię Rycerską, budynek teatru, dawny ratusz, kamienice. Do obiektów podlegających Rosjanom Polacy nie mieli wstępu. Zwykle chroniły je mury lub bramy z czerwoną gwiazdą, a miasto na blisko pół wieku zostało Małą Moskwą.
Zakazane i często karane były bliskie stosunki Rosjan z polską ludnością. Oczywiście kwitł pokątny handel, organizowano pokazowe "dni przyjaźni", lecz złamanie zakazu groziło poważnymi konsekwencjami, w tym błyskawicznym wydaleniem do ZSRR.
Jest to, proszę państwa, prawda co do kropki. Sam, mimo dość młodego wieku (gdy Rosjanie wyjeżdżali na dobre z Legnicy, w roku 1993, miałem raptem 9 lat), pamiętam część z opisanych sytuacji. Pamiętam, że czasem nieupilnowane, mówiące dziwnym językiem dzieci (tak podobnym, a tak innym) bawiły się z 'nami' w parku. Pamiętam stojący tam, jako pomniki, autentyczny sprzęt wojskowy z czasów II wojny światowej. Pamiętam patrole w charakterystycznych, obcych mundurach, z czerwoną gwiazdą. Pamiętam też Strefę. Kwadrat. Dzielnicę zakazaną. Drut kolczasty, karabiny, totalną obcość.
Pamiętam też dziurę w owym drucie, dobrze pilnowaną, rzecz jasna, przez którą, za łapówką, pewien smarkacz, pod opieką dorosłych, przedostawał się na egzotyczne zakupy.
A jednocześnie, do innego świata.
Cóż to był za świat! Zapuszczony bardziej, niż świat mojego dzieciństwa, późny PRL. Świat który sypał się i rozpadał. Brudny, zaniedbany, obcy.
Mimo tego, że Rosjanie to bracia Słowianie, byli jednak tak obcy, że przerażali owego małego chłopaka.
Jedyne co dawało mi odwagę tam iść, to słodkie, kandyzowane mleko w puszcze, dziwne, niespotykane w Polsce cukierki z dziwnymi napisami, cholernie słodki sok jabłkowy (także w puszcze!) i jeszcze inne rzeczy, których teraz nie pamiętam. Była tam jednak, na pewno, książka z Wilkiem i Zającem :).
Najbardziej jednak utrwaliły mi się w pamięci rewizje. A także moje pytanie - "Mamo, czego ci żołnierze szukają?"
Następnie zaś odpowiedź - 'Materiałów wybuchowych."
Wyobraźcie sobie teraz moje zdumienie - jak to, to moje spodenki mogą wybuchnąć?
Ech, dziecko z wyobraźnią to straszne przekleństwo ;).
Teraz po obecności wojsk radzieckich zostało mało.
Dla mnie osobiście, wpisali się w wielokulturowość mojego dzieciństwa, w obecny kosmopolityzm. Byli dla mnie integralną częścią świata.
Tak samo, jak oczywisty był znajdujący się jakieś 100 metrów od miejsca mojego zamieszkania stary, jeszcze przedwojenny, cmentarz żydowski. Czy też odwiedzający miasto Niemcy, którzy kiedyś mieli tu swe domu. Ot, Dolny Śląsk.
Rosjanie zaś zawsze byli tymi, którzy cierpieli z nami. Mieszkali obok, a nie wolno było im się zintegrować.
Wyrosłem wychowany w przekonaniu, że to nie Rosjanie są źli, ale władze sowieckie. Niezależnie od tego, po której stronie granicy, lewactwo jest mi obce i obrzydliwe. I choć w liceum przeżywałem zafascynowanie różnymi alternatywami, anarchizmem, Che Guevarą i wszystkim, co nie kojarzyło mi się z systemem, jednocześnie po wygraniu ongiś przez SLD wyborów parlamentarnych, po wybraniu Kwaśniewskiego na prezydenta, byłem święcie przekonany, że kończy się świat.
Że powrócą druty, kolczaste, mury i skończy się wolność.
Gdybym tylko wiedział, jacy idioci nadejdą do rządu później, zachowałbym trochę energii na strach w przyszłości ;).
A tak? Żyję w innym świecie i dobrze mi z tym. Czasem lepiej nie wiedzieć, co niesie ze sobą przyszłość.
Zabrakłoby nam siły na życie :).
Pozdrawiam i....
POLSKA GOLA!
M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



