sobota, 25 września 2010

Baśnie o okruchach gwiazd #7

Ximalal oddychał ciężko. Echo jego okrzyku rozbrzmiewało jeszcze długo, lecz poza tym wokół rodziła się przerażająca swą głębią cisza.
Ustał całkowicie wiatr, świat zaś pogrążał się nieubłaganie w mroku.
Ostatnie ze z widocznych słońc kurczyło się i ciemniało.
Młody szlachcic-wojownik nie dostrzegał jednak tego, nie dostrzegał niczego, poza Światłem.
Gdy jego szponiasta dłoń otworzyła klatkę piersiową Pierzastego Węża, Ximalal po raz pierwszy od dawna uświadomił sobie, na co się porwał.
Zamiast krwi, zamiast organów wewnętrznych, z Namiestnika wydobył się blask. Wpierw nikły, stopniowo narastający. Z sekundy na sekundę, każdej długą jak wiek, zamieniał się w coś, czego nigdy dotąd nie widział, lecz poznał z miejsca.
Światło Stworzenia.
Oto okruch samej Iskry, pozostawionej niegdyś w Pierzastym Wężu, by Chmurna Planeta nie straciła z Nim nigdy kontaktu. By poza swym Oddechem, jej mieszkańcy mogli odczuć namacalny, nieskalany ślad Stwórcy.
Wraz z ni to wypływającym, ni to ulatniającym się z rany blaskiem, cały szczyt przemieniał się powoli w w ogromną kulę światła. Cała reszta Stworzenia pogrążała się zaś w mroku, tak jakby całe światło świata skupiało się w jednym punkcie.
Ximalal patrzył na to pustym wzrokiem, niewidzącymi oczyma, nie rozumiejąc tej nagłej rezygnacji, która go opadła. Nie rozumiał też pustki w swej duszy, z istnienia której nie zdawał sobie dotąd tak naprawdę sprawy.
Pchany do przodu, do działania, przez toczącą jego serce nienawiść, teraz, pozostawiony sam sobie, nie czuł nic. Wypalił się do cna.
Wcześniej jednak zniszczył nieodwracalnie kawałek oryginalnego Planu.
Po raz pierwszy wyprowadził ptactwo myślące spod władzy Namiestnika, potwierdził ich wolność wyboru, wolność ich dusz.
Uczynił to jednak siłą, nagle, bez przygotowania.
Rzucił ich jak uczące się latać młode, ze skalnej półki.
Te młode były jednak zbyt zależne od woli Namiestnika, zbyt osadzone w Tradycji i w Przykazaniach.
Jednym czynem przekreślił całkowicie niewinność ludzi-ptaków.
Utracili ją nieodwracalnie, będąc teraz zdani jedynie na pamięć o Świetle i na własne sumienia.
Nie docierało to jednak wówczas do niego. Nie mógł myśleć, wcale a wcale. Prawdopodobnie nie chciał nawet tego czynić.
Obserwował jedynie biernie jak Pierzasty Wąż zamieniał się w czyste Światło, obejmując i spalając swą śmiercią Tron, powoli muskając swym żarem pióra Ximalala.
Nikt tak naprawdę nie wie co się tam tak naprawdę stało, gdyż nikt nie był w stanie wytrzymać spojrzenia w tamtą stronę.
Niektórzy, co odważniejsi, bądź co głupsi, mówili iż na szczycie góry zapłonęło wówczas nowe słońce. Być może mają rację? Wszak siedzą teraz na ulicy, z żebraczymi miseczkami w dłoni, wodząc wypalonymi oczodołami za przechodzącym koło nich ptactwem.
Jedyne co wiemy, to to, iż sam szczyt góry został spalony i stopiony w Szklaną Katedrę, przedziwny twór splątanych korytarzy i surrealistycznych mgielnych rzeźb, za dnia rozświetlonych, w nocy zaś wypełnionych potępieńczymi jękami.
Ximalal zaś...
Zmienił się.
Energia, którą uwolnił, nie odeszła całkowicie.
Część z niej, opadła gwiezdnym pyłem na Chmurną Planetę, opadała tak długo, wraz z deszczami, zaś tam gdzie opadały jej drobinki, wyrastały przedziwne, niebiesko-srebrne niezapominajki.
Inny podobno zostały wyrzucone straszliwą siłę gdzieś hen, daleko, we Wszechstworzenie. Być może opadły gdzieś, na inne planety. Być może dalej dryfują w pustce, czekając na Iskrę, która uczyni z nich Stworzenie.
Część jednak, ta najbardziej zanieczyszczona, najbardziej spalona, wtopiła się w Ximalala. Dotąd istnieją osoby, które zaklinają się, iż słyszały jego krzyk.
Nikt też nie wie, co tak naprawdę z nim uczyniły.
Spośród jego ówczesnych ofiar, nie przeżyła żadna.
Dziś zaś ludzie-ptaki składają je sami, wysyłając doń swych najbardziej zatwardziałych przestępców, lecz także heretyków oraz nieprawomyślnych.
Wraz z utraceniem Światła, utracono także prawdziwą głębię honoru i nadziei. Wszak po cóż ludzie-ptaki mieli by dotrzymywać Tradycji, skoro Światłość ich opuściła?
Sami, porzuceni, zamknięci pod chmurami...
Zabrakło świętości, zabrakło życzliwości... każdy, nawet najmniejszy, nawet najpodlejszy, nawet najbardziej ubogi w przymioty, zaś bogaty w ułomności duszy, chciał być teraz równym.
Ptactwo myślące pogrążyło się w długiej, mrocznej Rewolucji.
Teraz walczył niemal każdy.
Walczono o Ideały, o wolność od nich. O zachowanie Tradycji, lecz i o odrzucenie wszelkich okowów przeszłości.
Ximalal zaś zamknął się głęboko w wykopanym własnymi sznurami grobowcu i wychodził zeń rzadko, tylko wtedy, by osądzić w swym szaleństwie jakiś grzech, który narodził się w jednym z zakamarków Stworzenia... bądź w jego umyśle.
Mimo iż był najpotężniejszym i najszlachetniejszym w swych dążeniach szlachcicem-wojownikiem jaki dotąd narodził się na Chmurnej Planecie, był jednak tylko nim.
Człowiekiem-ptakiem.
Śmiertelnikiem, ukaranym za zuchwałość zwierzchnictwem nad swym ludem.
Zwierzchnictwem, którego nie był w stanie ogarnąć swym umysłem.

Tak oto kończy się opowieść o młodzieńcu.
Morału nie będzie, gdyż nie jest on potrzebny.
Każdy wyczytał już go sobie sam.
Pamiętajcie jednak, że każde z powyższych słów jest prawdziwie.
Okruchy gwiazd zaś dalej podróżują przez Wszechstworzenie.
Czasem niszczą, czasem budują, czasem leczą, czasem tworzą.
Kto zaś wie, gdzie ich Iskra zabłyśnie następnym razem?

piątek, 24 września 2010

Baśnie o okruchach gwiazd #6

Wcielenie świętego gniewu. Natchnienia. Pasji.
Pierzasty Wąż spoglądał ze swego tronu na śmiałka i nie mógł uwierzyć, skąd w tym śmiertelniku, ciągle młodzieńcu, taki ogień. Taka Moc.
Przez wszystkie wieki, wszystkie milenia, podczas których sprawował w imieniu Stwórcy namiestnictwo nad wszelkim ptactwem myślącym, nad każdym pokornym poddanym Wiekuistej Woli, uważał ludzi-ptaki za rasę niezdolną do buntu.
Fakt, walczono między poszczególnymi Koloniami i Gniazdami, lecz zawsze pozostawała stała i niezmienna świętość: słowo i rady Starszyzny, przekazujących natchnioną wolę Namiestnika. Ach, jakże bano się i poważano tę nadnaturalną istotę, pozostawioną na straży Chmurnej Planety, gdy Stwórca raczył obdarzyć Rozumem zamieszkujące ją ptactwo.
Nikt nie wiedział skąd pochodzi, ani jaki był początek Pierzastego Węża. Apokryficzne legendy, szeptane pośród niedostępnych uroczysk przez dysydenckich heretyków głosiły, iż miał on być tylko opiekunem i doradcą, nigdy zaś władcą.
Wszak czyż Opowieść nie głosi, iż nad ptactwem myślącym nie ma nikogo poza Stwórcą?
Lecz Opowieść, przekazywana z ust do ust przez pokolenia, była zmienia i dostosowywana do zmieniających się wraz z nią czasów.
W końcu ludzie-ptaki zapomnieli, która z jej wersji najbliższa jest pierwotnej. Każda z Tradycji różniła się w różnych aspektach. Fakt, nigdy nie odbiegały od założeń ogólnych, lecz zdarzało się, że inaczej postrzegały grzechy i dobre uczynki.
Pierzasty Wąż wiedział o tym, lecz pamiętał ciągle słowa Stwórcy, jego święty Nakaz...
Bądź im ojcem, sędzią i opiekunem, wskaż kierunek, lecz pozostaw wolną wolę.
Namiestnik czynił tak, z ciężkim sercem.
Widział popełniane błędy, widział wypaczenia, widział jak młodzi popełniają ciągle te same błędy, starcy zaś niezmiennie popadali w gnuśność.
Widział to wszystko i nie rozumiał, dlaczego Stwórca pozwolił na to. Mimo iż dalej czuł w Stworzeniu echo Jego Oddechu, wiejący przez świat wiatr Jego Ducha, Namiestnik czuł smutek i zgorzknienie.
Niedoskonała rasa nie była w stanie sprostać swemu miejscu w Niepojętym Planie, zagubiona we własnych słabościach i ograniczeniach.
Pierzasty Wąż zamknął oczy i uciekł myślami ku swemu Stwórcy, udającemu się ku kolejnej planecie, gdzie miał zrealizować kolejny fragment swej Nieskończonej Układanki.
Nie słyszał już śpiewu Ximalala. Nie dbał o tego pełnego pychy, zagubionego młodzieńca. Nie dbał o swe powinności, o swą misję.
Chciał zasnąć i obudzić się daleko, wolny od trosk, wolny od wszystkiego, co wiązało go na tej planecie chorych dusz.
Ximalal zaś, wyśpiewawszy wyzwanie, przyjął pozycję pojedynkową i oczekiwał na honorową odpowiedź.
Ta jednak nie nadchodziła.
Minęła pierwsza minuta. Potem kolejna.
I trzecia, czwarta, jeszcze następna i jeszcze kolejne.
Na niebie pozostało już tylko jedno słońce, chylące się zresztą ku zachodowi, rzucają ponure, krwawe cienie.
Młodzieniec nie zwracał jednak na to uwagi, czując jak buzuje w nim krew, jak rośnie gniew, jak ledwo tłumiony wrzask wściekłości drapie i wije się, pragnąc wyrwać się na wolność.
Nie słyszał, ba, nie chciałby nawet słyszeć delikatnego szeptu wiejącego wiatru.
Nie liczyło się dla niego teraz nic, poza nienawiścią. Wszystko czego pragnął, do czego dążył było na wyciągnięcie szpona. Każdy krok dotychczasowej wędrówki prowadził go właśnie tutaj.
Tutaj miało dopełnić się jego przeznaczenie, tutaj miał zapisać się na zawsze chlubnymi słowami w największych legendach Chmurnej Planety.
Jak on śmie!
Namiestnik, miast ukorzyć się szczerością jego intencji i ustąpić, bądź przystąpić do honorowego pojedynku, odmawiał mu należnej chwały!
Ta zniewaga... ten dyshonor... to oczekiwanie, które wypełniało jego żyły i duszę czystym, wrzącym gniewem nie mogło już znaleźć innego ujścia...
Z przerażającym okrzykiem nienawiści uniósł szponiastą dłoń nad siedzącym nieruchomo na Tronie Namiestnikiem.
Wiatr zamilkł...


(no i jednak nie była to ostatnia część...)

wtorek, 21 września 2010

Interludium, dedykacja, komentarz

Po fakcie, na temat 'obrońców' krzyża.
Niech reszta pozostanie milczeniem...



... a poza tym pokątnie dotyczy to też 'Baśni...'

As-Salam alejkum,

M.

poniedziałek, 20 września 2010

Baśnie o okruchach gwiazd #5

Stopnie po których stąpał znaczyły krople krwi. Słońca chyliły się powoli ku zachodowi, zalewając Chmurną Planetę rzadkimi, karmazynowo-złotymi barwami zmierzchu, kładąc się fantazyjnymi cieniami na rozciągających się wszędzie chmurach.
Ximalal przebył długą i ciężką drogę, opłaconą bólem i trudem, w końcu jednak stanął przed swym celem.
Na samym szczycie najwyżej z gór, tam gdzie wiał nieskalany oddechem nieczystych stworzeń wiatr, stał Tron.
Nie był to jednak zwykły, kamienny, czy drewniany tron, jakiego z lubością używali co znaczniejsi spośród ludzi-ptaków. Przed wiekami wykonała go dłoń samego Stwórcy, który ulepił go z gwiezdnego pyłu, po czym zahartował żarem własnego oddechu.
Tak oto powstał jedyny na Chmurnej Planecie obiekt wykonany z jednego z najrzadszych substancji Wszechstworzenia, gwiezdnego szkła. Choć rasa ludzi-ptaków od dawna próbowała zbliżyć się do perfekcji tego mitycznego tworzywa, ich szkłu brakowało prawdziwej duszy. Wszak nie była to rasa stworzona do panowania nad ogniem.
Jednak piękno Tronu nie oddziaływało na Ximalala w najmniejszy sposób. Nie zachwycał się grą wieczornych barw, załamujących się w jego kryształowych ramach. Nie odczuwał nabożnego lęku przed dziełem samego Stwórcy, święta relikwią jego mocy... i jego woli.
Młody szlachcic-wojownik spoglądał dumnym, zaciętym wzrokiem na istotę spoczywającą leniwie na Tronie, owiniętą wokół jego zwojów.
- Dotarłeś do świętego miejsca, Ximalalu - głos Pierzastego Węża był dziwny, nie śpiewny i piękny, jak u ludzi-ptaków, lecz syczący i szeleszczący, jak u pełzających wśród korzeni drapieżników - okaż więc szacunek władcy tego miejsca.
Jednak Namiestnikowi odpowiedziała cisza. Młodzieniec stał bez ruchu, otulając się przed wichrem skrzydłami, przypatrując się uważnie tej jakże obco wyglądającej istocie. Choć pokryty piórami, jak każda inna myśląca istota zamieszkująca Pochmurną Planetę, Pierzasty Wąż był... obcy.
Jego ciało było długie i obłe, kończące się ogonem. Ximalal zastanawiał się, czy gdy wbije w nie w końcu szpony, to czy poczuje wstrętne, suche łuski.
Spojrzenie szlachcica-wojownika przesuwało się dalej, po dwóch parach potężnych skrzydeł, po dziwnych, pięciopalczastych dłoniach, aż w końcu utkwił spojrzenie w twarzy.
Mimowolnie przeszedł go dreszcz. Twarz Namiestnika nie był podobna do czegokolwiek innego, co dotąd widział. Zamiast dzioba posiadał wąską szczelinę, okoloną mięsistą naroślą. Nie otwierała się, ni nie zamykała tak, jak powinien dziób, lecz raczej rozciągała się na wszystkie strony, niemalże jak u przemykających od norki do norki, lub żyjących w dziuplach małych ssaków. Istota rozciągnęła usta w odrażającym grymasie i Ximalal dostrzegł wstrętne, równe zęby, pośród których cztery wystawały dziwnymi kolcami spośród rzędu. Także i nozdrza ukryte były w dziwnej, płaskiej bulwie, przyczepionej bez ładu i składu nad owymi... ustami... zaś pod oczami.
A gdy spojrzał w same oczy... przeląkł się po raz pierwszy w życiu, aż zdziwiony smakiem nieznanego uczucia.
Zamiast powiek, białek i źrenic, spoglądały w niego dwie bezdennie czarne kule, migające odległymi srebrnymi iskrami. Ogrom i wrażenie odrażającej obcości niemalże zmusiły młodzieńca do cofnięcia się.
Niemalże.
Nie pozwoliły mu wszak na to duma, ni determinacja.
A tym bardziej w decyzji utwierdzała go gryząca i dusząca nienawiść, zżerająca od środka wszystkie inne jego uczucia. Czuł, że nie zostało już w nim niemal nic, poza pragnieniem, by ktoś w końcu zapłacił za całą niegodziwość świata. Za tą, która spotkała jego i innych.
Nie pamiętał już nawet o co wyruszał walczyć.
Teraz chciał po prostu zburzyć stary ład i wznieść nowy porządek.
Piękny i uczciwy, taki w którym już nikt nie będzie się musiał bać, że dosięgną go nieodgadnione i niezbadane wyroki Namiestnika. Świat, w którym wszystko będzie jasne, uczciwe i sprawiedliwe.
Świat, w którym to Ximalal będzie wybrańcem Stwórcy...
O tym właśnie rozpoczął pieśń, rzucając wyzwanie Pierzastemu Wężowi.


Powolutku, po kawałku zbliżamy się do końca. Czy będzie dobry, czy zły? Ocenicie sami. W swoim czasie ;)

środa, 15 września 2010

Baśnie o okruchach gwiazd #4

Jej zapach stał się intensywniejszy, cięższy. Pojawiły się w nim subtelnie piżmowe nuty, kompletnie oszołamiając Ximalala.
W swoim krótkim, acz intensywnym życiu, młody szlachcic wojownik stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom, z każdej z owych prób wychodząc zwycięsko.
Nie było przeciwnika, zagadki, czy zadania, trudnych na tle, by nie był w stanie przezwyciężyć trudności. Należał w końcu do Czystej Krwi, zaś jego refleks, wytrzymałość na trudy oraz bystrość umysłu należały do niemalże niedoścignionych. Dziedzictwo przodków przekazane przez Krew, a także szkolenia i nauki które odbierał za młodu przygotowały go niemal na wszystko.
Niemalże wszystko, poza nią.
Czyste instynkty szlachciców-wojowników, buzujące w jego krwi, spotęgowane zostały przez młodość. Gdy tylko westalka rozpoczęła swój słodki śpiew, hormony wzięły nad nim górę.
Niezwykle, wręcz kryształowo czysto wrażliwe zmysły zasnuła mgła złudnego spokoju. Ximalal przystanął i opuścił bezwładnie ramiona, zwracając dziób w stronę, z której dobiegał ów boski głos. Po chwili nie obchodziło go już nic innego.
Trwał tak zasłuchany, ledwo świadomy tego, iż westalka zbliżała się do niego. Powoli, nieśpiesznie.
Czemuż jednak miały się tym przejmować, skoro oznaczało to, iż jej doskonały śpiew staje się jeszcze wyraźniejszy, jeszcze bliższy?
Łagodnym strumieniem zalał go strumień wspomnień.
Zapach jego pierwszej miłości. To cudownie uczucie, gdy stroszył dziobem kolorowe, miękkie pióra na jej karku.
Pamiętał tańce i śpiewy godowe, pamiętał delikatne i czułe pieszczoty.
Bijące w namiętnym rytmie skrzydła, szpony wbijające się w miłosnym uniesieniu w jego tors.
Każda z tych chwil przemykała leniwie przez jego pamięć, czasem szepcząc dawno nie słyszanym głosem, czasem muskając czule pokrywające jego barki pióra, innym też razem przywracając inne dawno zapomniane wspomnienie, doznanie.
Przeraźliwa, wszechogarniająca tęsknota i poczucie straty omotały go nagle i niespodziewanie. Nie pamiętał nawet kiedy śpiew zmienił się na pełen smutku i goryczy.
Dumny szlachcic-wojownik opadł na kolana i oparł się ciężko szponiastymi dłońmi o chropowate, skalne schody. Cały otaczający go słoneczny blask, całe piękno świata, wszystko to nie miało już znaczenia, gdy przypomniał sobie chorobę, cierpienie i wreszcie śmierć swojej wybranki.
Każda z tamtych chwil, przepełnionych goryczą i oczekiwaniem na nieuchronny koniec, teraz kładły się ogromnym ciężarem na jego barkach, dosłownie przygniatając go do ziemi.
Resztkami sił powstrzymywał się, by nie wydać pełnego bólu okrzyku, by nie szarpać w rozpaczy szponami swych ramion, by nie pozwolić zbierającym się w kącikach oczu łzom na ukazanie jego słabości.
Lecz westalka popełniła błąd. Choć najpiękniejsza spośród swych sióstr, choć obdarzona najwspanialszymi piórami i najsłodszym głosem, potraktowała Ximalala jak każdego innego młodzieńca.
Widziała przed sobą jedynie kogoś, kto przez całe życie przyzwyczajony był do okazywania mu posłuszeństwa, do korzystania ze swej siły i swych przywilejów.
Wiedziała, że na wiele z nich zasłużył. Wiedziała, że mimo pychy był młodzieńcem sprawiedliwym.
Wiedziała także o jego stracie, która to pozostawiła trwałą szramę w jego sercu.
Nie doceniała jednak jak głęboko strata ta zmieniła psychikę tego egoistycznego, przeświadczonego o swej wielkości szlachcica-wojownika. Tak jak każdy inny człowiek-ptak, także i Ximalal odczuwał nieprzemożoną potrzebę odszukania swej wybranki. Jednak on naprawdę był wyjątkowy. Jego pobratymcy, gdy tracili swą ukochaną, tracili także cały sens i chęć do życia.
Z nim było podobnie.
Błąd westalki był więc bardzo prosty. Zlekceważyła uczucia, które targały teraz jego duszą. Wejrzała w nią i zobaczyła ból i rozpacz.
Rozbudziła więc swym śpiewem wspomnienia o tym, co było w jego życiu piękne.
Następnie przypomniała wszystko, co sprawiło mu ból.
Lecz jego wyprawa nie była jedynie rozpaczliwą próbą zapomnienia.
Nie była nawet szalonym aktem bólu i desperacji.
Prawda, była szalona w swym zamiarze zamachu na Namiestnika, lecz nie była nieprzemyślana.
Ximalal ze zgrzytem oparł szpony na skale. Jego ciało napięło się się całe, skrzydła ułożyły w bojowej pozycji.
W śpiewie westalki pojawiła się nuta zdziwienia. To wystarczyło.
Szlachcic-wojownik runął na nią z furią, jak błyskawica, w jego oczach zaś widać było wyraźnie całą nienawiść, która targała teraz jego duszą.
Gdy skończył, nie obejrzał się nawet za siebie, lecz ruszył dalej, cały zbryzgany krwią, ze strzępkami pięknych, kolorowych piór na szponach.
Przed nim był już tylko Tron.
Za nim jedynie zmasakrowane ciała.
Jeszcze poniżej, ludzie-ptaki chowali się ze strachem w swych domostwach, trwożąc się na straszliwą burzę, która szalała nad ich głowami.
Lecz jeszcze straszliwsza burza szalała w duszy i sercu Ximalala...

wtorek, 7 września 2010

Baśnie o okruchach gwiazd #3

Lata ćwiczeń ciała, umysłu, samokontroli oraz wrodzony instynkt szlachcica-wojownika dały o sobie znać. Ximalal pełnym gracji ruchem zszedł z drogi potężnego ciosu drewnianą lagą, po czym, niby od niechcenia, zatrzepotał skrzydłami i znalazł się tuż obok swego przeciwnika.
Nie potrzebował widzieć go dokładnie, by uderzyć w czułe miejsce. Trening i doświadczenie zrobiły swoje. Dwa szybkie ciosy kantami dłoni, drapnięcie szponami stopy, szybki rzut.
Dopiero gdy przeciwnik leżał na ziemi, przyszpilony na gardle przez ostre szpony Ximalala, młodzieniec pozwolił sobie na ciekawość. Zmrużył oczy i przyjrzał się rozpostartemu przed nim, łapiącego z trudem powietrze człowiekowi-ptakowi.
Szczegóły docierały do niego powoli, nieprzyzwyczajone do tak ostrego światła oczy buntowały się i bolały.
Istota, którą właśnie pokonał miała upierzenie wskazujące na kastę kapłańską. Szczupłe, choć bynajmniej nie delikatne ciało sugerowało nie jednego ze starszyzny, lecz raczej młodego kapłana-strażnika. Pierwsze wrażenie potwierdziły okrywające jego ciało szaty, lekkie, skromne, proste i nie ograniczające swobody ruchów.
Jednak młody kapłan-strażnik, mimo szkolenia w walce wręcz, nie był żadnym wyzwaniem dla szlachcica-wojownika, szczególnie takiego czystej krwi.
Ximalal widział to wyraźnie w jego oczach.
Niemal czuł jego strach.
Wiedział też, że właśnie teraz nie może pozwolić sobie na grzech słabości, grzech litości.
- Odpoczywaj ze Stwórcą - łagodność jego głosu szła w parze z czystą, precyzyjną śmiercią którą zadał nieszczęśnikowi.
Miał przecież pokazać, że nie należy zastępować mu drogi, gdyż nie zawaha się usunąć z niej wszelkich przeszkód. Po co zaś miałby sprawiać komuś niepotrzebny ból?
Ximalal wyprostował się nie śpiesząc się i przybrał pełną godności, stateczną pozę. Doskonale zdawał sobie sprawę jakie wrażenie musi wywierać na czekających niedaleko przeciwnikach. Nie widział ich, jednak wyczuwał instynktownie ich strach.
Jakże niedostępny musiał im się wydawać, dumny szlachcic-wojownik, nie znający strachu ni zmęczenia, z krwią kapiącą z rozpostartych złowieszczo szponów. Nie wiedzieli też, że przecież niemal nic nie widzi, gdy patrzy w ich stronę. W sercach czekających nieopodal kapłanów-strażników czaił się lęk przed tym nadprzyrodzonym fatum, które pojawiło się przed nimi pod postacią człowieka-ptaka.
- Rozstąpcie się - jego głos był teraz władczy, silny, nie znoszący sprzeciwu - nie mam według was złych intencji, lecz nie pozwolę się dać powstrzymać. Nikomu - powiódł wzrokiem tam, skąd słyszał cichy szelest piór oraz nerwowe skrobanie pazurów.
Chciał ich przestraszyć, zmusić do uległości i wycofania się.
Rozmawiał przecież ze swymi przyszłymi poddanymi, nie zależało mu na ich śmierci.
Minęło kilka uderzeń serca, spokojnych, rzecz jasna, był opanowany jak zawsze.
Nie śpiesząc się, ruszył przed siebie. Krew na jego szponach powoli krzepła.
Nikt nie próbował go zatrzymać.
Przed sobą widział już pnącą się dalej w górę drogę oraz sylwetki ustępujących mu kapłanów-strażników. Jego oczy przyzwyczajały się do światła coraz bardziej, chociaż dalej słoneczne plamki płatały mu ze wzrokiem figle.
Szedł tak kilka zapewne kilka minut, nie był pewien, stracił bowiem rachubę czasu, aż poczuł jakąś nową obecność.
Nerwowo zazgrzytał szponami o płytki na przedramionach i przystanął. W powietrzu unosiła się nowa, obca woń.
Zapach dzikich kwiatów zmieszanych z ulotnymi, nieokreślonymi woniami, oddziaływający bezpośrednio na jego układ nerwowy. Słyszał o niej opowieści, lecz oto po raz pierwszy miał spotkać się z nią. Twarzą w twarz.
Mimo iż spotkał się z nią po raz pierwszy, instynkt niezawodnie podpowiadał mu, iż w pobliżu znajduje się westalka.
Dziewica przeznaczona Pierzastemu Wężowi, wybrana specjalnie za młodu ze względu na urodę. A także, jak powiada legenda, ze względu na moc, dzięki której potrafi ona kontrolować mężczyzn.
Ximalal wykonał szybkie ćwiczenie oddechowe i skłonił się w stronę, z której dobiegał go ów szczególny zapach.
- Witaj, westalko...


(Opowiadania jeszcze nie kończę, ponieważ mam zacięcie do dramatyzmu, zaś pisanie go, sprawia mi ogromną frajdę. Byłaby ona mniejsza, gdybym zmuszał się do tego i pisał na siłę... czego więc nie uczynię i za co serdecznie zainteresowanych przepraszam ;) ).